Duży krok Piasta po mistrza. Taki na odległość 352 km

Patryk Idasiak

25 maja 2026, 20:53 • 6 min czytania 6

Reklama
Duży krok Piasta po mistrza. Taki na odległość 352 km

Dopiero nam się finałowa walka o mistrzostwo Polski zaczęła, a Texom Eurobus Przemyśl już mocno skomplikował sobie sytuację. Dlaczego? Bo może już do własnej hali nie wrócić. Rozegrano też mecz o brąz, tam rywalizacja toczy się do dwóch zwycięstw. 

Reklama

TEXOM EUROBUS PRZEMYŚL – PIAST GLIWICE 1:4 (0:2)

Polski futsal narodził się w Gliwicach, bo przecież w latach 90. pierwszym mistrzem kraju był zespół PA Nova Gliwice. I ten futsal cały czas ma się w Gliwicach świetnie! Piast wpadł na taki pomysł, żeby kierowca autobusu miał już wolne i nie musiał jechać raz jeszcze 350 km w stronę Przemyśla. Finały gramy do trzech zwycięstw, a obrońca tytułu zaczął od wyjazdu i teraz będzie miał dwa spotkania domowe. Sytuacja jest komfortowa, ale trzeba było na taką sobie zapracować od pierwszej do ostatniej minuty.

Happysad śpiewał kiedyś, że miało być pięknie i nie wiać w oczy nam. Na playlistę może sobie ten kawałek wrzucić Rotisław Semenczenko, bo kiedy miał już piłkę na nodze w dziewiętnastej sekundzie, to naprawdę zwiastowało, że rozpocznie się to dla gospodarzy cudownie. Fani nawet nie zdążyli się dobrze rozsiąść na krzesełkach, a wspomniany Semenczenko najpierw przypressował bramkarza, potem otrzymał szybkie podanie zwrotne i… w zasadzie należy go zapytać, dlaczego nie trafił. 90% fanów w napakowanej jak kabanos hali w Przemyślu złapało się za głowy, dorośli zaklęli pod nosem (chcemy wierzyć, że dzieci nie).

Wspomniana hala w Przemyślu napakowana jak kabanos.

Reklama

Wówczas to Piast powoli przejmował inicjatywę, a 90% fanów kilka kolejnych razów robiło już bardziej „uffff” niż „kurrr…”, jak choćby w sytuacji, w której piłka przeszła koło nosa Juninho. Gospodarze próbowali się odgryzać, z daleka uderzał Danyił Abakszyn i byłoby z tego spektakularne okienko, ale dotychczas bezrobotny Michał Widuch pokazał, że śmiało można zostawić mu pod opiekę czworonoga, bo nie spuści z niego oka. Popisał się on efektowną paradą.

Ale to Piast strzelił gola. Chociaż… gdyby Ruben Santos nie bał się piłki, to pewnie by wcinkę Breno Bertoline wybił. Trudno powiedzieć, czy Portugalczyk akurat był u barbera i zrobił sobie nową fryzurę, no ale to trochę głupio jak futsalista, gdzie przecież strzały lecą z całej pety, odwraca się od piłki i jeszcze rozkłada ręce, że koledzy zawalili. A nasz pechowiec dalej kontynuował swój amatorski horror klasy B. Bo przy próbie wybicia piłki – a jakże – z czuba – nabił Miguela Pegachę w taki sposób, że ta wpadła do siatki. Esencja futsalu. Niestety jednak za „przecież chciałem dobrze” sędzia nie mógł anulować gola i do przerwy było 2:0 dla gości.

A, cofnijmy się jeszcze do minuty przed syreną, gdy już cała hala cieszyła się z gola, bo mieliśmy przecież akcję dwóch na bramkarza i Abakszyn strzelał w zasadzie do pustaka. Nagle jak dżin z butelki wyskoczył w tej akcji Michał Widuch. Przecież to była taka szansa, że facet od tablicy wyników szykował się, żeby już kliknąć zmianę na 1:2. Widuch zachował się wybornie, a po takich interwencjach bramkarze mają prawo cieszyć się jak ze zdobytej bramki.

Reklama

Michał Widuch, bohater fantastycznej parady na minutę przed końcem pierwszej połowy. Bramka mogła dać gospodarzom wiatr w żagle. 

Widuch był tego dnia jak Achilles, bo prawie nie dało się go pokonać. W równie spektakularny sposób zatrzymał nogą strzał z bliska Hryhorija Zańko. Po drugiej stronie Dill kombinował z podcinkami i mu nie wychodziło. Dlatego Eurobus Texom cały czas wierzył. No i za piętę Achillesa chwycił… nie zgadniecie! Ten, który bał się piłki, a później strzelił gola przeciwnikiem, czyli Ruben Santos. A wtedy cała hala się obudziła: „Eurobus, Eurobus”! Dill pewnie sobie myślał, że nie trzeba było cudować z podcinkami, tylko walnąć pod ladę na 3:0 i się ukłonić.

Jeśli taka myśl zakołatała mu w głowie, to raptem przez kilka sekund. Gdy na zegarze było 5:43, to padła bramka kontaktowa, a już przy 5:31 Pegacha urwał się Nazarowi Szwedowi, zobaczył to Juninho i idealnie mu wystawił. Nie za długo sobie w Przemyślu poskandowali „Eurobus”, ale przynajmniej na 10 sekund uwierzyli. Na 4:1 dla gości podwyższył Miguel Graca po wycofaniu bramkarza. A jak myślicie, kto w tej sytuacji zawalił? Dobra, już się nie będziemy znęcać, bo odpowiedź jest oczywista.

Reklama

REKORD BIELSKO-BIAŁA – CONSTRACT LUBAWA 4:1 (3:1)

Na Euro meczów o trzecie miejsce nie ma, na mundialu są. No a w FOGO Futsal Ekstraklasie jak na mundialu, bo tu przecież wielu Brazylijczyków. Rekord to siedmiokrotny mistrz Polski, choć ostatnio – jakby to zaśpiewał Mezo – ma kryzys, kryzys, kryzys. Walczy jednak przynajmniej o medal i potrzebuje już tylko jednego zwycięstwa. Sytuacja jednak nie jest taka kolorowa, bo oba mecze Rekord rozegra teraz w Lubawie, ponieważ w tabeli sezonu zasadniczego był niżej.

Zaczęło się bardzo miło, od podziękowań dla legendy zespołu z Lubawy – Pedrinho, który spędził tu aż siedem lat. Ale na boisku dominował Wolfsburg Rekord, tworząc pierwszą groźną szansę już po 20 sekundach. A po trzech minutach prowadził 1:0. Co zrobił Benjamin Tusar? Trudno powiedzieć, może jakieś podobne słowo z języka polskiego oznaczało „puść” w języku słoweńskim, bo nagle się uchylił. Za jego plecami nie czekał bramkarz Hubert Zadroga, tylko Kacper Pawlus. Przyjął, popatrzył, uderzył. I to wszystko w powietrzu! Pawlus nie spodziewał się, że święty Mikołaj odwiedzi go w maju.

Goście nie zdążyli się zasmucić, ale i nie zatracili się w tym, co najlepsze, bo pół minuty później dostali kolejnego gonga. Biało-czarna piłka leżała akurat na biało-czarnym logo, trudno było ją w ogóle tam dostrzec. Można sobie pomyśleć, że Franco Spellanzon kopnął tylko w teorii, dopóki nie zatrzepotała ona w siatce. A swoje pięć groszy dorzucił też Paweł Budniak, który wcześniej podbiegł i namieszał trochę bigosu w głowach gości. Także minęło trzy i pół minuty, a Rekord prowadził 2:0.

Reklama

Na burę od trenera zasłużył Edgar Varela, który chyba myślał, że Gabriel Rinaldin przykryje się sam. A jak już zdążył do niego dobiec, to piłka była w siatce. Varela stwierdził – no dobra, dziadowsko się zachowałem, to odrobię tego gola. Kilka razy świetnie interweniował też Kałuża. Dlatego przestajemy się dziwić, że Varela pomyślał wcześniej, że nie musi pilnować przeciwnika. Pyk – parada po strzale z piętki, pyk – wyciągnięta noga, pyk – instynktowne machnięcie ręką, pyk – sam na sam obronione wślizgiem na kolanach. Repertuar zagrań jak wybór postaci na konsoli.

Kałuża stwierdził, że to za mało, musi coś jeszcze wymyślić. I wymyślił – rzut ręką przez całe boisko do swojego imiennika – Michała Marka, a ten ustalił wynik na 4:1. Warto dopowiedzieć, że to była druga asysta golkipera Rekordu, bo pierwszą zaliczył w akcji, w której przeciwnik się uchylił. Kałuża ponownie stwierdził, że to za mało i musi coś jeszcze wymyślić. Parady, asysty… no to do tego czerwona kartka za wjazd wślizgiem w rywala poza polem karnym. Tak więc Kałuża tego dnia robił wszystko. Goście nie wykorzystali przewagi i więcej goli nie padło.

Fot. FOGO Futsal Ekstraklasa

Reklama
6 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

FOGO Futsal Ekstraklasa

Reklama