Strzelali stoperzy, więc wygrali Kanonierzy

Adrian Mańko

24 października 2026, 17:56 • 3 min czytania 1

Reklama
Strzelali stoperzy, więc wygrali Kanonierzy

Arsenal wszedł w sezon 2026/27 dobrze. Wprawdzie przytrafiła się bolesna porażka 0:3 z Brighton, ale pozostałe ligowe mecze mistrzowie Anglii wygrywali. Jedną z rzeczy, która zaczęła martwić kibiców The Gunners była jednak nieskuteczność po stałych fragmentach gry. W poprzednim sezonie były one śmiercionośną bronią ekipy Mikela Artety. W bieżącej kampanii – do tej pory – z rożnych i wolnych Arsenal nie trafiał. No ale to już nieaktualne. Pierwsza, kluczowa bramka w starciu z Evertonem padła właśnie po dośrodkowaniu z narożnika boiska. Druga po ponowieniu, chwilę po kornerze.

Reklama

Konsa kąsa po rożnym

Arsenal od samego początku stawił sobie rywala w pozycji zespołu głęboko się broniącego. Londyńczycy atakowali i szybko zebrali plon. W 7. minucie piłkę z rzutu rożnego dośrodkował Martin Odegaard. Strącił ją Mikel Merino, a potem w polu bramkowym gości doszło do potwornego zamieszania, w którym najsprytniejszy okazał się Ezri Konsa. To właśnie były piłkarz Aston Villi otworzył wynik tego meczu i bramkowe konto „Kanonierów” z rzutów rożnych w sezonie 26/27.

Choć przewaga obrońców tytułu nie podlegała większej dyskusji, to wynik długo nie ulegał zmianie. Groźnie dwa razy strzelał Noni Madueke – wprawdzie w obu wypadkach niecelnie, ale oba uderzenia mogły zaskoczyć Jordana Pickforda. Była też zablokowana próba Merino. Nie jest jednak też tak, że Everton zupełnie nie odpowiadał. Po dalszym słupku mierzył Tyrique George, ale minimalnie chybił celu i dzięki obcierce o nogę Bena White’a wywalczył jedynie rzut rożny. White wystąpił też w roli głównej w 44. minucie i była to rola bohatera negatywnego. Niefrasobliwe zagranie głową prawego obrońcy Arsenalu dało szanse Thierno Barry’emu, ale jego sprytny strzał na refleks wybronił David Raya.

Reklama

Gabriel pozazdrościł koledze

W drugiej połowie Arsenal grał swoje i nie jest to raczej pochwała dla The Gunners. Była przewaga optyczna, było posiadanie piłki, ale z boiska wiało nudą. Groźnych sytuacji nie było. W końcu nadeszła 69. minuta. „Kanonierzy” znów bili rzut rożny. Bezpośrednio gola wprawdzie nie przyniósł, ale akcja toczyła się dalej, w polu karnym The Toffees pozostał m.in. Gabriel Magalhaes. Brazylijczyk czuł chyba przez skórę, co się święci. Londyńczycy pograli spokojnie piłką, ta trafiła na prawo do White’a, a ten dośrodkował wprost na głowę do swojego kolegi z formacji obronnej. Pickford musiał schylać się do siatki po raz drugi.

Everton mógł wrócić do gry o punkty w 83. minucie. Po centrze Jamesa Garnera głową uderzał Kiernan Dewsbury-Hall. Jego uderzenie minęło bramkę wyciągniętego jak struna Rayi w nieznacznej odległości. Arteta i spółka odetchnęli z ulgą.

Reklama

Dzięki wygranej Arsenal zrównał się punktami z Manchesterem City, który w pierwszym sobotnim meczu Premier League uległ Aston Villi. Dzięki lepszej różnicy bramek na czele stawki wciąż utrzymują się jednak The Citizens. A sam mecz na Emirates Stadium? Bez większej historii. Arsenal wygrał w najbardziej arsenalowym stylu.

Arsenal – Everton 2:0 (1:0)

  • 1:0 – E. Konsa 7′
  • 2:0 – Gabriel 69′

fot. Newspix

1 komentarz
Adrian Mańko

Wychowanek świętej pamięci Lubelskiego Sport Expressu, do którego trafił jeszcze w liceum, wyłowiony jako młody talent portalu Lublinianka.NET. W Lubliniance od 20 sezonów pełni rolę spikera, a w dziennikarstwie zwiedził kilka tytułów, ostatnio Dziennik Wschodni. Najdłużej pracował jednak na chwałę jednego z buków. Od 2005 roku tworzy własny projekt piłkarski - LAKP. Piłka nożna? Zawsze i wszędzie! Liga Mistrzów, Premier League, Ekstraklasa, okręgówka, B-klasa. Wszystko jedno. Nie gra w padla. Ale gra w tenisa. Lubi też żużel.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama