Olaboga jaki wstyd! Dwa razy po 0:4, ostatnie miejsce w fazie ligowej Ligi Europy. Te wyniki świadczą o fatalnym poziomie Ekstraklasy? Raczej osoby absolutnie zszokowane wysokością porażek Kolejorza udowadniają, że oceniały to wszystko pochopnie, skoro oczekiwały wyrównanego meczu przeciwko zespołom, które są dziś poza zasięgiem czołówki Ekstraklasy. Lech może znowu przegrać i co? I nic. Bo awans wywalcza się na innych rywalach, a terminarz jest najgorszy z możliwych.
Dwie porażki 0:4 Lecha w Lidze Europy. I co? I nic!
Czego oczekiwano po wynikach polskich drużyn w Lidze Europy? Czy tego, że skoro w Lidze Konferencji awans do fazy pucharowej był prawie formalnością, to tak samo będzie szczebel wyżej? A może tego, że w starciach z czołowymi drużynami Premier League i Bundesligi będziemy walczyć jak równy z równym? Chyba tak, skoro wyniki naszego duetu przyjmowane są z zawodem.
Szczególnie bolą wyniki Lecha. Dwa razy 0:4. Najwięcej straconych bramek spośród wszystkich zespołów. Ostatnie miejsce w tabeli. Wstyd. Żenada. Kompromitacja. Nie wracajcie do domu? No chyba nie bardzo…
Za wygraną Lecha w Londynie bukmacherzy płacili siedem złotych za każdą postawioną złotówkę. Kursy na wygraną domową z Bayerem były niewiele niższe. To dysproporcja sił, którą trudno znaleźć między parami klubów Ekstraklasy. Kolejorz będzie podejmował ostatnią drużynę w tabeli Premier League, która do tego wyjdzie rezerwami, bo szykuje się na weekend, bo musi zacząć punktować.
A zatem chyba pora na bycie faworytem? Otóż nie. Kursy na Lecha zbliżały się nawet do pięć do jednego! Nawet Jagiellonia podejmująca piątą drużynę ligi belgijskiej jest oceniana niżej od rywala. Nie ma co się dziwić, jeżeli znów skończymy z kiepskim dorobkiem punktowym. Oczywiście – jedna wygrana mocno pomogłaby naszemu rankingowi.
W tym sezonie naszej ligi tak wysoko jak w starciu Palace z Lechem bukmacherzy oceniali szanse jednej z drużyn tylko w trzech meczach: Legii ze Śląskiem i z Radomiakiem oraz Lecha z Radomiakiem.
Drużyna z Radomia w obu spotkaniach wpuściła po pięć goli. Czy ktoś po nich mówił, że nie nadaje się do Ekstraklasy? Że nie powinna nawet grać na tym szczeblu? Nie. Po prostu dużo lepsze kluby pokazały słabszemu, że to nie wasz poziom. Tak samo silne zespoły najlepszych lig w Europie pokazują czołówce naszej ligi, o ile są od niej mocniejsze. Zdarzają się niespodzianki. Takie jak remis Śląska w Warszawie, wygrane Jagiellonii i Lecha we Florencji czy Legii w Londynie. Ale definicją niespodzianek jest to, że wydarzają się rzadko.

Najlepsze ligi uciekają szybciej niż my doganiamy średniaków
W dodatku nawet wśród tych wymienionych sukcesów mamy sytuacje, w których to rywal po prostu nieco odpuścił po wyraźnej wygranej w pierwszym meczu. Tak naprawdę, o ile w stosunku do średnich lig robimy istotny postęp, o tyle pięć najmocniejszych krajów coraz szybciej ucieka nie tylko nam, ale całemu europejskiemu peletonowi średniaków. My nie chcemy się z niego oderwać, by dogonić ligę francuską, tylko być po prostu w czołówce grupy pościgowej ze świadomością, że nigdy nie zobaczymy nawet pleców liderów wyścigu, ale w swojej kategorii wagowej możemy być całkiem mocni. I przegrane 0:4 z Bayerem Leverkusen czy Crystal Palace niewiele tu zmieniają.
W rankingu Elo Bayer to czternasty najmocniejszy klub na świecie. Crystal Palace zajmuje 33. miejsce. Lech? Trochę przewijania i jest – pozycja numer 165. W lidze niemieckiej byłby piętnastą siłą. W Anglii nie załapałby się do elity. Czy porażka 0:4 z zespołem zza naszej zachodniej granicy może być dla niego powodem do wstydu? Tak, gdyby zdarzyła się przeciwko drużynie z 2. Bundesligi. Nawet w starciu z 78. Sunderlandem przegrana nie będzie wydarzeniem niespodziewanym. Gramy z drużyną, która na luzie potrafi sypnąć 60 baniek euro za dwóch piłkarzy.
Niektórzy krzyczą: „Ha! Patrzcie! I co wam z tej wysokiej pozycji w rankingu, skoro nie nawiązujemy walki z Crystal Palace czy Bayerem?!” Ta opinia wbrew pozorom wskazuje, że to jej autorzy mieli niezwykle wygórowane oczekiwania. Chyba naprawdę mieli bardzo wysokie mniemanie o sile Ekstraklasy, skoro takie wyniki są dla nich zaskoczeniem. Spodziewali się wyrównanej walki, jak Łukasz Ciona, który podzielił się tym oczekiwaniem w mediach społecznościowych. Chyba nie znał cytatu z Churchilla:
„Zaskoczył cię ten wynik?! Mój drogi, to tak, jakbyś posłał fokę ze świeczką w łapie, by zatopiła lotniskowiec, a potem głośno dziwił się, że to okręt wygrał, chociaż foka tak pięknie płonęła.”
Cytatu zmyślonego, ale to akurat nie powinno mu przeszkadzać (pozdrawiamy!).
Lech potrafi wygrać z potęgami? Było, minęło
Żyjemy w złudzeniu, że dawne sukcesy przeciwko Juventusowi czy Manchesterowi City pozwalają nam oczekiwać w takich meczach jeśli nie wygranej, to choćby remisu. Problem w tym, że ostatnie lata nie dają kompletnie podstaw do takich wniosków. A już szczególnie w odniesieniu do Lecha. Jakiego rywala z mocnych lig pokonał Kolejorz?
W 2022 roku rozbił 3:0 Villarreal. To pamiętamy! O tym, że Hiszpanie wystawili drugi garnitur, a przede wszystkim że mecz nie miał dla nich żadnego znaczenia, już zapomnieliśmy. Wygrana z Fiorentiną była cenna, ale po porażce 1:4 w pierwszym meczu niewiele nam dała. Poza tym Lech nie pokonał nikogo z najlepszych pięciu lig w ostatniej dekadzie! W 2015 roku wygrał we Florencji. W dwóch pierwszych meczach Maciej Skorża zdobył wtedy tylko jeden punkt i został zwolniony. Zadziałał efekt nowej miotły, Jan Urban pokonał Fiorentinę, po czym… w żadnym z pozostałych spotkań nie strzelił nawet gola i odpadł z Ligi Europy.
Lech potrafił odnosić sukcesy z potęgami w 2010 roku. Zwycięstwo nad Manchesterem było spektakularne. Wyeliminował z fazy grupowej Juventus, choć nie wygrał z nim żadnego meczu. Wygląda na to, że żyjemy tamtym sezonem do dziś, choć minęło już 16 lat. Wiecie ile warta była wtedy kadra Juventusu? 250 milionów euro. Bianconeri zajęli wtedy dopiero siódme miejsce w lidze. A co z Manchesterem City? Ich ówczesna wycena to 400 milionów euro. To był dopiero początek inwestycji szejka Mansura. Citizens od 30 lat nie dostali się do pierwszej czwórki w ligowej tabeli.
Dzisiejsza wycena Crystal Palace? 600 milionów. Bayeru Leverkusen? Także ponad pół miliarda euro. Sunderland? Niewiele mniej. Rywale Lecha z ostatniego miesiąca mają zatem składy, które miałyby duże szanse z każdym przeciwnikiem poznańskiego zespołu z przeszłości. Może poza Olympique Marsylia z 1990 roku z Basilem Bolim, Erikiem Cantoną, Draganem Stojkoviciem, Jean-Pierre Papinem, Chrisem Waddlem i Jeanem Tiganą.

Kluczowe są wyniki przeciwko rywalom z naszej kategorii wagowej
Oczywiście, wyciąganie daleko idących wniosków uniemożliwia inflacja cen zawodników. Ale Lech z 2010 wart był ponad 30 milionów euro, a dziś wycena jego kadry na Transfermarkt to 57 milionów. Sytuacja się poprawia, ale u innych przecież także. Kluby Premier League i Bundesligi uciekają w porównaniu z tym z prędkością światła.
Dużo ważniejsze od wyników przeciwko tym potęgom są rezultaty z rywalami zbliżonymi do czołówki Ekstraklasy. Tu jest clue. Porażka, nawet 0:1, z Ferencvarosem czy OFI (albo Jagiellonii z Pilznem czy Lewskim) będzie znacznie większym powodem do rozpaczy niż 0:4 od klubu z Wysp czy Niemiec. Tak uważam jako autor tego artykułu. Wtedy można będzie lamentować. Dlatego najważniejszym wynikiem naszego duetu w tegorocznej Lidze Europy nie są wbrew pozorom wysokie porażki Lecha, tylko przegrana Jagiellonii z Olympiakosem, która w sumie przeszła bez tak wielkiego echa, jak oba 0:4 Poznaniaków.
„Sądziliśmy, że jesteśmy mocni wśród średnich, a tymczasem nie potrafimy z nimi wygrać”. To byłby ważny wniosek. „Od angielskich klubów dzielą nas cztery a nie dwa gole, jak myśleliśmy”. To sprawa drugorzędna. Choć jest pewien wyjątek, o którym za chwilę.
Zaletą Ligi Konferencji było to, że graliśmy tam przede wszystkim właśnie z rywalami na naszym poziomie albo z kompletnymi outsiderami, którzy mieli szczęście się tam znaleźć. Liga Europy to inna półka. Tu nie da się uniknąć mocnych przeciwników, chyba że ma się olbrzymie szczęście. Przez zawiłości regulaminowe na Anglików trafić właściwie musieliśmy. Poza tym Jagiellonia wylosowała całkiem nieźle. A Lech? Wystarczy powiedzieć, że spośród wszystkich 36 uczestników średni ranking rywali Kolejorza w fazie ligowej jest zdecydowanie najwyższy!
Prawda jest jednak taka, że pogrążyły nas same zasady losowania, a nie jego wyniki. Obaj przeciwnicy Lecha z poprzednich meczów są wśród ośmiu największych faworytów tych rozgrywek. Mało tego, przed Poznaniakami prawdziwa katorga. Sunderland i wyjazd do Benfiki. Trudno wyobrazić sobie trudniejszy terminarz. Jednak nawet zerowy dorobek punktowy po czterech meczach nie będzie powodem do wstydu. Byłyby nim klęski w drugiej połowie fazy ligowej. Union Saint Gilloise, Ferencvaros, Torreense i OFI Kreta. W tych meczach trzeba zdobyć dziewięć oczek. Czy to niewykonalne? Nie sądzę.
Czy porażka 0:1, zamiast 0:4 z Bayerem coś by zmieniła? I tu dochodzimy do sedna, bo odpowiedź brzmi: tak.

Wysokość porażek może odebrać Lechowi awans
Sytuacja układa się bowiem tak, że dziesięć punktów po fazie ligowej praktycznie gwarantuje awans. Z ośmioma punktami jest na niego według portalu Football Meets Data zaledwie 20% szans. Z dziewięcioma punktami gra się dalej z prawdopodobieństwem 70%. To na tym pułapie będzie zapewne znajdowała się granica między 24. a 25. miejscem. Drużyna, która zajmie to niższe, odpada. Szczęśliwiec z lokaty o jedną wyższej gra dalej.
Tyle że po bilansie 0:8 trudno liczyć na to, że Lech będzie wśród drużyn z najlepszą różnicą bramek. Będzie zapewne musiał zatem zdobyć o jedno oczko więcej niż 24. drużyna w tabeli końcowej. To oznacza konieczność wywalczenia dziesięciu punktów, a zatem nie ma marginesu błędu na porażkę z którymś z czterech ostatnich, słabszych rywali. To jedyny powód, dla którego powinniśmy przywiązywać do rozmiaru porażek Poznaniaków większą wagę. Gdyby przegrali dwa razy po 0:1, dziewięć punktów z olbrzymim prawdopodobieństwem wystarczyłoby im do awansu.
Mimo tego sytuacja nie jest tragiczna. Według portalu Symuliga Jagiellonia z 52% szans na awans jest na 23. miejscu wśród uczestników Ligi Europy, a Lech z 51% jest na 25. lokacie. Sytuacja jest zatem niezwykle stykowa. Nie ma zatem co się załamywać, bo prawdziwa walka dopiero przed nami. Choć przydałoby się tracić nieco mniej goli. Choćby i z najpotężniejszymi rywalami.
Gotowość na porażkę z Sunderlandem będzie zdrowszym podejściem niż wyobrażenie, że nawet remis będzie jak przegrana. Malo tego, jeśli Kolejorzowi uda się sprawić sensację (oby!), radość przy takim nastawieniu będzie znacznie większa. Bo będą to punkty ekstra.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix.pl