Podłoga Bayeru Leverkusen nie jest nawet sufitem Lecha [KOMENTARZ]

Przemysław Michalak

16 października 2026, 11:28 • 6 min czytania 2

Reklama
Podłoga Bayeru Leverkusen nie jest nawet sufitem Lecha [KOMENTARZ]

W ostatnich latach natrzepaliśmy punktów rankingowych w Lidze Konferencji, dzięki czemu nasze rozstawione drużyny miały ułatwioną drogę do Ligi Europy i z tego skorzystały. Ale to nie znaczy, że my już dziś sportowo pasujemy do tych rozgrywek. Niestety – nie pasujemy. Średni poziom Ligi Europy wciąż jest poziomem przewyższającym nawet najlepsze zespoły Ekstraklasy. 

Reklama

A że Bayer Leverkusen to poziom jeszcze wyższy – pod względem klubowego rankingu UEFA to nr 1 tegorocznej edycji – Lech Poznań nie miał z nim żadnych szans. To była miazga pod każdym względem, wynik 0:4 i tak nie jest najgorszym możliwym scenariuszem. Ujmując rzecz najprościej – jak w tytule – nawet podłoga Aptekarzy nie była sufitem Kolejorza.

Nie jesteśmy nawet na poziomie średniej z Ligi Europy. Bolesna prawda

O ile po 0:4 z Crystal Palace mogliśmy jeszcze analizować, że gdyby Mikael Ishak wykorzystał dwie świetne sytuacje, to wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, o tyle z Bayerem nawet takie rozkminki odpadały, bo przed utratą pierwszego gola można odnotować jedną przyzwoitą szansę Ishaka, ale w żadnym razie nie mówimy o czystej okazji.

W Londynie podopieczni Nielsa Frederiksena przez jakiś czas sprawiali też dobre wrażenie jeśli chodzi o samo nastawienie, sposób gry i konstruowanie akcji. Przeciwko Leverkusen od pierwszego gwizdka sędziego widzieliśmy zespół przestraszony, niepewny swego, bardzo łatwo popełniający błędy na własnej połowie. Wystarczyła jakakolwiek większa presja ze strony przeciwnika. Nie było w grze Lecha żadnego pozytywnego punktu zaczepienia, żadnego promyczka nadziei na przyszłość.

I właśnie ten aspekt jest najbardziej przygnębiający. Goście z Leverkusen niemalże w gratisie otrzymali od Lecha trzy gole do przerwy, a po zmianie stron już się po prostu bawili. Klepali piłkę jak między pachołkami na treningu. Cokolwiek sobie założyli, przeważnie wychodziło im przynajmniej do momentu ostatniego podania. Gdyby zaprezentowali optymalną – nie jakąś wybitną – skuteczność, Lech po dwóch meczach w LE miałby już dwucyfrówkę po stronie strat.

Reklama

Bayer wypracował sobie aż osiem tzw. dużych szans, z czego połowę wykorzystał. Poszczególne źródła nieco rozmijają się co do jego statystyki xG, ale zawsze wynosiła ona grubo ponad 5! A to już przypadek ekstremalny, bardzo rzadko spotykany nawet w starciach potentatów z kopciuszkami.

Większość piłkarzy Lecha jest pod formą

Lech w najlepszej formie wszystkich najlepszych zawodników i przy szczęściu po swojej stronie miałby minimalną szansę choćby na remis. A dobrze wiemy, że do spełnienia tego pierwszego warunku już na wstępie było bardzo daleko. Wielu piłkarzy mistrza Polski nie znajduje się w takiej formie. Poza Walemarkiem, Pereirą i za karę posadzonym na ławce Rodriguezem, o nikim nie możemy tak powiedzieć.

Lis nadal nie daje pewności, Palma zamula od początku sezonu, Gurgul w ostatnich tygodniach przeżywa ciężkie chwile, Yegbe po sprawie wizowej jest cieniem samego siebie sprzed sprawy wizowej, Kozubal dopiero niedawno wrócił po kontuzji (a i tak są wątpliwości, czy to international level), Sayyadmanesh jest kontuzjowany, Ishak w dołku, a Agnero jest zwyczajnie słaby.

Reklama

A ci najlepsi na tle Bayeru też wyglądali marnie. Walemark raz błysnął na początku, stwarzając okazję Ishakowi i… na tym poprzestał. Był dobrze pilnowany, często podwajany, nie miał czasu się rozwinąć. Pereira, w Ekstraklasie będący profesorem od wrzutek, tutaj nie potrafił posłać jednego dobrego dośrodkowania. Nie dlatego, że opuściła go ta umiejętność, tylko dlatego, że zawsze ktoś błyskawicznie do niego doskakiwał – albo blokując centrę, albo sprawiając, że wykonywał ją z gorszej pozycji. Rodriguez z kolei wszedł na boisko, gdy już było pozamiatane.

Dlaczego nawet biegamy gorzej?

Różnica w umiejętnościach to jedno, ona była wkalkulowana, najbardziej jednak irytuje mnie fakt, że wraca powtarzana od wielu, wielu lat śpiewka o różnicach w przygotowaniu fizycznym. Przepaść w temacie dostrzegł nawet Patrik Schick z Bayeru.

 – Uważam, że kluczowa była intensywność gry. Widać było, że gdy od pierwszej minuty narzuciliśmy tempo, to Lech nie mógł dotrzymać nam kroku. Widać było, że pod presją grają poniżej poziomu – skomentował Czech w klubowej telewizji.

Reklama

Teoretycznie to element najmniej zależny od jakości piłkarskiej. Oczywiście, jeśli zawodnicy zgrabnie posługują się piłką i rzadziej jest ona na autach, wpływa to także na intensywność gry w trakcie meczu. Rzecz w tym, że nawet gdyby piłkarzom Lecha i Bayeru zabrać przedmiot ich pożądania i kazać tylko biegać w różnym tempie przez 90 minut, najpewniej różnica byłaby wyraźnie widoczna na korzyść Niemców. A to już świadczy jak najgorzej o drużynie Kolejorza.

W efekcie Lech nieustannie gubił się przy pressingu rywala i nie dojeżdżał samym tempem gry. To była różnica tak drastyczna, jakby do orlikowego meczu totalnych kanapowych Januszy, podczas którego mają swój jedyny większy ruch w tygodniu, dołączyło kilku gości na co dzień kopiących w okręgówce. Samą „fizyką” i szybkością reakcji rozszarpaliby taką ekipę na strzępy. I tak właśnie Bayer zrobił z Lechem.

Chcieliśmy postępu, no to mamy

Początek rywalizacji Lecha i Jagi w LE dobitnie wskazuje nam miejsce w szeregu i chłodzi rozgrzane głowy mówiące o niesamowitym skoku jakościowym względem reszty Europy. Postęp Ekstraklasa wykonała wyraźny, trzeba mieć wiele złej woli, żeby go nie dostrzec. Dotyczy to zwłaszcza takich elementów jak szeroko pojęta kultura gry, stosowanie wysokiego pressingu i tym podobne.

Wiele wniosło wysoce merytoryczne pokolenie młodych polskich trenerów, co zapoczątkowała udana próba Warty Poznań z Dawidem Szulczkiem. Za tym przykładem poszły inne kluby. Indywidualnej jakości boiskowej, zwłaszcza w ligowych średniakach, także jest coraz więcej. Kto od lat regularnie ogląda naszą ligę, musi widzieć zmiany na lepsze. Tyle że świat nie stoi w miejscu, inni też się rozwijają i często robią to porównywalnie lub szybciej niż my.

Reklama

Jagiellonia Białystok - Ararat-Armenia typy

Jednocześnie nie zamierzam deprecjonować tego, jak wiele wycisnęliśmy z Ligi Konferencji, bo to druga skrajność. Prawda jest taka, że gdyby UEFA nie wymyśliła trzeciego europejskiego pucharu, nasza sytuacja na międzynarodowej arenie najprawdopodobniej niewiele różniłaby się od tego, czego doświadczaliśmy wcześniej. To jednak nie znaczy, że mamy sobie na siłę umniejszać. Nikt nie bronił przedstawicielom lig porównywalnych do naszej wykorzystać gry w LK tak samo, jak zrobiliśmy to my. A jednak z różnych powodów nie potrafili tego dokonać.

Teraz wchodzimy do znacznie zacniejszego towarzystwa i musimy nauczyć się jego standardów, choć ten proces strasznie boli. Nie ma gwarancji, że w ogóle nam się to uda, bo nie zawsze ciągłe obrywanie i otrzymywanie kolejnych lekcji skutkuje postępem. Pewnych rzeczy zwyczajnie się nie przeskoczy, choćby na papierze wyciągnięto najtrafniejsze wnioski i rozpisano je w najbardziej przystępny sposób. Innej drogi jednak nie ma.

Na dziś mamy prawo oczekiwać, że Jagiellonia wygra z Araratem-Armenia czy Lewskim Sofia, a Lech zapunktuje z Torreense i OFI Kreta, choć nawet w tych przypadkach nie mówimy o totalnych leszczach, co już widzimy po dwóch kolejkach LE.

Reklama

Jakakolwiek zdobycz z przedstawicielami Premier League, Bundesligi czy LaLiga pozostaje czymś ekstra, zwłaszcza że często te kluby do Ligi Europy podchodzą poważniej niż do Ligi Konferencji. Musimy się więc nastawić, że Kolejorz nawet po pięciu kolejkach może być bez punktów. Sunderland czy Benfica to inny świat. Royale Union Saint-Gilloise takiego respektu nazwą nie wzbudza, ale boiskowo to również dużo wyższa półka niż Ekstraklasa.

Chcieliśmy tego kroku do przodu (bo chcieliśmy, prawda?), to liczmy się z konsekwencjami.

fot. Newspix

Reklama
2 komentarze
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Prezydent klubu o szokującym transferze Sancho: Tak, prowadzimy negocjacje

Patryk Idasiak
0
Prezydent klubu o szokującym transferze Sancho: Tak, prowadzimy negocjacje
Polecane

Legia odwiedzi Kraków, Kowal wraca do meczu z Wisłą || Czarna eLka

Patryk Idasiak
1
Legia odwiedzi Kraków, Kowal wraca do meczu z Wisłą || Czarna eLka

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Trener Kaczmarek wierzy w „uciekiniera”. Liczy, że pomoże klubowi

Kacper Korpak
1
Trener Kaczmarek wierzy w „uciekiniera”. Liczy, że pomoże klubowi
Ekstraklasa

Mariusz Misiura o transferach Motoru. „Nie możemy sprowadzać tylko artystów”

Adrian Mańko
5
Mariusz Misiura o transferach Motoru. „Nie możemy sprowadzać tylko artystów”