W Wolfsburgu wszystko się wali. Historyczna klęska klubu Grabary?

Wojciech Górski

14 marca 2026, 07:54 • 8 min czytania 5

Reklama
W Wolfsburgu wszystko się wali. Historyczna klęska klubu Grabary?

W Wolfsburgu kruszy się wszystko: zwalniani są kolejni trenerzy i dyrektorzy, z pracy wyrzuca się nawet kucharzy i kierowców. W oku cyklonu między słupkami stoi Kamil Grabara. Stoi i próbuje łapać, ile się da. Ale nawet jego starania mogą nie wystarczyć, by uchronić VfL Wolfsburg przed pierwszym, historycznym spadkiem z Bundesligi.

W ostatnim czasie nawet przejeżdżający w okolicach Wolfsburga musieli uważać, by przypadkiem nie stracić roboty. Pracowniczy trup ścielił się gęsto: najpierw z roboty wylani zostali trener Daniel Bauer i dyrektor Peter Christiansen, później przyszła kolej na trenera przygotowania fizycznego Christiana Clarupa. A żeby nikt nie czuł się bezpiecznie, gilotyna ścięła też kucharza i kierowcę autobusu.

Z tym kucharzem i kierowcą autobusu to żaden żart. Zdaniem Bilda ta dwójka miała „tworzyć toksyczną atmosferę” i „wywoływać niepokój”. A nawet… namawiać piłkarzy do buntu.

Problem w tym, że w tym sezonie to już druga taka rewolucja w mieście Volkswagena. W listopadzie pracę stracił trener Paul Simonis, zatrudniony w klubie od początku sezonu, a wraz z nim zwolniono też Sebastiana Schindzielorza, dyrektora sportowego, notabene o polskich korzeniach, bo urodzonego w Krapkowicach.

Reklama

Wolfsburgowi w oczy zagląda pierwszy w historii spadek z Bundesligi. Wilki nie wygrały żadnego z ośmiu ostatnich spotkań, do bezpiecznej pozycji tracą cztery punkty, a do końca rozgrywek zostało już tylko dziewięć spotkań.

Niezależnie, jak zakończy się ten sezon – wygląda na to, że Kamilowi Grabarze trzeba życzyć, by jak najszybciej poszedł drogą Kuby Kamińskiego. I zmienił otoczenie.

Kamil Grabara najmniej winny. Jak Kotorowski

Bo nawet jeśli spełni się czarny scenariusz i Kamil Grabara z Bundesligą się pożegna – jego wina będzie w tym wszystkim akurat najmniejsza. Choć oczywiście i on nie ustrzegł się błędów – w niedawnym meczu z Lipskiem wybił piłkę prosto pod nogi Brajana Grudy, co zakończyło się golem, wcześniej media wypominały mu błąd przy bramce Waldschmidta w meczu z Koeln, a osiem straconych sztuk z Bayernem Monachium też chluby nie przynosi.

Ale patrząc całościowo – w Wolfsburgu najmniej winiono by Kotorowskiego… najmniej winiono by Grabarę. Podkreślają to noty Kickera, gdzie Polak oceniony jest zdecydowanie najlepiej w zespole:

Reklama

Oceny w Kickerze w Wolfsburgu

Na tle wszystkich piłkarzy Bundesligi Grabara też wygląda całkiem przyzwoicie – pod względem ocen jest na 32. miejscu (na 232. sklasyfikowanych piłkarzy), notując lepszą średnią choćby od chwalonego zewsząd Kuby Kamińskiego.

Zimą w swoim corocznym rankingu bramkarzy Kicker Grabarę umieścił nad… Manuelem Neuerem. A wyżej od Polaka ocenił tylko trzech bramkarzy: Gregora Kobela z Borussii Dortmund, Petera Gulacsiego z Lipska i Olivera Baumanna z Hoffenheim, a więc – jak zapowiedział już Julian Nagelsmann – jedynkę w niemieckiej bramce na najbliższym mundialu.

Na razie w meczach Wolfsburga scenariusz powtarza się regularnie: Grabara w bramce dwoi się i troi, ale w końcu kapituluje. Nic dziwnego, skoro VfL jest drużyną, która w Bundeslidze przyjęła w tym momencie najwięcej strzałów (aż 387). 55 z nich wpadło do bramki 27-latka.

Reklama

Gdy zobaczyłem tę statystykę, przypomniał mi się tytuł pierwszego artykułu z wypowiedziami golkipera po transferze do Wolfsburga. Kicker obwieszczał: „Grabara: Nie mam problemu z tym, że w każdym meczu tracimy trzy gole”.

Wywiad z Kamilem Grabarą

Oczywiście, jak to w mediach bywa, w tytule urwano dalszą część wypowiedzi, tę, gdzie Grabara dodaje: „dopóki wygrywamy”.

Problem w tym, że dwa lata później, jak w proroczym nagłówku, zgadza się tylko pierwsza część. Znaczy nie ta, że Grabara nie ma problemu z traconymi golami – a ta, że w każdym meczu wpuszcza ze trzy sztuki.

Reklama

W zeszłym sezonie czyste konto w lidze Grabarze udało się utrzymać sześciokrotnie, w tym – tylko raz.

Nie tak to wszystko miało wyglądać.

Sezon za sezonem, rozczarowanie za rozczarowaniem

Nie tak miało to wyglądać, bo Wolfsburg jest przecież klubem, którego ambicje sięgają gry w europejskich pucharach i gdzie nikt tego szczególnie nie ukrywa. A wyznaczone cele nie są odrealnione, a poparte konkretnymi inwestycjami i – mam wrażenie – w dużym stopniu jakością piłkarską.

A mimo tego od lat coś idzie nie tak. Odkąd Oliver Glasner w sezonie 2020/21 zajął czwarte miejsce w Bundeslidze i zdecydował się opuścić zespół, klub co roku ponosi bolesne porażki. Choć co roku ma być inaczej.

Reklama

– Czwarte miejsce w zeszłym roku było świetne. Naszym celem jest je poprawić – deklarował zastępujący Glasnera Mark van Bommel w czerwcu 2021 roku.

W październiku van Bommela nie było już w klubie, a Wolfsburg zakończył sezon na 12. miejscu.

– Nie przyszliśmy do Wolfsburga, żeby być na dziesiątym miejscu – zapewniał latem 2022 roku buńczucznie Niko Kovac, a zatrudnienie byłego trenera Bayernu Monachium miało być sygnałem, że Wolfsburg mierzy naprawdę wysoko.

I Kovac miał rację, VfL uplasowało się powyżej dziesiątego miejsca. Konkretnie na ósmym, spadając z lokaty premiowanej pucharami w ostatniej kolejce, przegrywając ze zdegradowaną już Herthą.

Reklama

Niko Kovac

Ale Chorwat się nie poddawał.

Cel się nie zmieni: chcemy grać w europejskich pucharach – mówił przed startem kolejnego sezonu.

W marcu, po serii jedenastu meczów bez wygranej, zastąpił go Ralph Hasenhuettl, finiszując na 12. miejscu. I powtarzał śpiewkę poprzedników:

Reklama

– Nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy tego nie osiągnąć – mówił w listopadzie 2024 roku, pytany o miejsca pucharowe.

Ostatecznie nie było nawet blisko, sezon 2024/25 Wolfsburg skończył jedenasty.

Latem zeszłego roku zatrudniono więc Holendra Paula Simonisa, niedawnego zdobywcę Pucharu Holandii.

– Lubię krajowe puchary. To najkrótsza droga do Europy – przekazał latem.

Reklama

Po czym odpadł z Pucharu Niemiec w październiku z drugoligowym Holstein Kiel. Dwa mecze później stracił też robotę, zostawiając Wolfsburg na 14. miejscu w tabeli. Jego następca Daniel Bauer zdołał zepchnąć VfL jeszcze trzy pozycje niżej.

Volkswagen płaci, efektów nie ma

Takie wyniki sportowe to obraz absolutnej nędzy i rozpaczy, biorąc pod uwagę nakłady, czynione co roku przez koncern Volkswagena. W sezonie 2021/22 na transfery wydano 82 mln euro, dwa lata później 75 mln euro, w tym sezonie na transfery przeznaczono już ponad 68 mln euro. Żadnego z ostatnich pięciu lat Wolfsburg nie skończył z dodatnim bilansem transferowym.

Niemieckie media już konfrontują to z zapowiedziami producenta samochodów, który do 2030 roku zamierza zwolnić aż 50 tysięcy pracowników. Przypomnijmy: Volkswagen jest całościowym właścicielem VfL, co w niemieckich warunkach jest ewenementem – należący do koncernu klub jest jednym z nielicznych wyjątków od tamtejszej świętości, zasady 50+1.

Choć nie jest przecież tak, że do Wolfsburga trafiają sami słabi, przepłaceni piłkarze. Nawet teraz, gdy spojrzymy na kadrę VfL, zobaczymy zawodników, którzy w piłkę grać po prostu potrafią:

Reklama
  • takim jest choćby Joakim Maehle, duński lewy obrońca,
  • takim jest Szwed Mattias Svanberg, który w Wolfsburgu dusi się jak do niedawna Kuba Kamiński,
  • jakości nie brakuje przecież Maximilianowi Arnoldowi, choć coraz częściej słychać głosy, że kapitan jest głównym „hamulcowym” na boisku,
  • takim jest Lovro Majer, błyskotliwy ofensywny pomocnik,
  • takim jest Christian Eriksen, gość, którego nikomu nie trzeba przedstawiać,
  • takim jest Patrick Wimmer, obdarzony świetnym dryblingiem skrzydłowy,
  • takim jest Jesper Lindstroem, choć trapiony w tym sezonie przez kontuzje,
  • takim jest też Mohamed Amoura, który w zeszłym sezonie w pojedynkę ciągnął ofensywę zespołu (w ubiegłym sezonie zaliczył 10 goli i 12 asyst, w tym ma już osiem trafień).

A mimo tego – na boisku oglądamy jedną wielką klapę. VfL w ataku jest chaotyczne, przewidywalne, najgroźniejsze po przypadkowych akcjach. W defensywie – jeszcze gorsze, źle zorganizowane, niestabilne i dziurawe jak sito.

To zespół bez żadnej boiskowej tożsamości. A w dodatku bez widocznej motywacji i sportowej złości.

Powrót Heckinga, czyli pełne ryzyko

– Kiedy pokazywana jest ławka rezerwowych i widzę pustkę na ich twarzach, brak ognia, wtedy rozumiem, dlaczego zespół jest krytykowany – wypalił podczas jednych pierwszych wypowiedzi Dieter Hecking, który ma w końcówce sezonu uratować Wolfsburg.

61-latek z VfL sukcesy już odnosił – zdobył wicemistrzostwo kraju oraz Puchar Niemiec. Problem w tym, że było to ponad dekadę temu, a od tamtej pory trudno powiedzieć coś szczególnie dobrego na temat trenerskiej kariery Heckinga.

Reklama

Po przeciętnych epizodach w Gladbach i Hamburgu zrobił sobie kilkuletnią przerwę i w pewnym momencie wydawało się nawet, że coraz starszy szkoleniowiec da sobie spokój z trenerką spokój. Na chwilę objął jeszcze FC Nuernberg, w którego strukturach pracował, ale po ledwie czterech wygranych w 14 spotkaniach, wrócił do roli kierownika.

W trakcie zeszłego sezonu, niespodziewanie, objął będące w katastrofalnej sytuacji VfL Bochum. Gdy przychodził do klubu, ten w Bundeslidze nie wygrał żadnego meczu, remisując ledwie jeden, na początku listopada mając na koncie tylko jeden punkt. Misja ratunkowa wydawała się niemożliwa.

– Znajomi pytają mnie: po co ty sobie to robisz? – śmiał się wówczas Hecking. A kibice reszty drużyn pytali raczej: dlaczego postrzegany jako emeryt Hecking przejął Bochum? Bo pewnie nikt inny nie chciał.

Reklama

Zespołu z Zagłębia Ruhry uratować się nie udało, Bochum zleciało do 2. Bundesligi, a tam 61-letni trener przegrał cztery z pięciu pierwszych spotkań, po czym też pożegnał się z posadą.

Teraz w podobnej sytuacji obejmuje VfL Wolfsburg. Jeśli zawiedzie i klub po raz pierwszy w historii opuści Bundesligę, może zniszczyć całą swoją budowaną przed laty legendę.

Na pierwszy ogień – starcie z Hoffenheim

A zadanie Hecking ma przed sobą ogromnie trudne. Przed Wolfsburgiem tylko dziewięć spotkań, w tym starcie z Bayernem Monachium (zimą Bawarczycy pokonali go 8:1), czy z drużynami, które w tym sezonie grają lub pograły swoje w Europie – Bayerem Leverkusen, Eintrachtem Frankfurt i Freiburgiem.

Na pierwszy rzut nowego-starego trenera czeka zaś pojedynek z Hoffenheim, czyli rewelacją trwającego sezonu, zajmującą obecnie trzecie miejsce w ligowej tabeli.

Początek meczu w sobotę o godzinie 15.30, kiedy to rozpocznie się pierwszy z dziewięciu finałów dla Wilków w walce o utrzymanie. Rewolucji w bramce nie będzie, nawet gdyby Hecking chciał na początek zastosować ekstremalną terapię szokową. Rezerwowy bramkarz Marius Mueller po ostatnim ligowym meczu wdał się w bójkę i po końcowym gwizdku obejrzał czerwoną kartkę.

Kamil Grabara rozpocznie więc spotkanie w wyjściowym składzie. Jedno z ostatnich w zespole z Wolfsburga?

Forma drużyny dostarczony przez Superscore

 

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix.pl

5 komentarzy
Wojciech Górski

Uwielbia futbol. Pod każdą postacią. Lekkość George'a Besta, cytaty Billa Shankly'ego, modele expected Goals. Emocje z Champions League, pasja "Z Podwórka na Stadion". I rzuty karne - być może w szczególności. Statystyki, cyferki, analizy, zwroty akcji, ciekawostki, ludzkie historie. Z wielką frajdą komentuje mecze Bundesligi. Za polską kadrą zjeździł kawał świata - od gorącej Dohy, przez dzikie Naddniestrze, aż po ulewne Torshavn. Korespondent na MŚ 2022 i Euro 2024. Głodny piłki. Zawsze i wszędzie.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Bundesliga

Bundesliga

Kolejny Polak zagra w Dortmundzie?! Jest wysoko na liście życzeń

Mikołaj Duda
5
Kolejny Polak zagra w Dortmundzie?! Jest wysoko na liście życzeń