Dobrzycki a Wojciechowski? Styl zupełnie inny, efekty na razie podobne

Przemysław Michalak

07 marca 2026, 12:19 • 6 min czytania 18

Reklama
Dobrzycki a Wojciechowski? Styl zupełnie inny, efekty na razie podobne

Bardzo długo wydawało mi się, że te porównania są na wyrost, że jedyny punkt wspólny między Robertem Dobrzyckim a Józefem Wojciechowskim to fakt, że mają mnóstwo pieniędzy dzięki działalności w branży deweloperskiej i część z nich wydali na polską piłkę. Dobijamy jednak do pierwszego roku Widzewa Łódź z nowym właścicielem i im dalej w las, tym więcej podobieństw można dostrzec po odcedzeniu pobocznych wątków. A to oczywiście nie są wnioski pomyślne dla Dobrzyckiego.

I żeby było jasne: kompletnie nie chodzi tu o porównywanie ich jako ludzi. W tym kontekście nie ma czego porównywać.

Robert Dobrzycki i Józef Wojciechowski. Inne światy, ale zawirowania w klubach podobne

Józef Wojciechowski to był raptus wydzierający się na piłkarzy, trenerów i działaczy. Mówiący wszystko, co ślina mu na język przyniesie. W wielu aspektach ręcznie sterujący klubem, potrafił nawet mieszać się do składu. Atmosfera często zależała od tego, w jakim humorze wstał. Wydawanie wielkiej kasy na pensje nie szło w parze z planami długofalowego rozwoju całej Polonii. Rządził w stylu memicznego januszexu z lat 90., nawet wąs się zgadzał. Na koniec porzucił zabawkę, zostawiając ją na pastwę losu.

Jeśli na tym tle ustawimy Roberta Dobrzyckiego, wchodzimy dziesięć poziomów wyżej. Elegancki i elokwentny. Opanowany. Nowoczesny menadżer. Oddający kompetencje w ręce zatrudnionych osób. Składnie się wypowiadający. Działający również sercem, bo jest kibicem klubu, który kupił. Deklarujący myślenie na lata do przodu.

Reklama

Zupełnie inne realia i inny świat, dlatego po kolejnych zawirowaniach w Widzewie mimo wszystko chciało się uciec od bezpośrednich nawiązań do Wojciechowskiego.

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę wyłącznie esencję i efekty dotychczasowych działań łódzkiego klubu po zmianie właściciela, pojawia się nadspodziewanie mocny „Wojciechowski vibe”.

Czy wydarzenia w Widzewie po zmianie właściciela aż tak bardzo różnią się od tego, co działo się w Polonii Warszawa Józefa Wojciechowskiego? 

Reklama

Przepalone miliony euro

Widzew przez dwa okienka wywalił na transfery ponad 20 mln euro (nie licząc pensji, kwot za podpis i prowizji), a sportowo po dwudziestu trzech kolejkach znajduje się w gorszym miejscu niż w poprzednim sezonie. Wtedy na tym etapie miał 27 punktów i zajmował dwunaste miejsce, dziś ma 24 punkty i jest przedostatni. Wyśmiewana jeszcze zimą przez Dariusza Adamczuka i Piotra Burlikowskiego perspektywa spadku stała się jak najbardziej realna.

Ileż musiało się zmienić, żeby zmieniło się na gorsze. Widzew w omawianym okresie pozyskał łącznie dwudziestu dwóch zawodników, a pozbył się dwudziestu pięciu – z czego aż sześciu (!) zakontraktowanych latem. A jeśli doliczymy wykupionego w czerwcu Petera Therkildsena, to de facto siedmiu. Porażająca statystyka, za którą nie poszedł wzrost jakości na boisku. To przecież miało być głównym celem i ze względu na takie założenia przyjęto tryb przyspieszony w przebudowywaniu kadry.

Czterech trenerów Wojciechowskiego, czterech trenerów Dobrzyckiego

Do tego przez rok właścicielstwa Dobrzyckiego Widzew ma już czwartego trenera, czyli tylu, ilu przewinęło się przez premierowy rok rządów Wojciechowskiego w Polonii (poprzestał na dziewiętnastu zmianach w ciągu siedmiu lat). Dobrzycki zaczynał z zatrudnionym nieco wcześniej Żeljko Sopiciem, potem był Patryk Czubak i afera grecka, następnie „pan czapeczka” Jovicević, a teraz jest Aleksandar Vuković. Prawdopodobnie pierwszy trener, który nadaje się do takiego klubu jak Widzew. To jednak wariant mało „sexy”, na myśl o którym pewnie jeszcze niedawno na al. Piłsudskiego uśmiechnęliby się z politowaniem.

Reklama

Vuković ma podejście znacznie bardziej przyziemne, nie zapowiada fajerwerków, ale jest szansa, że z nim Widzew wreszcie stanie się drużyną, a nie ładnie wyglądającym rankingiem na Transfermarkcie.

Widzimy, że tryb przyspieszony w realiach Ekstraklasy nie zadziała. Indywidualności z miejsca nie stworzą maszynki do wygrywania, o ile nie kupiłeś Messiego, Mbappe i Neymara w najlepszym okresie. Do tego dochodzą potencjalne konflikty w szatni, bo tworzy się kasta nowych, świetnie opłacanych zawodników i tych będących już na miejscu, którzy coraz mocniej są spychani na bok. Polonia też to przerabiała, że wspomnimy o wypominaniu przez kolegów zarobków Euzebiusza Smolarka.

Widzew ma wielu dyrektorów, wiele działów i departamentów, to duża struktura, ale znów: jeśli wyciśniemy samo mięso, na tę chwilę niewiele się nie zgadza. Pion sportowy też już zdążył się zmienić. Mindaugas Nikolicius działał zbyt ostrożnie i skautingowo, za bardzo w dotychczasowym stylu dyrektorów sportowych w polskich klubach, a tu chodziło o rozmach, więc… przyszli Adamczuk i Burlikowski.

Dwór podpowiadaczy

Dobrzycki ufa swoim ludziom, pytanie tylko, czy zaufał ludziom właściwym. Jeżeli na konferencji powitalnej Vukovicia Dariusz Adamczuk mówi, że – mając więcej danych niż my – przed meczem z Pogonią był dobrej myśli, po Pogoni zapaliła mu się czerwona lampka, a o losie trenera zdecydowało to, że Fornalczyk nie trafił w serii rzutów karnych, to pozostaje się załamać. Takie odczucia może mieć każdy kibic bez analizy.

Reklama

Coraz większym problemem wydaje się także dwór podpowiadaczy, formalnie niezwiązanych z klubem. Miał go Józef Wojciechowski, ma go też Robert Dobrzycki. Obaj nie znają się na piłce, więc chcąc nie chcąc, łatwo mogą ulec różnym podszeptom. Ich obu łączy Radosław Majdan. Nazwisk jest znacznie więcej, że wspomnimy Mariusza Lewandowskiego, któremu po karierze wyszedł jedynie awans z Termaliką. Słuchanie takich głosów nie zwiastuje lawiny sukcesów.

I oczywiście ktoś powie, że to nie powinien być mój problem, ani nikogo z zewnątrz. Robert Dobrzycki wydaje swoje pieniądze i w razie czego jego samego porażka zaboli najbardziej. Tyle że dla dobra polskiej piłki byłoby wskazane, żeby ten projekt wypalił. Tak po prostu. Żaden klub nie funkcjonuje w próżni, jego działania w mniejszym lub większym stopniu rzutują na całą ligę i cały rynek. Zapewnianie, że przestrzelenie z transferem za 5 mln euro to żaden problem brzmią super, są deklaracją siły, ale nie ma studni bez dna.

A dziś Łodzianie zaczynają być postrzegani jako bankomat, do którego koniecznie trzeba się dobrać, nawet jeśli z dużym prawdopodobieństwem uda się go podoić jedynie przez kilka miesięcy, bo w następnym okienku ponownie dojdzie do rewolucji.

Widzew Łódź

Reklama

Walka o uniknięcie katastrofy

Dla kibiców Widzewa Dobrzycki jeszcze długo, bardzo długo będzie nietykalny, bo po wielu latach znów pozwolił im marzyć, a to rzecz bezcenna. Nie ulega jednak wątpliwości, że jego pierwszy rok w roli właściciela Widzewa trzeba uznać za totalny falstart.

Nadal jest duża nadzieja, że zacznie wyciągać wnioski, a wtedy prędzej czy później klub z takim zapleczem finansowym czeka nieuchronny sukces. Na dziś jednak po odarciu z pięknych szat otrzymujemy wagony drogich piłkarzy co pół roku, zmiany trenerów średnio co kilka miesięcy, nietrafiających z wyborami dyrektorów sportowych i przede wszystkim permanentny brak jakości na boisku.

Można się wiele razy powtarzać z sezonem przejściowym, ale tylko ktoś niepoważny wydałby kilkadziesiąt milionów euro na polskim rynku oczekując w zamian ewentualnego powalczenia o Puchar Polski – co i tak od paru dni jest niemożliwe. Roberta Dobrzyckiego uważam za człowieka poważnego, który po prostu takimi wypowiedziami starał się tonować oczekiwania, ale nie był w tym wiarygodny.

Fakty są takie, że Widzew przegrał sezon, a teraz pozostaje mu już tylko walka o to, żeby ta porażka nie okazała się katastrofą i najdroższym spadkiem w historii Ekstraklasy.

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix.pl

18 komentarzy
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa