Nikt na boisku nie podpala tak, jak Timothy Ouma [KOMENTARZ]

Jakub Radomski

12 marca 2026, 22:17 • 5 min czytania 1

Reklama
Nikt na boisku nie podpala tak, jak Timothy Ouma [KOMENTARZ]

Wiecie, co jeszcze bardziej dobitnie niż inne spotkania pokazał mecz Lecha z Szachtarem? Że zespół z Poznania ma dwóch zawodników, którzy na boisku okazują dwa skrajne oblicza. Pewnie zgadliście już, których graczy mam na myśli. Pytanie, czy warto stawiać na nich w meczu z tak silnym rywalem, jak zespół z Doniecka. Przede wszystkim – czy w ogóle, mierząc się z taką jakością po drugiej stronie, wystawianie Timothy’ego Oumy ma jakikolwiek sens, a nie jest bardziej piłkarską wersją rosyjskiej ruletki? Z jednej strony szkoda tego 1:3 u siebie, ale z drugiej ten wynik oddaje wydarzenia na boisku. A przed rewanżem, mimo że mecz w Krakowie, ciężko o logiczne argumenty, że Lech może to jeszcze odwrócić.

Nie ma przypadków. A już na pewno nie ma przypadku w tym, że Joel Pereira przy drugim golu dla Szachtara powinien zachować się lepiej, bo to od niego dwa razy niefortunnie odbiła się piłka. Gol na 1:3? Część winy też na pewno spada na Portugalczyka. A jednocześnie to Pereira w drugiej połowie powinien mieć asystę, ale Taofeek Ismaheel trafił w bramkarza. Po chwili asystę już miał, po trafieniu Mikaela Ishaka. Odważna, wysoka gra Pereiry, jego pokazywanie się z prawej strony, miały spory wpływ na to, że Lech w pewnym momencie na kilkanaście minut przejął inicjatywę i wydawało się, że może nawet wyrównać na 2:2. Nie wyszło.

Ale przy swoim koledze z drużyny wyraźnie słabszy w defensywie niż w graniu do przodu Pereira nie jest jeszcze graczem takich skrajności.

Timothy Ouma w Lechu Poznań, czyli świetne podania, a po chwili juniorski błąd

Kenijczyk dał się już poznać jako gość, który w wielu meczach występuje w roli głównej – raz pozytywnej, raz negatywnej. Był świetny debiut przeciwko Breidablikowi, a później katastrofalny występ z Lechią i spotkanie z Arką w Gdyni, gdy w kilka minut osłabił drużynę. A dziś? Dziś mieliśmy kolejne, jak powiedzieliby Francuzi, specialite d’Ouma.

Reklama

Już w swoich pierwszych zagraniach, gdy sędzia ledwo rozpoczął drugą połowę, Ouma wyglądał jak gość z przypadku. Zagubiony? Zestresowany? Ciężko powiedzieć.

Jeżeli ktoś uznałby, że po prostu słaby, po kilku minutach musiałby zmienić zdanie, bo Kenijczyk najpierw świetnie zagrał do Ismaheela. Później miał swój udział w szybkiej wymianie podań piłkarzy Lecha, trochę jak z PlayStation. Niedługo potem to on zagrał mocną, podciętą, idealną piłkę do Pablo Rodrigueza, którą Hiszpan przyjął, ale chwilę później nie trafił w bramkę. Gdyby wtedy Lech wyrównał na 2:2, zdecydowanie bardziej zwracano by uwagę na jakość tego zagrania Oumy. Ale po chwili zobaczyliśmy Kenijczyka, który w niezrozumiały sposób podaje do rywala. Trochę jak ten bramkarz Sokoła Kleczew, który dziś ma problemy. Niczego oczywiście nie sugerujemy, zresztą Ouma, mający taki przekrój świetnych i koszmarnych zagrań, zupełnie nie wygląda jak gość, który chciałby doprowadzić na boisku do konkretnego zdarzenia.

Bardziej jak zawodnik, którego po prostu nie da się okiełznać. Najwidoczniej nie ma też przypadku w tym, że Slavia Praga, dla której w kilka miesięcy rozegrał tylko trzy mecze, oddała go na wypożyczenie do Lecha. Wątpię, by czeski klub, obserwując tego typu występy Kenijczyka, chciał budować na kimś takim przyszłość

Myślę też, że w takiej sytuacji, gdy jeszcze mierzysz się z najlepszą ukraińską drużyną, która nie przegrała od 13 spotkań we wszystkich rozgrywkach, lepiej mieć jednak na boisku kogoś z sufitem znajdującym się niżej, ale jednocześnie dużo bardziej stabilnego. Gościa, który jest bardziej przewidywalny – również dla kolegów z drużyny – niż faceta, który gra na boisku w rosyjską ruletkę.

Reklama

Podobnie jak trener, który go wpuszcza.

Timothy Ouma w meczu z Szachtarem

Timothy Ouma w meczu z Szachtarem

Historia z Florencji tutaj raczej się nie powtórzy

Tym bardziej, że to był pierwszy mecz, a nie spotkanie, w którym wszystko się rozstrzygało. Choć nie było tego widać, bo oba zespoły długimi momentami grały, jakby właśnie dziś, w Poznaniu, wyjaśniała się sprawa ćwierćfinalisty Ligi Konferencji. Obawiam się, że po trzecim golu dla Szachtara jednak się wyjaśniła.

Reklama

Tak, wiem – Jagiellonia potrafiła wrócić i doprowadzić do dogrywki we Florencji mimo 0:3 u siebie. Wiadomo też, że Lech tak naprawdę nie zagra klasycznego wyjazdowego spotkania, bo drugi mecz z Szachtarem będzie mieć miejsce w Krakowie. Ale o ile 0:3 z Fiorentiną w Białymstoku nie oddawało do końca przebiegu spotkania, o tyle Szachtar był dzisiaj piłkarsko jednak znacząco lepszy od Kolejorza.

Gdy goście przyspieszali, grali z pierwszej piłki, Lech, zwłaszcza w środku pola, stawał się czasami bezradny. Szachtar imponował też fantazją, i tym, jak jego zawodnicy wbiegali w wolne strefy. Tak padł pierwszy gol, tak mógł paść kolejny. Poza tym Arda Turan wprowadził w drugiej połowie najpierw dwóch gości, z których każdy kosztował po 10 milionów euro, a później piłkarza, którego Szachtar wykupił po pół roku grania w Czerkasach, gdzie Prosper Obah zamiatał „ukraińską” ligę.

A w Lechu na boisku pojawił się Timothy Ouma.

Niektórzy będą przypominać, że przecież Legia w Krakowie ograła Szachtar 2:1. Zgadza się, tylko jednocześnie miała w tamtym spotkaniu sporo szczęścia, ale też przeciwnik wystawił kilku rezerwowych piłkarzy. Teraz Szachtar prawdopodobnie wyjdzie na rewanż mocniejszą jedenastką. Być może w Krakowie zespół Nielsa Frederiksena też będzie miał trochę szczęścia i strzeli pierwszy gola. Ale przy tak wyraźnej dysproporcji umiejętności nie sądzę, żebyśmy w tym dwumeczu mieli wielkie emocje do ostatnich minut drugiego spotkania.

Reklama

WIĘCEJ O PIŁCE NA WESZŁO:

Fot. Newspix.pl 

1 komentarz
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Liga Konferencji