Po rekord Polski? Oliwer Wdowik gotowy do walki o medal HMŚ

Sebastian Warzecha

20 marca 2026, 13:06 • 7 min czytania 0

Reklama
Po rekord Polski? Oliwer Wdowik gotowy do walki o medal HMŚ

Halowe mistrzostwa świata w lekkiej atletyce to nie tylko największa impreza zimowego sezonu, ale też – co naturalne – szansa na bicie rekordów. A są takie wyniki w historii naszej lekkiej atletyki, które dawno pokrył już kurz. Jeden z nich paść może jednak nawet dziś, choć wymagałoby to perfekcyjnego biegu. Oliwer Wdowik jednak zbliżył się niedawno do wyniku Mariana Woronina w biegu na 60 metrów tak blisko, jak od kilku lat nikt nie był. Czy dziś uda mu się wielkiego poprzednika dogonić?

Oliwer Wdowik po rekord Polski? „Mam dwa cele”

28 lutego tego roku. Też w Toruniu, w tej samej hali, na tej samej – zresztą nowej, niedawno wymienianej i mającej pozwalać walczyć o rekordy – bieżni. To wtedy Oliwer Wdowik pobiegł najlepszy rezultat w karierze. Do tej pory było to 6,60 s, biegane trzykrotnie w latach 2023-2024. Wdowik, wtedy tuż po dwudziestce, był wielką nadzieją polskiego sprintu. I poprzedni sezon też pokazał jego potencjał, choć nie na hali – tam nie pobił życiówki.

Ale na stadionie, na 100 metrów, zbił ją do 10,10 s, a na nasze warunki to znakomity rezultat. I wreszcie był też w miarę zdrowy, bo wcześniej często prześladowały go urazy większe i mniejsze.

Reklama

Sezon halowy, z biegami u siebie, zapowiadał się więc na ciekawy dla naszego męskiego sprintu. I Oliwer potwierdził to już w trakcie mistrzostw Polski, gdy pobiegł wspomniane 6,54 s. Czwarty rezultat w historii polskiej „sześćdziesiątki”. Lepsi byli tylko Dominik Kopeć (zresztą też startuje na HMŚ i awansował do półfinału) w 2023 i Marcin Krzywański w 1998 roku, obaj z czasem 6,53 s. No i naturalnie – ten najlepszy i na stadionie, i na hali, czyli Marian Woronin.

Jego wynik? 6,51 s. Dla polskich sprinterów – strefa marzeń. Wdowik traci do niej trzy setne sekundy. Cztery, żeby ten rekord pobić i wymazać z historycznych ksiąg. Niby niewiele, choć na tak krótkim dystansie – to prawdziwa przepaść. Tym bardziej, że mówimy o gościu, który już zbił w tym sezonie życiówkę o sześć setnych. Kolejne cztery? To byłby kosmiczny przeskok, a Oliwer znalazłby się nagle gdzieś w – jak na nasze warunki – stratosferze.

Albo i wyżej.

Reklama

Wszyscy w świecie polskiej lekkiej atletyki – może poza samym Woroninem – mają jednak nadzieję. Nadzieję, że Oliwerowi się uda. Bo wciąż aktualny rekord Polski to rok 1987. Od tamtego czasu żaden polski sprinter nie pobiegł szybciej. I naprawdę już chyba na to najwyższa pora.

Pogoń za historią

– Nie spodziewałem się takiego wyniku, bo z natury te MP słyną z tego, że biegamy wolniej. Na rozgrzewce czułem się taki plastyczny, coś takiego było w Madrycie. Na chłodno do tego podchodzę, wyczekuję już tych mistrzostw świata. Doszliśmy z Dominikiem [Kopciem] do takiego poziomu, że mistrzostwa kraju są przystankiem przed docelową imprezą – mówił Oliwer Wdowik po swoim rekordzie życiowym na antenie TVP Sport.

W sprawie rekordu Polski nie chciał jednak składać wtedy żadnych deklaracji. Jak stwierdził – powie coś, a potem ktoś to wypunktuje, a na co mu taka sytuacja? On sam powtarza – także dziś, po eliminacjach – że ma dwa cele. Jakie? Nie zdradza, choć podejrzewać można, że chodzi o rekord Polski i medal tych halowych mistrzostw.

Reklama

Tym bardziej, że Oliwer mówił – jeden cel wynika z drugiego. A bieganie na rekord kraju może być do tego podium potrzebne.

Nawet bez medalu jednak rekord byłby czymś wyjątkowym. Bo jako się rzekło – to wynik wiekowy, taki, który warto z tych ksiąg wykasować, zanim dobije do czterdziestki, a to przecież już w przyszłym roku. Jeśli ktoś jednak ma to zrobić, to tylko Oliwer. Dominik Kopeć, owszem, ma lepszą życiówkę, ale w tym sezonie raczej nie stać go na takie bieganie. Wdowika – jak pokazał – zdecydowanie tak. W czasie HMP zresztą wydaje się, że mógł pobiec szybciej.

Ale miał przewagę, cieszył się ze złota, uniósł rękę, nieco zwolnił. Po finiszu oceniał, że raczej nie pobiłby rekordu, gdyby do końca biegł na maksa. Ale możliwe, że dorównałby do dwóch kolegów po fachu i pobiegł 6,53 s. A wtedy do Woronina byłoby jeszcze bliżej. Ale to mała różnica – tak czy siak trzeba będzie przekraczać bariery. A wiadomo, że gdy walczy się z tak wiekowym wynikiem, to ta psychiczna jest duża.

Choć na hali i tak, trzeba to przyznać, jest u nas lepiej niż na stadionie. W konkurencjach olimpijskich, czyli tych stadionowych właśnie, mamy aż 18 rekordów Polski z XX wieku, które pozostają aktualne. Na hali – biorąc pod uwagę konkurencje, które są na HMŚ – jest ich tylko piątka.

Reklama

Są to:

  • Bieg na 60 metrów mężczyzn: Marian Woronin – 6,51 s (21.02.1987).
  • Skok wzwyż mężczyzn: Artur Partyka – 2,37 m (skakał tę wysokość czterokrotnie, po raz pierwszy 3 lutego 1991).
  • Trójskok mężczyzn: Michał Joachimowski – 17,03 m (9.03.1974).
  • Siedmiobój: Sebastian Chmara – 6415 pkt (1.03.1998).
  • Pchnięcie kulą kobiet: Krystyna Zabawska – 19,26 m (21.02.1999).

Rekord Woronina nie jest więc najbardziej wiekowym – ten „zaszczyt” należy się Joachimowskiemu, który panuje już od ponad 50 lat (jego rezultat znacznie przeżył autora, bo były znakomity trójskoczek zmarł w 2014 roku). Niemniej – to wciąż stary wynik, taki z brodą.

I w sumie najpewniej jedyny, jaki jest tu do przebicia. Nie ma mowy o tym, by ktoś miał poprawić rezultaty Joachimowskiego właśnie, Chmary i Zabawskiej… bo po prostu nie mamy na tych HMŚ reprezentantów w tych trzech konkurencjach. Choć prawda jest taka, że nawet gdyby byli, to i tak nikt w Polsce nie jest na poziomie choćby bliskim rekordom.

W skoku wzwyż też się to nie uda, ale oddzielamy go od reszty, bo reprezentant jest i to niezły – Mateusz Kołodziejski skoczył niedawno 2,30 m i widać, że u wciąż całkiem młodego skoczka wszystko idzie – dosłownie – w górę. Niemniej: podnieść się o siedem (żeby dorównać) albo i osiem (żeby pobić) centymetrów na jednych zawodach?

Reklama

Właściwie niemożliwe.

Zostaje więc Woronin. A co za tym idzie – zostaje Wdowik.

Niezłe otwarcie. Ale w półfinale musi być lepiej

– Bieg eliminacyjny? Pozytywny – mówił krótko Oliwer Wdowik. I w sumie to słowo najlepiej oddaje jego start. Bo pozytywne było to, że awansował pewnie, z drugiego miejsca w swoim biegu. A to ważne, bo sam Polak podkreślał, że poranne bieganie – startował jeszcze przed 11 – potrafi być zdradliwe. Chodziło o to, żeby przejść dalej, najlepiej jak najmniejszym nakładem energii, bo dziś przecież trzy biegi (a przynajmniej taki jest plan) – wieczorem jeszcze półfinał i finał.

Więc tak: było pozytywnie.

Reklama

Również dlatego, że choć to piątek i sesja poranna, to na halę zaszło sporo kibiców. Jasne, widać było nieco wolnych miejsc, szczególnie w tych „gorszych” sektorach, ale niespecjalnie to przeszkadzało. Tym bardziej, że hala w Toruniu akustycznie jest świetna, wystarczy grupka fanów, by było głośno. A jak jest tak – na oko, więc nie przykładajcie do tego szacunku aż takiej wagi – 75 procent zapełnienia, no to w ogóle robi się głośno. Oliwer ten hałas doceniał.

– Kibice dużo znaczą. Jak usłyszałem huk na starcie, to mnie zmotywowało – mówił. Jego czas nie był jednak taki, jaki mógłby sobie wymarzyć – pobiegł 6,60 s. Z drugiej strony… do tego sezonu była to jego życiówka. A teraz mówimy o wyniku, który nie zadowala w pełni. To pokazuje, jaki progres zrobił Oliwer. On sam mówił, że popełnił mały błąd na mecie, zresztą taki, który często mu się przytrafia. Mianowicie: zbyt wcześnie się na tę metę rzucił.

Oliwer Wdowik

Oliwer Wdowik po biegu eliminacyjnym. Fot. Newspix

Reklama

Mówi, że zabrało mu to być może nawet dwie setne. W półfinale trzeba będzie więc taki błąd sobie odpuścić. Trzeba też będzie pobiec szybciej, bo 6,58 s może nie wystarczyć do finału. Stawka jest mocna, wszyscy biegają dość równo. Nawet ten zakładany lepszy czas – 6,58 s – dałby w eliminacjach maksymalnie 9. miejsce. Dobra wiadomość?

Nikt nie przebił w tej pierwszej rundzie rekordu Polski. Czyli faktycznie – bieganie na wyniki w jego granicach może (powinno?) dać medal. Choć Oliwer ewidentnie na razie nie chce o tym myśleć (co nie zmienia faktu, że my możemy) i powtarza, że na razie najważniejszy będzie półfinał. Bo żeby walczyć o medale, najpierw trzeba awansować do biegu o nie.

A jeśli po drodze trafi się kolejna życiówka i/lub rekord Polski – to tym lepiej.

***

Reklama

Półfinały biegu na 60 m mężczyzn dziś od 20:16, na starcie Oliwer Wdowik i Dominik Kopeć. Finał o 21:22. 

Z TORUNIA
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

La Liga

Trzęsienie ziemi w Bilbao. Valverde odchodzi z Athleticu

Jan Broda
2
Trzęsienie ziemi w Bilbao. Valverde odchodzi z Athleticu

Inne sporty