Oni też nie wierzyli, że mogą spaść. Aż nadeszła rzeczywistość

Marcin Długosz

03 marca 2026, 08:07 • 8 min czytania 37

Reklama
Oni też nie wierzyli, że mogą spaść. Aż nadeszła rzeczywistość

Nadszedł marzec, a wraz z nim pierwsze promienie słoneczne. Tu i ówdzie można już posłuchać ćwierkających ptaszków… Ale nie dla wszystkich ten luz. Na jedenaście kolejek przed końcem sezonu, w strefie spadkowej Ekstraklasy wciąż grzęzną Legia Warszawa i Widzew Łódź. Choć spadek tych klubów byłby szokiem, to historia – nawet ta niedawna – zna przypadki, które mogą stanowić przestrogę.

Doskonale wiemy, że do końcówki maja tabela może przetasować się jeszcze tysiąc razy. Z drugiej strony powitanie marca pod kreską to stan, w którym przynajmniej delikatne dopuszczenie myśli, że na finiszu będzie bardzo ciężko, jest wymagane.

Nie zamierzamy tu nikogo straszyć, ale historia raptem ostatnich piętnastu lat pokazuje, że naprawdę uznane firmy po prostu mogą spaść. Tak zwyczajnie. Bo punkty w tabeli się nie zgadzają. I niekoniecznie wiąże się to z brakiem ciepłej wody w kranie czy długami, przez które piłkarze chodzą na mecze na piechotę, bo klubu nie stać na autokar.

Reklama

Te przypadki stanowią przykład, że spadek sportowy to nie jest sytuacja z bajek dla dzieci i nie stoi gdzieś pomiędzy smokami a harpiami. Bez względu na to jak się nazywasz, jaką masz historię i ile wydałeś milionów.

Pierwszy spadek w historii klubu

Zacznijmy od dalekiego skoku na mapie, bo aż do Argentyny. Jeśli ktoś nigdy nie śledził rozgrywek klubowych w Ameryce Południowej, to będąc odbiorcą mediów sportowych latem 2011 roku na pewno usłyszał przynajmniej kilka konkretnych wzmianek o River Plate. Bo było o czym informować…

W czerwcu przed piętnastoma laty klub z Buenos Aires – po fatalnym sezonie w swoim wykonaniu – przegrał dwumecz ostatniej szansy z Belgrano i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii osunął się do Primera B Nacional, czyli na drugi poziom rozgrywkowy.

Reklama

Ironię tego wszystkiego tylko zwiększał fakt, że pseudonim River Plate to Los Millonairos – czyli po prostu, „Milionerzy”. Nie wziął się znikąd. W przeszłości klub ze stolicy Argentyny wydawał wielkie pieniądze na transfery, a na ściąganiu najlepszych zawodników zbudował swoje dziedzictwo. W końcu 33 tytuły mistrzowskie w kraju nie wzięły się z kosmosu.

Kiedy spadek został przypieczętowany, wokół stadionu wybuchły ogromne zamieszki. Łącznie zostało rannych ponad 70 osób, a żeby ogarnąć chaos związany z degradacją giganta potrzeba było czasu. Oczywiście nic nie wydarzyło się bez powodu – River Plate już w latach poprzedzających spadek był klubem, w którym zagościł kryzys na wielu polach. Nawet jednak nieco słabsze wyniki nie powodowały, że kibice przyjmowali za realny taki dramat, jaki narodził się na ich oczach.

Sportowa tragedia nie potrwała długo, po raptem po roku zasłużony argentyński klub wrócił do elity, a od tego czasu zgarnął trzy kolejne tytuły – w tym ostatni w 2023 roku. Pozostaje jednak przykładem, że nawet najwięksi w danej lidze mogą zmierzyć się ze spadkiem nie tylko wtedy, kiedy klub staje się bankrutem. Nawet jeżeli problemy finansowe różnej maści były, to nie takie, które mogłyby usprawiedliwić boiskową katastrofę.

Reklama

„Ci, którzy nie uciekli, solidarnie stanęli w kole i w milczeniu przeżywali żałobę. Zachowali klasę. Nie było powtórki z Copa Libertadores, kiedy lali się wszyscy. Na Monumental lała tylko policja. Armatkami wodnymi w zapłakanych i rozwścieczonych kibiców, którzy zaraz potem ruszyli w miasto. Efekt – płonące Buenos Aires, totalny chaos, 70 rannych. Stadion zamknięty na 60 dni”pisaliśmy na Weszło o spadku River Plate przed piętnastoma laty.

Liga Mistrzów i spadek w jednym sezonie

No dobrze – Ameryka Południowa i tamtejsze emocje są jednak mimo wszystko odległe Polakom. Wróćmy więc do Europy i weźmy na tapet klub, którego nazwę znają wszyscy, nawet jeśli ich wiedza o międzynarodowym futbolu ogranicza się do przeglądania pucharowych wyników. Villarreal, bo o nim mowa, w sezonie 2011/2012 dokonał sztuki niebywałej – jesienią występował w Lidze Mistrzów, a wiosną spadł na drugi poziom rozgrywkowy w Hiszpanii.

Reklama

Jeszcze rok wcześniej, w 2011 roku, Żółta Łódź Podwodna zajęła czwarte miejsce w La Liga i zakwalifikowała się do Champions League. Nie było to dla niej wybitnie coś nowego – niewiele wcześniej, bo w 2006 roku, otarła się o finał tych rozgrywek przegrywając półfinałowy dwumecz z Arsenalem na żyletki.

Co zatem sprawiło, że klub, który był czołowy w jednej z najlepszych lig Europy, w ciągu paru miesięcy ekspresowo zjechał windą w dół? Kontuzje, zapętlenie się w kryzysie, a od połowy marca przez kolejne półtora miesiąca, kiedy robiło się coraz goręcej, ciułanie remisów zamiast konkretnych zwycięstw.

Uczciwie musimy przyznać, że Villarreal część winy za swoje niepowodzenie może też zrzucić na karb pecha. Spadł mając „aż” 41 punktów, czyli tyle, ile na ogół wystarcza, aby w hiszpańskiej elicie się utrzymać. Dodatkowo decydującego gola w ostatniej kolejce w meczu z Atletico Madryt stracił w 88. minucie.

Reklama

Splot dramatycznych wydarzeń i sportowych niepowodzeń był ogromny. Nie zmienia to jednak faktu, że naprawdę uznana europejska marka potrafiła zaprezentować taką formę, że nie wystarczyła do utrzymania. Klub wrócił do La Liga już rok później, a po upływie kolejnych kilku lat znów brylował w Europie – triumf w Lidze Europy 2020/2021 i półfinał Ligi Mistrzów 2021/2022 – ale do dziś pozostaje przykładem, że spadek po prostu… może się zdarzyć.

Zlekceważone kontrolki

W przypadku Hamburgera SV powiedzieć, że zlekceważono pewne znaki ostrzegawcze, to jakby nic nie powiedzieć. Jeszcze pod koniec pierwszej dekady XXI wieku HSV potrafił zajść do półfinału Pucharu UEFA czy potem jego następczyni – Ligi Europy. Kolejne lata były już dla tej drużyny jednak dużo gorsze.

Reklama

Piętnaste miejsce w 2012 roku przeplecione ósmym rok wcześniej i siódmym rok później dało się jeszcze przełknąć. W sezonach 2013/2014 i 2014/2015 Hamburger balansował już jednak nad przepaścią – dwa razy z rzędu wywalczył utrzymanie w najwyższej lidze dopiero po barażu.

Zakotwiczył w drugiej połowie tabeli na dobre, aż w sezonie 2017/2018 się doigrał – finiszował przedostatni. Faktem stał się spadek jedynego klubu-założyciela Bundesligi, który nigdy z elitą się nie pożegnał. I chociaż sportowo nie układało się na północy Niemiec najlepiej od dłuższego czasu, to jednak gdy degradacja oficjalnie się zmaterializowała, pojawiło się po prostu uczucie niedowierzania.

Ale jak to? Ano – tak to. Przez lata regularnie olewano wszelkie kontrolki na desce rozdzielczej, aż samochód w końcu się rozkraczył. „Zegar HSV”, odliczający na stadionie czas nieprzerwanej gry w Bundeslidze, zatrzymał się na niespełna 55 latach.

Reklama

Od wicemistrzostwa po spadek z hukiem w trzy lata

W 2011 roku – półfinał Ligi Mistrzów. W latach 2012-2019 – czterokrotny uczestnik fazy pucharowej Champions League. Jeszcze w 2018 roku – wicemistrzostwo Niemiec. I choć potem Schalke 04 Gelsenkirchen finiszowało na odległej czternastej i dwunastej lokacie w Bundeslidze to tego, co zrobi w sezonie 2020/2021, nikt by nie wymyślił.

Klub z Zagłębia Ruhry stał się dopiero piątą drużyną w historii ligi niemieckiej, która w ciągu pierwszych czternastu kolejek nie była w stanie wygrać nawet jednego meczu. Jak już się przełamała w styczniu rozbijając 4:0 Hoffenheim, to na kolejny triumf kazała czekać swoim kibicom do… kwietnia. Potem jeszcze jedna wygrana w maju i to by było na tyle. Z trzema zwycięstwami na przestrzeni całego sezonu Schalke nie tyle spadło, co zleciało z hukiem i łoskotem do 2. Bundesligi. Po trzydziestu latach nieprzerwanej gry w elicie…

Reklama

Nie można powiedzieć, że w tym tragicznym sezonie w Schalke byli już sami słabeusze. Pod tym spadkiem, w mniejszym lub większym stopniu, podpisały się takie nazwiska jak Matija Nastasić, Sead Kolasinac, Shkodran Mustafi czy Klaas-Jan Huntelaar.

Oczywiście do tak wielkiej sportowej katastrofy doprowadzają lata zaniedbań, słabych decyzji i porażek zarządu, ale i tak szybkość, z jaką Schalke przemierzyło drogę od gry w europejskich pucharach i zajmowania dobrych miejsc w Bundeslidze do kompromitującego spadku szokuje. Rok później klub wrócił do elity, ale tylko na sezon i znów wylądował na zapleczu. Teraz, w trzecim kolejnym sezonie w 2. Bundeslidze, walczy o następny awans – w marzec wszedł jako lider tabeli.

Reklama

Wielka historia, dobre lata i… druga liga

Duża marka, 10-krotny mistrz Francji, od 2004 roku nieprzerwanie występujący w Ligue 1 – AS Saint-Etienne. Do czasu, a konkretnie do sezonu 2021/2022, który zespół ten zwieńczył spadek do drugiej ligi po przegranych rzutach karnych w barażu z Auxerre.

Może nie był to spadek aż tak szokujący jak chociażby Villarrealu, ale jednak w latach 2012-2019 Saint-Etienne regularnie potrafiło a to wywalczać awans do Ligi Europy, a to kręcić się w jego pobliżu. A jeszcze w sezonie 2019/2020, zakończonym już tuż nad kreską (17. miejsce w Ligue 1), ASSE zaszło do finału Pucharu Francji.

Po spadku francuski zespół prezentował już typowe falowanie i spadanie. Najpierw dwa sezony w Ligue 2, potem awans, potem znowu spadek. Aktualnie jest pierwszy na zapleczu i zdaje się ponownie wracać do elity. Na jak długo tym razem?

Reklama

Polskie podwórko

Nie możemy zakończyć tej wyliczanki inaczej, jak tylko polskim akcentem. Nie będziemy już tutaj wchodzić w całą historię degrengolady Białej Gwiazdy porzuconej przez Bogusława Cupiała i że przez dobrą dekadę z roku na rok zanosiło się na coś niedobrego coraz bardziej.

Faktem jest jednak, że czołowy polski klub pierwszej dekady XXI wieku, drużyna w 2011 roku ocierająca się o awans do Ligi Mistrzów, w maju 2022… po prostu spadła z ligi. W meczu przypieczętowującym smutny los krakowianie prowadzili na wyjeździe z Radomiakiem Radom już 2:0, ale potem otrzymali cztery ciosy i bezradnie stojący przy linii Jerzy Brzęczek mógł tylko się przyglądać, jak na jego oczach pisze się historia.

Od powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej w 1996 roku przez kolejnych piętnaście lat Wisła włożyła do gabloty osiem mistrzostw Polski. Potem były coraz to większe problemy właścicielko-organizacyjne, stopniowe osuwanie się, aż degradacja stała się faktem.

Reklama

Dla osób wychowanych na europejskich bojach Białej Gwiazdy i postrachu, jaki siała swoją drużyną na krajowym podwórku – absolutny szok. Ale i dla tych starszych kibiców niemałe zdziwienie, bo przecież hasło „spadek Wisły Kraków” nawet w momencie ostatecznego zapadania tego wyroku brzmiał trochę półżartem, półserio.

Teraz krakowianie są na najlepszej drodze, by powrócić do elity. Czy miną się w drzwiach z Legią lub Widzewem?

CZYTAJ NA WESZŁO O EKSTRAKLASIE:

Fot. FotoPyK/Newspix

37 komentarzy
Marcin Długosz

Serie A, Serie B, Włosi w europejskich pucharach - kocha wszystko, co spod znaku calcio. Za Milanem przemierzył sporo kilometrów, kocha zapach San Siro i będzie płakał przy wyburzeniu (które jest konieczne). Nie zapomina o starej, dobrej Ekstraklasie. Na weszlo.com i w WeszłoTV opowiada głównie o piłce włoskiej i polskiej.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa

#SzacunekdlaArbitra, a dla klubów co? Błędy i brak transparentności [VLOG]

Paweł Paczul
3
#SzacunekdlaArbitra, a dla klubów co? Błędy i brak transparentności [VLOG]

Bundesliga