Ewa Swoboda po dobry wynik. „Najpierw zrobić, potem mówić”

Sebastian Warzecha

21 marca 2026, 17:43 • 5 min czytania 0

Reklama
Ewa Swoboda po dobry wynik. „Najpierw zrobić, potem mówić”

Ewa Swoboda po swoim biegu w eliminacjach miała dwa cele: udzielić krótkich wywiadów i, co za tym idzie, jak najszybciej znaleźć się w hotelu. I odpocząć. Dziennikarzom odpowiadała więc krótko konkretnie – a to akurat osoba, która potrafi się czasem rozgadać – ale wszystko po to, by wieczorem być w jak najlepszej formie na półfinał biegu na 60 metrów. Bo celem byłej halowej wicemistrzyni świata powinien być awans do finału. A tam niech się już wydarzy, co ma się wydarzyć.

Ewa Swoboda wraca do formy? „Jak mentalnie jest dobrze, to fizycznie też”

– Co mnie niosło? Nogi. Doping też. Co jeszcze? Nogi, co innego mnie mogło nieść? – pytała Swoboda nieco ironicznie, w odpowiedzi na pytanie zadane jej. A więc: nogi i polscy fani. Dwie składowe tego, że wybiegała dziś w biegu eliminacyjnym całkiem dobre 7,08 s. Do życiówki – 6,98 s – wiadomo, daleko. Ale z drugiej strony to szósty czas eliminacji, a ten najlepszy – autorstwa Brianny Lyston oraz Julien Alfred, bo obie pobiegły tyle samo – to 7,06 s.

One jednak mają zapewne sporą rezerwę. Pytanie brzmi: jaką ma Swoboda?

Reklama

Bo nie da się ukryć, że poprzedni sezon nie rozpieszczał naszej sprinterki wynikowo. Może to kwestia tego, jak bardzo obciążone były poprzednie lata. W 2022 sięgnęła po srebro mistrzostw Europy na stadionie, w sztafecie 4×100 m. W 2024 roku zdobyła medal tej samej imprezy, ale indywidualnie – upragniony krążek, o który walczyła naprawdę długo. W tym samym sezonie było też srebro HMŚ w Glasgow, a potem igrzyska olimpijskie, gdzie Swoboda znalazła się w półfinale. A jeszcze rok wcześniej, w 2023, był trzeci w karierze medal HME (srebro) i, przede wszystkim, finał mistrzostw świata na stadionie.

Generalnie więc: choć złotych medali było w tym okresie stosunkowo mało, to w karierze Swobody z pewnością były to złote lata. Padały życiowe czasy, były znakomite wyniki, wszystko się układało. Ale już w 2025 roku było 4. miejsce HME i takie samo na HMŚ. Wciąż dobrze, jednak rezultaty: 7,07 i 7,09 s, nie imponowały aż tak, jak to, co robiła w poprzednich latach. Na MŚ w Tokio, stadionowych, skończyło się planem minimum, czyli półfinałem. Jednak ze wszystkich zawodniczek, które w nim pobiegły, Ewa miała najgorszy czas.

Innymi słowy: był to sezon gorszy, a i sama Ewa w rozmowach często dawała do zrozumienia, że po prostu odczuwa zmęczenie, znużenie całą tą lekkoatletyką.

Ale teraz, tak się zdaje, powoli wraca.

Reklama

Czy będzie finał?

– Oczekiwania na wieczór? Pobiec jak najlepiej i dać z siebie wszystko – mówiła Swoboda po eliminacjach. A więc niczego na siebie nie narzuca, nie chce mówić o konkretnych wynikach. Bo i po co? Na medal raczej nikt nie liczy, bo jest w stawce wspomniana Alfred, jest Zaynab Dosso, jest Patrizia van der Weken. Dwie pierwsze biegały w tym sezonie 6,99 s. Ostatnia – 7,01 s. A jest jeszcze kilka zawodniczek gotowych schodzić w okolice 7,01-7,03 s.

Wydaje się, że na ten moment to nie poziom Ewy Swobody. Pytanie brzmi: jaki jest właściwie jej obecny poziom?

Bo 7,08 s z eliminacji to jej drugi najlepszy w tym sezonie rezultat. Ten rekordowy to ta sama hala, gdy końcówką lutego pobiegła 7,07 s na mistrzostwach Polski. Szału nie ma, z drugiej strony jednak Ewa otwierała sezon od czasów na ponad 7,20 s, a potem szybko urwała z tego kilkanaście setnych. I trzy razy pobiegła już poniżej 7,10 s – na siedem biegów w ogóle. Czyli jest poprawa, czyli idzie to w dobrą stronę, czyli pojawiła się stabilizacja.

Reklama

A czy jest też szansa na to, by jeszcze zbić ten rezultat? Możliwe. Z pewnością Ewa zdaje się mieć takie przekonanie, bo gdyby nie miała, to nie myślałaby raczej o finale. A myśli. Świadczy o tym fakt, że chciała się jak najszybciej wyrwać z mix zony, odbębnić te wszystkie rozmowy – i dekorowanie pierników, bo i to się przytrafiło, wiadomo, w końcu to Toruń – żeby móc pójść do hotelu.

Swoją drogą fakt, że mogła tam pójść, też sobie bardzo ceni.

– Wiele razy startowałam tak, że były trzy biegi jednego dnia. Zawsze w hali jest tak samo. Teraz jest taki plus, że mamy hotel blisko. Bo rok temu w Apeldoorn był daleko, nie mogliśmy tam pojechać po eliminacjach. Teraz możemy odpocząć w hotelowym łóżku, a nie nudzić się na hali – mówiła zapytana o to, jak radzi sobie z obciążeniami. Dodawała też, że teraz czas na regenerację. A z biegu? Na pewno cieszy ją to, jak wyszła z bloków, bo faktycznie – odsadziła z miejsca wszystkie rywalki.

Reklama

– Nie planowałam czasu w dzisiejszym biegu, ale bardzo dobrze się czułam i dobrze wyszły bloki. Wracam do siebie, do tych mocnych bloków. Co dalej? Wiecie, jak to jest, najpierw trzeba zrobić, a potem mówić.

Niech więc Ewa zrobi, co może.

Jedenasta w stawce

Gdyby brać pod uwagę najlepszy wynik z tego sezonu, to Ewa ma 11. czas w stawce. Do finału – wiadomo – wchodzi osiem najlepszych zawodniczek. Czyli trzeba pokonać minimum trzy z tych, które biegały w tym roku szybciej niż 7,07 s. Ale może okazać się, że nie trzeba będzie do tego pobijać season besta. W 2024 roku – gdy Ewa zdobywała srebro – do finału wystarczało 7,13 s. W 2025 (choć tamte mistrzostwa były nieco wybrakowane ze względu na to, że odbywały się w Chinach) nawet 7,17 s.

Jeśli Swoboda pobiegnie więc na tym ustabilizowanym już poziomie, zdaje się, że powinna być w finale. Zresztą trafiła do dobrej serii – ma w niej wspomnianą van de Weken, ale poza tym Jonielle Smith (jej życiówka, z tego sezonu, to 7,04 s), a reszta rywalek nie przebiła jeszcze w tym roku 7,10 s.

Reklama

Czyli szansa jest. Gorzej z nadzieją na medal, bo jeśli przeciwniczki pobiegną tak, jak potrafią, to naprawdę trudno sobie wyobrazić Swobodę na podium. Ale wydaje się, że dla Ewy najważniejsze jest teraz nie to, by koniecznie sięgać po medale, a by poczuć na nowo radość z biegania. Ona sama mówi, że osoby, które są wokół niej, pomagają jej wrócić do siebie. A jak mentalnie jest okej, to fizycznie też zaczyna być.

Niech więc będzie ten finał i sporo radości z samego faktu bycia w nim.

Bo i czemu się tym nie cieszyć?

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj więcej o HMŚ:

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty