Maja Chwalińska nadal wygrywa! Czas na polski półfinał?

Sebastian Warzecha

16 października 2026, 12:27 • 6 min czytania 8

Reklama
Maja Chwalińska nadal wygrywa! Czas na polski półfinał?

Maja Chwalińska zaczęła mecz z Marią Sakkari od seta wygranego do zera. Potem sprawy się jednak skomplikowały i w walce o pierwszy w karierze półfinał turnieju WTA 1000 musiała Polka dać z siebie absolutnie wszystko. Opłaciło się. Chwalińska wygrała to spotkanie, a teraz czeka na… Igę Świątek, z którą może zmierzyć się w kolejnej fazie.

Reklama

Maja Chwalińska zachwycała… i zachwyca nadal. Jest półfinał!

Maja Chwalińska imponowała swoją postawą w Wuhan. W Chinach doszła bowiem do pierwszego w karierze ćwierćfinału turnieju WTA 1000, a tym samym w 2026 roku zaliczyła tę fazę na każdym szczeblu imprez WTA: 250, 500, 1000, no i w Wielkim Szlemie oczywiście. Na drodze do 1/4 uległy jej Mayar Sherif, Marie Bouzkova i Iva Jović. Wygrana nad tą ostatnią to równocześnie „największe” zwycięstwo Mai w karierze – bo Amerykanka notowana w chwili meczu była na 11. pozycji w rankingu WTA.

Tymczasem w meczu z Chwalińską wyglądała długimi momentami na kompletnie bezradną. Nie potrafiła poradzić sobie z dobrą, kombinacyjną i przemyślaną grą Mai. Podobnie Bouzkova, która znakomicie zaczęła (set wygrany 6:1), ale w kolejnych dwóch partiach była cieniem dla Chwalińskiej (tu z kolei przegrane 1:6, 1:6).

Nadzieje przed starciem z Marią Sakkari były więc duże. Greczynka umie co prawda przejmować inicjatywę i grać mocno, ale Maja coraz częściej pokazuje, że radzi sobie z takimi zawodniczkami, dopóki ktoś tylko nie gra straceńczo, na zasadzie „zamykam oczy i uderzam, a co będzie, to będzie”. Sakkari tak nie funkcjonuje – ona w pewnych względach jest podobna do Mai. Lubi konstruować swoje punkty, grać na kilka uderzeń, przyspieszać dopiero wtedy, gdy sytuacja jest ku temu odpowiednia. Nie boi się też pograć bliżej siatki, nie boi dłuższych wymian, ma spory repertuar.

Reklama

Innymi słowy: zapowiadał się ciekawy mecz. Zaczął się jednak od demolki.

Maja Chwalińska ma swoją piekarnię

Gdy gra Iga Świątek, często wylicza się jej „wypieki”. Są to albo sety wygrane 6:0 (czyli bajgle), albo 6:1 (breadsticki). Chwalińska w Wuhan już przed meczem z Sakkari miała na koncie trochę pieczywa – konkretnie trzy breadsticki, dwa, które podarowała Bouzkovej i jeden z meczu z Jović. W ćwierćfinale dołożyła do tego bajgla, bo pierwszy set w meczu z Marią Sakkari był jej absolutnym popisem.

Maja grała tak dobrze, że po niektórych jej akcjach uśmiechała się z pewną dozą niedowierzania… sama Sakkari. Choćby po tej, w której Maja broniąc się zagrała głębokiego loba swoją prawą – a więc „gorszą” – ręką, po czym znakomicie potem całą wymianę wykończyła.

Reklama

Loby zresztą były istotnym narzędziem w rękach Chwalińskiej. Sakkari pod koniec meczu zdawała się mieć ich absolutnie dość, bo za każdym razem, gdy była zwabiana do siatki, po chwili piłka leciała nad jej głową. Do tego obronne piłki, te słynne po Roland Garros księżycowe zagrania, one też Mai służyły. Greczynka sobie z tym wszystkim po prostu nie radziła, nie była w stanie skutecznie wykończyć większości akcji. Uciekał jej przez to gem po gemie – pierwszy, przy własnym serwisie, był jeszcze równy.

W pięciu kolejnych nie było nawet gry na przewagi – każdego Maja wygrywała, jeszcze zanim zdążyło do niej dojść. Nieważne, czy przy serwisie Sakkari, czy przy swoim. Znakomite było to granie Polki, doprawdy znakomite. Równocześnie jednak oczywistością było, że Sakkari nie zagra tak całego meczu, to nie tenisistka, która by łatwo odpuszczała. Trzeba było uważać i drugi set pokazał, że było na co.

Sakkari się bowiem przebudziła.

Reklama

Im dalej w mecz, tym równiejsza gra

Drugi set rozstrzygnął się w… drugim gemie. W pierwszej małej partii Maja miała okazję kontynuować swoją znakomitą serię, dostała bowiem break pointa, ale Sakkari – po raz pierwszy w tym meczu – wybroniła się i wygrała własnego gema. Chwilę później poszła z kolei za ciosem. W gemie serwisowym Polki wypracowała sobie łącznie trzy piłki na przełamanie, ostatnią z nich wykorzystała. Sytuacja się więc zmieniła i to Greczynka była z przodu.

Natomiast nie uciekła Mai tak, jak miał to miejsce w drugą stronę.

Chwalińska bowiem cały czas pozostawała w tym secie. Była blisko, naciskała. Było co prawda blisko do tego, żeby przegrywała z podwójnym przełamaniem, ale przy stanie 0:3 wybroniła break pointa, a potem wygrała gema. Sama mogła straty odrobić w siódmym gemie, tym razem jednak to Greczynka była w stanie utrzymać swoje podanie mimo zagrożenia, a potem zamknąć dość długiego, trudnego gema. To ją nakręciło, w ostatnim gemie serwisowym pewnie poszła po swoje. Zamknęła seta i wyrównała stan meczu.

Reklama

Trzecia partia już całkowicie wyrównała poziom rywalizacji. Obie grały świetny tenis, fani dostali sporo długich, ciekawych wymian. Więcej problemów miała w tej partii Sakkari – broniła break pointów w swoim drugim, trzecim i czwartym gemie serwisowym. Ale się trzymała, od pierwszego seta unikała straty przełamania. Chwalińska serwowała lepiej, choć i ona musiała raz popracować nad tym, by serwisu nie stracić. Poradziła sobie jednak.

Do głosu doszło też przygotowanie fizyczne. To zawsze pewna zagadka w przypadku Polki, bo choć na Roland Garros pokazała, że może zagrać 10 meczów z rzędu na wysokim poziomie, to jej historia urazów jest długa. W Wuhan jednak nie było z tym problemu – do samego końca biegała i broniła się znakomicie, jak tylko mogła, utrudniając życie Marii Sakkari. Greczynka z kolei często skuteczniej atakowała, dobrze dobierała kierunki, nie bała się zaryzykować. Czasem waliła po autach, owszem, ale wiele wymian wygrywała.

W efekcie obie szły w stronę tie-breaka.

Reklama

Czas na polski półfinał?

Chwalińska swojego gema wygrała, mimo pewnych problemów. Prowadziła już bowiem 40:0, dwie kolejne wymiany wygrała Sakkari, ale tę najważniejszą zapisała na swoim koncie Polka, po wyrzuconym przez Greczynkę backhandzie. Z perspektywy Polki wszystko było więc jasne: albo przełamanie i wygrany mecz, albo walka o to w tie-breaku. To Maria musiała się bronić, ona w tym momencie seta została postawiona pod presją – już po raz drugi.

Za pierwszym poradziła sobie świetnie. Przez całe dwa sety mimo problemów wygrywała swoje serwisy. Presja teoretycznie jej nie przeszkadzała. Praktyka często jednak bywa inna.

Maja zaczęła od znakomitego minięcia z forehandu, z którym nie poradziła sobie stojąca przy siatce Sakkari, ale po chwili oddała punkt forehandem wrzuconym w siatkę. W kolejnej akcji była w głębokiej defensywie i choć nieźle się broniła, to minimalnie wyrzuciła jedno z tych defensywnych uderzeń. Potem był fantastyczny skrót i spokojne odegranie w kort po tym, jak Sakkari zdołała go jakoś podbić. Było 30:30 i powstawało pytanie: czy ręka Greczynki zadrży?

W tamtej wymianie jeszcze nie zadrżała. Sakkari ewidentnie ujęła nieco z siły, dodała z kolei precyzji i zadbała przede wszystkim o to, by niczego nie zepsuć… ale nie zrobiła tego w kolejnej akcji, bo trafiła wtedy w siatkę. Zaczęła się więc gra na przewagi. A po chwili – po dłuższej wymianie, w której raz jedna, raz druga przejmowały inicjatywę, doczekaliśmy się piłki meczowej dla Mai Chwalińskiej.

Reklama

Piłki wykorzystanej!

Maja Chwalińska weszła do półfinału turnieju w Wuhan! Maja Chwalińska wirtualnie jest na 16. miejscu w rankingu WTA. Maja Chwalińska czeka na… Igę Świątek, bo jeśli druga z Polek wygra swój ćwierćfinał, to obie zmierzą się ze sobą w meczu o finał. To byłby historyczny moment dla polskiego tenisa. Trzymajmy kciuki, żeby do niego doszło.

Maja Chwalińska – Maria Sakkari 6:0, 3:6, 7:5

Fot. Newspix

Reklama
8 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama