Piast Gliwice mistrzem Polski FOGO Futsal Ekstraklasy w sezonie 2025/26! Finał play-offów był o tyle nietypowy, że własna hala nie stanowiła żadnej przewagi. Aż trzy zwycięstwa zostały odniesione na wyjazdach. Gliwiczanie przegrali raz u siebie i musieli wrócić do Przemyśla.
Powrót do poprzednich spotkań
Najpierw szybciutko wróćmy sobie do poprzednich trzech spotkań – w pierwszym „show” (ale tak bardziej negatywnie) skradł Ruben Santos, który niczym na podwórku podniósł rękę i powiedział: „pierwszy wszystko”. Zawalał przy golach, a i sam strzelił honorowego – skończyło się na 4:1 dla Piasta Gliwice. Ten miał los w swoich rękach i mógł o wszystkim przesądzić we własnej hali.
Ale tego nie zrobił. Mecz numer dwa był bardzo emocjonujący – od 0:2 dla Przemyślan, po zmarnowane „setki” na 0:3, wyrównanie przez Gracę na 2:2, a potem Danyił Abakszym strzelający na 4:4 kilkanaście sekund przed syreną. No to dogrywka i karne. Eurobus Texom miał tam tajną broń – Romana Kołtoka. I jedna jego interwencja wystarczyła. Wcześniej znokautowany został Krzysztof Iwanek, który obronił karnego głową.
W spotkaniu numer trzy Juninho Silva przemienił się w Midasa i wszystko zamieniał w złoto, kompletując hat-tricka. Jeden strzał był mega sprytny – zmienił tor lotu piłki po strzale bramkarza. Eurobus odpowiadał ciągle golami kontaktowymi, ale Henrique Diniz stracił piłkę w polu karnym i w ten sposób sam swoją drużynę znokautował. Piast prowadził więc po trzech meczach 2:1. Ale musiał wygrać w Przemyślu.
Piast wygrał w Przemyślu i obronił tytuł
EUROBUS TEXOM PRZEMYŚL – PIAST GLIWICE 2:4 (2:2)
Wszystkie drogi prowadzą do Przemyśla. Tam miało się wszystko rozstrzygnąć – albo w jednym meczu, albo w dwóch. Ta przewaga wynikała z tego, że to Eurobus Texom wygrał rundę zasadniczą, zatem finały numer jeden, cztery i pięć miał zagwarantowane we własnej hali, która – jak zwykle – napakowała się jak autobus do Lichenia. Głód futsalu i głód mistrzostwa jest tam naprawdę olbrzymi. Pojawił się i transparent: „Wiara, siła, męstwo, Eurobus tylko zwycięstwo”.
No i już w pierwszej minucie cała hala miała okazję ryknąć. Najpierw domagając się rzutu karnego po faulu na Nazarze Szwedzie, a później… był to raczej taki ryk zawodu drapieżnika, któremu uciekła ofiara. Michał Widuch wyciągnął nogę i w kapitalny sposób zatrzymał strzał Rotisława Semenczenki. Najwidoczniej bramkarz Gliwiczan nie należał do gatunku tych dzieci, którym mama w dzieciństwie na zakupach powtarzała: „Wyciągaj nogi”, bo nie nadążali. Wyczuł rywala po profesorsku i nie pozwolił, by gospodarze się nakręcili już na starcie.

Michał Widuch i jego świetna interwencja przy rzucie karnym.
Semenczenko mu się zrewanżował. Przyjął piłkę po podaniu z autu, zmylił tym samym Juninho i sprytnym strzałem ze szpicla nie dał szans Michałowi Widuchowi. I słuchajcie, minęło raptem 40 sekund, a hala w Przemyślu wpadła w ekstazę, bo ich ulubieńcy podwyższyli prowadzenie. Co tam rzut karny, każdy już o nim zapomniał. Uwaga do dzienniczka należy się Breno Bertoline, bo to on postanowił się kiwać, stracił piłkę i tym samym spowodował przewagę liczebną gospodarzy w akcji ofensywnej. Lazzarretti mógł zgadywać 50/50 – mam blokować podanie do Cecilio, czy może Nazar Szwed będzie kiwał. No i nie zgadł. Juarez de Souza Junior się poważnie wkurzył i wziął czas dla zespołu.
Breno Bertoline też się najwyraźniej wkurzył i odrobił swój błąd mocnym, precyzyjnym strzałem w dolny róg. Semenczenko po drugiej stronie zmarnował sam na sam z Widuchem, który ewidentnie zdenerwował się na kolegów i coś tam na nich krzyknął pod nosem, żeby takie krycie wsadzili sobie w kieszenie. Dill w ataku przepychał się jak Shaquille O’Neal, raz nawet wepchnął Krzysztofa Iwanka do bramki. Jego ruchy może wyglądają trochę ślamazarnie i pokracznie, natomiast jak ktoś twierdzi, że nie ma techniki, to niech sobie włączy gola na 2:2. Dill kiwnął dwóch rywali na raz, minął trzeciego i strzelił samobója rywalem. Zamienił się we Wróżkę Futsaluszkę i z niczego wyczarował kolegom prezent.

Dill pokazuje, kto zrobił najlepszą akcję indywidualną tych finałów.
Gamechanger tego meczu to sytuacja, która wydarzyła się pół minuty po przerwie. Eurobus atakował i w jednym z takich ataków głupio piłkę stracił Semenczenko i potem zachował się jeszcze gorzej – sfaulował Miguela Pegachę, który po tym odbiorze wyszedłby sam na sam z bramkarzem. Decyzja? Żółta kartka, która była drugą dla Ukraińca. A to wykluczało go z dalszej części meczu. No więc gospodarze stracili jednego ze swoich liderów, wielu powiedziałoby, że być może nawet największą gwiazdę drużyny.
Piast przewagi zawodnika po czerwonej kartce nie wykorzystał. Ruben Santos zamienił się w bramkarza, stanął na linii i uratował swój zespół. Następnie Krzysztof Iwanek świetną paradą zatrzymał strzał Pegachy. Tam się działy jakieś niewyjaśnione zjawiska paranormalne, może jakieś pole magnetyczne zostało włączone przy grze w osłabieniu, bo kilka razy piłka po prostu powinna wpaść do siatki, a ciągle nie wpadała. Gdyby to był mecz numer trzy, to Juninho pewnie nawet nosem, uchem, brodą czy potylicą strzeliłby do siatki. A tutaj stał dosłownie 30 centymetrów przy linii, piłka trafiła go w klatkę i leżący Iwanek jeszcze to zatrzymał. Cuda na kiju.
Ba, Eurobus nie tyle przetrwał ten napór w osłabieniu, co mógł i strzelić gola, lecz Vinicius Lazzarretti błyskawicznie naprawił swój błąd i zaasekurował bramkarza, wybijając z główki piłkę lecącą już do siatki. No ale nie da się ukryć – bez Semenczenki gospodarze wyglądali jak Brazylia bez Neymara na mundialu w 2014 roku. No i też częściej faulowali, dlatego po przewinieniu Rubena Santosa w naprawdę niegroźnej sytuacji zrobiło się… dużo groźniej, gdy Bertoline stanął do wykonania przedłużonego rzutu karnego. Jak dają, to bierz. No i nie zmarnował tej szansy. Bliski też był „zamknięcia” tego meczu, ale po uderzeniu podcinką trafił w słupek.
Wiadomo było, że w końcówce Przemyślanie wycofają bramkarza, próbując doprowadzić do remisu. No i – jak to mówił Bogdan Wenta – pusta brama będzie. Tomasz Kriezel już w tych play-ofach z takich okazji korzystał i zrobił to po raz kolejny. Właśnie 33-letni doświadczony reprezentant Polski strzałem do pustej przypieczętował tytuł. Piast Gliwice obronił mistrzostwo wywalczone przed rokiem. Gratulujemy!
Fot. Newspix