Pietuszewski zadebiutował w LM! Był centymetry od szczęścia…

Mikołaj Duda

14 października 2026, 23:26 • 3 min czytania 2

Reklama
Pietuszewski zadebiutował w LM! Był centymetry od szczęścia…

Od dłuższego czasu było wiadomo, że w meczu z Realem Jan Bednarek jeszcze nie będzie mógł wystąpić w Lidze Mistrzów. Jest to pokłosie czerwonej kartki jeszcze z poprzedniego sezonu Ligi Europy. Liczyliśmy więc, że od początku zobaczymy dwóch Polaków. Niestety, skończyło się na jednym – Jakubie Kiwiorze. Oskar Pietuszewski na swój debiut w tych elitarnych rozgrywkach musiał zaczekać na ławce rezerwowych.

Reklama

Nie pozostało nam więc nic innego, jak przyglądać się Kiwiorowi i czekać aż na placu gry zamelduje się Oskar Pietuszewski. To się wydarzyło tuż przed upływem godziny gry, gdy mecz zaczął się powoli rozkręcać. To zwiastowało, że młody wychowanek Jagiellonii będzie miał całkiem sporo możliwości na pokazanie swoich możliwości. Najbardziej uaktywnił się w końcówce, gdy trzeba było gonić wynik i zabrakło naprawdę bardzo niewiele, by swój debiut na tym poziomie zakończył jako bohater mistrza Portugalii.

Liga Mistrzów. Jakub Kiwior i Oskar Pietuszewski zagrali w barwach Porto

Jakub Kiwior bez Jana Bednarka poradził sobie całkiem przyzwoicie (pan Urban, pan patrzy, nic nie sugerujemy, ale może podobny test warto zrobić w kadrze?) i to pomimo, że jego zespół stracił aż trzy gole. Akurat przy żadnym z nich nie było większej winy reprezentanta Polski.

Początkowo wydawało się, że w sytuacji z rzutem karnym z samej końcówki, po którym padł rozstrzygający gol, to on chwilę wcześniej złamał linię spalonego, ale powtórki udowodniły, że to był zastępujący Bednarka Pablo Rosario. Wiadomo, nie był to jakiś wielki mecz byłego gracza Arsenalu, zdarzały mu się choćby dość proste straty, jednak w na tyle niegroźnych sytuacjach, że nic większego z tego nie wynikało.

W pierwszej połowie miał za to kluczową interwencję tuż przed własną bramką i kto wie czy, gdyby nie on, to nie skończyłoby się golem. Dodatkowo dobrze czuł się z piłką przy nodze i kilka razy ładnie podprowadził akcję. Tak generalnie mówiąc: bez fajerwerków, ale było solidnie.

Reklama

Natomiast Pietuszewski od początku był mocno aktywny, widać było, że mocno mu zależy, żeby się pokazać, jednak konkrety z jego strony przyszły w samej końcówce. Gdy wszedł na boisko był remis, a chwilę późno Porto wyszło na prowadzenie, przez co większość czasu musiał spędzać na przesuwaniu w defensywie.

Real Betis strzelił dwa gole i to dało Polakowi pole do wykazania się w ataku. I chyba śmiało można powiedzieć, że był najbardziej wyróżniającym się graczem tych ostatnich fragmentów. Przede wszystkim posłał trzy groźne dośrodkowania. Pierwsze przechwycone przez obrońcę, przy drugim dobrze do piąstkowania wyszedł bramkarz, a trzecie… zabrakło tak niewiele.

Kapitalna dochodząca piłka trafiła prosto na głowę jednego z jego kolegów i gdyby nie naprawdę kapitalna interwencja golkipera Realu Betis, 18-latek miałby pierwszą asystę w Lidze Mistrzów. Trzeba oddać, że Hiszpan popisał się niebywałym kunsztem.

Reklama


W każdym razie Pietuszewski naprawdę może być zadowolony ze swojego premierowego występu na tym poziomie. Nic nie zepsuł, sporo walczył, a w końcówce był o krok, żeby zostać bohaterem Porto.

Co do samego meczu, pierwsza połowa to był kompletny paździerz. Poza nieuznanym golem mistrza Portugalii nie wydarzyło się praktycznie nic godnego uwagi. Po przerwie się rozkręciło i zobaczyliśmy festiwal pięknych trafień. W nich 2:1 wygrało Porto, jednak Real Betis dołożył jeszcze dwa takie mniej efektowne.

A że każdy gol liczony jest tak samo, to ze zwycięstwa cieszyli się Hiszpanie.

Ze swojego małego zwycięstwa może być za to zadowolony Oskar Pietuszewski. Obiecujące wejście z ławki i wygląda na to, że już powoli zaczyna wracać do swojej najwyższej dyspozycji.

Reklama

Real Betis – Porto 3:2 (0:0)

  • 1:0 – Abde Ezzaouli 47′
  • 1:1 – Gabri Veiga 54′
  • 1:2 – Samu 61′
  • 2:2 – Cucho Hernandez 74′
  • 3:2 – Isco 84′

Fot. Newspix

2 komentarze
Mikołaj Duda

Legenda w rodzinie głosi, że piłka podobno towarzyszyła mu już podczas narodzin. Jego pierwsze wspomnienia sięgają do MŚ w Brazylii w 2014 roku, kiedy jako siedmiolatek z zafascynowaniem oglądał jak przyszły piłkarz Górnika Zabrze sięga po trofeum. 100% na 100% jego uwagi zajmuje polska piłka. Przy trzeciej godzinie monologu o rezerwowym Radomiaka jego słuchacze często tracą cierpliwość. We wtorek i środę zbiera siły przed czwartkowym wieczorem, spędzanym wspólnie z jego ulubioną Ligą Konferencji. Gdy ktoś się go zapyta o piłkarza o imieniu Lamine, to bez zawahania odpowie Diaby-Fadiga

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama