Buenos Aires tego dnia podzieliło się na dwie równe części. Okolice Estadio Monumental zapłonęły, na ulice wylała się cała gorycz rozwścieczonych Los Millonarios, podczas gdy z drugiej strony miasta swój radosny festyn organizowali fanatycy Boca Juniors. Minęło pół roku od pierwszego w studziesięcioletniej historii spadku River Plate do drugiej ligi argentyńskiej. Xeneizes, czyli fani Boca Juniors nie przestają szydzić z lokalnego rywala. Ten jednak nie zamierza się poddać i pewnie kroczy po awans do pierwszej ligi.
Co zmieniło się przez ostatnie sześć miesięcy? Praktycznie wszystko. Club Atletico River Plate wykonał zwrot o 180 stopni. Daniel Pasarella, skompromitowany na wszystkich frontach usunął się w cień, choć nadal pełni funkcję prezydenta klubu. Poszedł jednak drogą Janasa i nie wcina się w poczynania nowego trenera, Matiasa Almeydy. Ten zaś odkupuje swoje winy z ubiegłych lat – jako symbol River Plate, wychowanek tego klubu, a w dodatku 35-krotny reprezentant Argentyny miał być nestorem, który poukłada grę La Bandy. Okazał się być jednym z jej grabarzy, zawodząc w kluczowych meczach. Człowiek, który w stołecznym klubie rozegrał ponad sto występów stał się jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Buenos Aires. – Nie masz jaj! – słyszał od kibiców z jego rodzinnego miasta, mimo że jeszcze miesiąc wcześniej ku ich radości tłukł się z policją podczas derbowego spotkania z Boca Juniors prowokacyjnie całując herb River tuż przed sektorem Xeneizes. Z pozycji idola na bruk?
Niekoniecznie. Almeyda po kompromitującym spadku do drugiej ligi zakończył karierę piłkarską, lecz nie zamierzał bawić się w kapitana Schettino. Pozostał na pokładzie tonącej w rzece La Plata barki. Wziął na siebie ciężar poprowadzenia River Plate w rozgrywkach drugiej ligi. Odzyskał jaja.
Rodzina River Plate
Okazało się, że nie on jeden. Zadziałała bowiem magia wielkiego symbolu, jakim jest Club Atletico River Plate. Najbardziej utytułowany argentyński zespół to nie tylko dwudziestu, czy trzydziestu zawodników, to ogromna rodzina, o której pamiętają Argentyńczycy w każdym zakątku świata. Nienawidząc, jak Juan Roman Riquelme, lub kochając, jak Fernando Cavenaghi. To właśnie ten ostatni stał się – obok powstającego z kolan Almeydy – symbolem odbudowy klubu. 28-latek, który w ostatnich latach miał okazję strzelać dla Spartaka Moskwa, czy Bordeaux, postanowił powrócić do klubu w którym się wychował i pomóc w walce o awans do pierwszej ligi. Jako kapitan stał się wzorem dla młodych talentów, których w Buenos Aires nigdy nie brakowało. Do klubu dołączyli zresztą również inni wychowankowie lub byli gracze – Cristian Ledesma, czy Alejandro Dominguez. Sprzedano z kolei kilku błyskotliwych młodziaków, odeszło paru niezwiązanych uczuciowo z River graczy, co pozwoliło w miarę spokojnie patrzeć na finansowe rozliczenia. Kraść przestał podobno nawet człowiek, który z prania brudnych pieniędzy uczynił sztukę. Daniel Passarella zniknął z pierwszych stron gazet, zostawiając miejsce dla obszernych analiz – czy River stać na awans w pierwszym sezonie?
Almeyda przewietrzył skład, został jednak z błyskotliwą młodzieżą i całkiem solidnym zapleczem w postaci oddanych barwom weteranów. W jednym kotle Ocampos i Cavenaghi? Cirigliano i Ledesma? Czemu nie. Wszyscy oddani River Plate, wszyscy wychowani w Buenos Aires, każdy spragniony sukcesu i – co bodaj najważniejsze w tak specyficznej lidze – każdy z bezwzględnym poparciem wielotysięcznej armii fanatyków. Pierwszy mecz w Nacional B River Plate wygrało 1:0, a na trybunach wyglądało to tak:
Z taką ekipą awans wydawał się być w zasięgu ręki i faktycznie pierwsze spotkania potwierdziły wysokie aspiracje legendarnego klubu. Pierwszą porażkę ponieśli dopiero w dwunastej kolejce, od początku ligi zajmując miejsca na podium. Krytycy zwracają jednak uwagę na słabą grę River z mocniejszymi zespołami – nie udało im się pokonać żadnego z głównych konkurentów do awansu. W dodatku druga część rundy wypadła naprawdę blado – w ostatnich siedmiu meczach Los Millonarios ponieśli aż trzy porażki. Znów wysłano w świat komunikat – La Banda, wszystkie ręce na pokład!
Mes que „Zatęsknisz do rodzinnych stron i wrócisz, gdzie twój dom”
Obserwowaliśmy z uwagą jak budowano ŁKS Nowej Generacji – w rodzinne strony powrócili wówczas Wieszczycki, Kłos, następnie ściągnięto Golańskiego, Saganowskiego, czy związanych w przeszłości z ŁKS-em Kłusa i Kascelana. W Łodzi z perspektywy czasu możemy ocenić ten eksperyment jako nieudany. W Buenos Aires sprawdza się wyśmienicie. Wobec coraz głośniejszego zainteresowania młodymi zawodnikami (Ocampos jest na celowniku Chelsea i Realu, a niektórzy określają go mianem nowego Cristiano Ronaldo), River Plate postanowiło jeszcze raz powalczyć o rozrzucone po wszystkich kątach świata legendy klubu. Kto w ogóle jeszcze pamiętał, że za dzieciaka gwiazdor reprezentacji Francji i Juventusu Turyn, David Trezeguet, śmigał na Estadio Monumental? Kibice i działacze River Plate nie zapomnieli. Urodzony we francuskim Rouen, a wychowany w Argentynie zawodnik porzucił petrodolary spływające na jego konto za przebieranie się w piłkarskie ciuchy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich na rzecz ratowania swego ukochanego klubu. David zresztą po raz kolejny udowodnił, że podwórka Buenos Aires uczyniły z niego naprawdę charakternego faceta. Mógł przebierać w ofertach, gdy Juventus został zdegradowany do Serie B, lecz pozostał w Turynie i ugrał tam powrót do Serie A. Teraz zamienił „los millones” od szejków na Los Millonarios w drugoligowym River Plate.
– Zdaję sobie sprawę, że sytuacja jest bardzo skomplikowana. W drugiej lidze gra się bardziej fizycznie, ale ja naprawdę czuję się świetnie i już nie mogę się doczekać gry – powiedział dla as.com 34-letni napastnik. W jego ślady ruszył Leonardo Ponzio, pomocnik Realu Zaragoza, który podpisał 3,5-letni kontrakt z klubem, w którego barwach został mistrzem Argentyny. Te dwa głośne nazwiska mogą sporo namieszać w argentyńskiej drugiej lidze – Trezeguet zresztą już rozpoczął strzelanie. Zwróćcie uwagę na ojca z dzieckiem w 24 sekundzie, liczbę widzów, rodzinną atmosferę, autentyczną radość… Argentyńscy dziennikarze określili to tak: „strzelił jak profesjonalista, cieszył się jak amator”.
Co prawda póki co to jedynie sparing, ale wygląda na to, że wakacje w Emiratach nie wpłynęły znacząco na jego umiejętności. Poza tym mecze przedsezonowe wcale nie muszą być bez stawki, o czym dobitnie przekonaliśmy się w ostatnich dniach…
Liga? Po co nam liga?
Show must go on. Prosta zasada obecna również w polskiej obyczajowości – psy szczekają, karawana jedzie dalej. Co z tego, że River Plate i Boca Juniors aktualnie grają na różnych szczeblach rozgrywkowych, Superclasico, mecz między dwoma potęgami musi zostać rozegrany i jakieś głupie spadki, awanse, czy ligi tego nie zmienią. Uroczy sposób myślenia argentyńskich kibiców, bukmacherów i telewizji przyniósł w końcówce stycznia osobliwy dwumecz rozgrywany w ramach Pucharu Lata 2012.
Angielska nazwa friendly match w tym wypadku była idealnym przykładem – nie inaczej – czarnego, angielskiego humoru. Mecz sparingowy między mistrzem Argentyny, potężnym Boca Juniors oraz pretendentem do awansu, wiceliderem Nacional B, River Plate to pomysł, który wzbudził euforię w całym Buenos Aires. Kwaśne miny mieli chyba wyłącznie piłkarze i szkoleniowcy, którzy wiedzieli, że nie będzie to starcie, w którym „wynik nie jest najważniejszy”. Miejsce rozgrywania gier testowych? Chaco i Mendoza, oba miejsca oddalone od stolicy o ponad 1000 kilometrów. Bukmacherzy zacierali ręce, podobnie jak barras bravas z La Bombonery i Estadio Monumental. Chyba nikt się nie zawiódł – na drugim końcu Argentyny stawiło się 25 tysięcy fanatyków…
Boca Juniors…
…i River Plate.
W Resistencia, w prowincji Chaco lepsi byli zawodnicy Boca Juniors, którzy zwyciężyli 2:0, oba gole strzelił Nicolas Blandi. Sama gra mogła napawać optymizmem fanów River Plate. Podopieczni Matiasa Almeydy toczyli wyrównany bój z niezniszczalnymi, niepokonanymi od wielu miesięcy, mistrzami Argentyny. Nie zabrakło oczywiście czerwonych kartek – po jednej dla obu zespołów.
Okazja do rewanżu nadarzyła się już cztery dni później. Tym razem w Mendozie, nieco bliżej, bo zaledwie 1050 kilometrów od Buenos Aires. Spotkanie okazało się kalką poprzedniego – Boca znów zwyciężyła, tym razem 1:0, ale rywale zdawali się zasługiwać przynajmniej na remis. – Przegraliśmy z Boca, ale to niepokonani mistrzowie. Ostatnie mecze pokazały, że jesteśmy gotowi na powrót do I ligi – podsumował w ubiegłym tygodniu szkoleniowiec Los Millonarios.
Oczywiście w Mendozie nie zabrakło fanów River Plate. La Banda ponad 1000 kilometrów od domu prezentowała się tak:
Warto dodać, że kibice Boca Juniors niespecjalnie tęsknią za swoim śmiertelnym wrogiem. Również stawili się w odległym końcu Argentyny i nie omieszkali przy okazji dopiec rywalom zza miedzy. Na stadion przytaszczyli tysiące świec, które odpalili w asyście wieńców z nazwą znienawidzonego klubu. Nie zabrakło również trumien i… świetnej zabawy nad trumną River Plate.
Na szlaku po awans
Argentyński symbol nie ma jednak zamiaru kłaść się do grobu, a sporo racji może mieć Matias Almeyda wieszczący rychły powrót do pierwszej ligi. Skład River Plate pozwala na poważnie myśleć o awansie, szczególnie uwzględniając siłę ataku. Duet Cavenaghi – Trezeguet, wspomagany dodatkowo przez Domingueza, mógłby spokojnie powalczyć o plac w którymś z europejskich średniaków, a co dopiero w Nacional B. Niewykluczone są zresztą dalsze wzmocnienia – co prawda Passarella nie zdołał namówić na powrót do River Plate pomocnika FC Porto, Fernando Belluschiego, ale mówi wprost – Trezeguet i Ponzio to nie koniec transferów. Dla kibiców River to dostateczny powód by, przynajmniej na razie, zostawić w spokoju prezydenta klubu. Warto pamiętać, że już raz grożono mu śmiercią, a gdy klub ogłosił, że były selekcjoner pozostanie prezydentem klubu po spadku do II ligi, pod domem jednego z działaczy eksplodował ładunek wybuchowy.
Na razie o podobnych atrakcjach nie ma mowy. Sytuacja nie jest najgorsza – River Plate zajmuje drugie miejsce za Instituto AC Cordoba, tracąc do lidera dwa punkty. Póki co i tak znajduje się na pozycji premiowanej bezpośrednim awansem. Miejsca barażowe zajmują Rosario Central i Quilmes tracąc do stołecznej ekipy odpowiednio dwa i trzy punkty. Z przodu stołeczna ekipa prezentuje się bardzo solidnie, strzelając najwięcej goli w lidze. Największą i chyba jedyną bolączką pozostaje jednakże niedoświadczona defensywa. W większości to nieopierzeni dwudziestolatkowie, którzy powinni być powoli włączani do składu, a nie rzucani od razu na głęboką wodę, jaką jest walka o awans do pierwszej ligi.
Jeśli weterani z ataku nie wezmą na siebie ciężaru gry, żółtodzioby z defensywy mogą nie unieść tych ogromnych oczekiwań. Presja wyniku igdzie na świecie nie jest chyba tak mocna jak w River Plate. Głód powrotu do pierwszej ligi wzrósł po dwumeczu z Boca Juniors, a fanatycy z Estadio Monumental mogą powtórzyć swoje wyczyny sprzed pół roku, jeśli ich ulubieńcy nie zdołają wywalczyć promocji do wyższej ligi.
Daniel Passarella znów stanie się szczurem, Matias Almeyda ponownie będzie człowiekiem bez jaj, a Trezegeut, Cavenaghi i Ponzio prawdziwymi persona non grata w swoim rodzinnym mieście. Póki co jednak trwa ich wspólny miesiąc miodowy. Argentyńskiemu futbolowi życzymy, by potrwał przynajmniej do czerwca. Już nie możemy się doczekać widoku świętujących fanów River Plate…
JAKUB OLKIEWICZ
