Włosi zdziadzieli. Na szczęście mają Atalantę

Marcin Długosz

25 lutego 2026, 23:54 • 5 min czytania 0

Włosi zdziadzieli. Na szczęście mają Atalantę

Mieliśmy już pod palcem gotowe najcięższe działa do wytoczenia we włoską piłkę, ale za tarczę antyrakietową posłużyła Atalanta Bergamo. Po pięknym i emocjonującym rewanżu wyeliminowała Borussię Dortmund, ale i tak nie zmieniła faktu, że tegoroczna Liga Mistrzów to pomarańczowa – jeśli nie czerwona – kartka dla Serie A.

Reklama

Zwłaszcza dla tych największych, od których musimy wymagać, a nie tylko możemy jak w przypadku Atalanty.

Napoli? Wstyd

O tym, że mariaż Antonio Conte z Champions League jest udany jak obecny sezon Legii Warszawa wiedzieliśmy od dawna. Sympatyczny Apulijczyk i tak postanowił nam jednak udowodnić, że ostatniego słowa w kwestii stawiania granic swoich europejskich klęsk nie powiedział.

Reklama

Tym razem nie zmieścił się do najlepszej dwudziestki czwórki fazy ligowej. Prowadząc Napoli i jednocześnie sprawiając, że mistrz Włoch nie pokonał fazy grupowej/ligowej po raz pierwszy od dwunastu lat i sezonu 2013/2014.

Jak myślicie, kto sięgnął po to rzadkie wyróżnienie poprzednio? Dokładnie tak. Antonio Conte we własnej osobie prowadząc Juventus nie zdołał dobić się do 1/8 finału. A więc doppietta. Dublet.

Jasne, możemy teraz spojrzeć na wszystko fachowo. Przeanalizować kontuzje, z którymi musiało mierzyć się Napoli w tym sezonie. Zaznaczyć na ile wypadł Kevin De Bruyne, jak długo brakowało Romelu Lukaku, że leczy się Frank Anguissa. I tak dalej, i tak dalej.

Ale na koniec parę zdań – na 36 zespołów w stawce, a każdy dysponował ośmioma meczami, awansowały 24. Odpadło tylko 12 i wśród nich mistrz Włoch. Nie przystoi. Nie wypada. Nie można. No nie. Masakra.

Inter? Masakra

Ale to styczniowe wylogowanie się Napoli z Ligi Mistrzów było tylko przystawką przed daniem głównym na włoskim stole kompromitacji. Inter Mediolan – finalista poprzedniej edycji i drużyna, która przez ponad połowę fazy ligowej sunęła po bezpośredni awans do 1/8. Nie udało się, ale w dwumeczu barażowym trafili na Bodo/Glimt.

Znamy to – niewygodny teren, mroźna północ, sztuczne boisko, wygrane z Romą, Lazio, City, Atletico… W Europie nie ma już słabych drużyn, zachwycamy się projektem Norwegów na wielki futbol. I tak dalej, i tak dalej.

Ale jeszcze raz. Inter Mediolan kontra Bodo/Glimt. W dwumeczu 5:2 dla facetów, którzy klubu o prestiżu Interu na dystansie 180 minut nie powinni zranić. A jednak Nerazzurri musieli okryć się płaszczem klęski i przełknąć gorzką pigułkę.

Nie pierwszą i nie ostatnią, ale wyjątkowo paskudną. Nie masz prawa przegrać tej fazy trzema golami jeśli jesteś Interem Mediolan. A jeśli tak się dzieje – musisz się wstydzić.

Juventus? Dramat (po wielkiej walce)

Nie byłoby kompletnego obiadu bez deseru, zatem przed tygodniem baklawę z Juventusu zaserwowało nam Galatasaray. Jeśli ktoś przez kilka ostatnich lat spędzał życie na Marsie i właśnie wrócił na Ziemię pamiętając, jak Bonucci, Barzagli i Chiellini dowodzeni zza pleców przez Buffona bili kolejne rekordy bez straconych bramek, mógł się po prostu wystraszyć zastaną sytuacją i z prędkością światła wrócić na orbitę.

Turcy zrobili z Bianconerich dżem ładując im pięć goli, a mający wejść w buty Wojciecha Szczęsnego bramkarz Michele Di Gregorio do dzisiaj chyba jedzie na Ibupromach, bo nie ogarniał, co się działo. Zresztą, w weekend poprawił fatalnym błędem z Como i rewanż z Galatą już obejrzał z ławki rezerwowych.

W rewanżu turyńczycy wyglądali na napompowanych i nawet mimo czerwonej kartki Lloyda Kelly’ego fajnie walczyli. Ba! Walczyli fantastycznie i doprowadzenie do dogrywki, wiara do końca mimo grubo ponad godziny w osłabieniu to rzecz wielka.

Tylko… co z tego? To brzmi brutalnie po takim podjęciu rękawicy przez ekipę Luciano Spallettiego, ale jeśli nazywasz się Juventus i dajesz Galacie zrobić z siebie marmoladę, żeby potem bohatersko i nieskutecznie odrabiać straty, to masz poważny problem i po drodze milion rzeczy poszło nie tak.

Milan? Śmiech

Nieobecni niech się nie śmieją. Milan tegoroczną edycję Ligi Mistrzów i europejskich pucharów w ogóle ogląda w telewizji, ale w poprzedniej nagotował tyle bigosu, że może lepiej, że zniknął na rok z oczu. Najpierw wypuścił pierwszą ósemkę przegrywając w Zagrzebiu z Dinamem, potem nie uporał się z Feyenoordem Rotterdam, którego stan kadrowy w momencie dwumeczu był bardziej wybrakowany niż szczęki awanturników spod osiedlowych sklepów.

I tylko ta Atalanta…

I dobrze, że w tym wszystkim jest jeszcze Atalanta Bergamo, która teoretycznie większym, a na pewno bogatszym od siebie musi pokazywać, co to jest stanięcie na wysokości zadania. Choć długo wyglądało na to, że i ona wpisze się w nurt frajerstwa – najpierw wypuściła TOP8 porażkami z Bilbao i Unionem SG, a potem w Dortmundzie z Borussią – jak to się mówi – nawet nie pierdnęła i dostała 0:2.

Wszystko zmienił rewanż, w którym zobaczyliśmy Boginię jak ze snów, w jej najlepszej wersji z możliwych. Tę spod ręki Gian Piero Gasperiniego. Intensywna, mocna gra, doskok, odrobienie strat, trzy gole. Potem trochę kłopotów, by bohatersko się z nimi rozprawić już ostatecznie karnym w ostatniej akcji meczu.

Ta wygrana 4:1 i miejsce w 1/8 Ligi Mistrzów to ukoronowanie dotychczasowej pracy Raffaele Palladino. Włoch przejął Atalantę w listopadzie, gdy ta w lidze kołysała się nad strefą spadkową i potrafiła wyłapać 0:3 od Sassuolo. W trzy i pół miesiąca sprzątania po Ivanie Juriciu nie tylko załatwił klubowi kasę z kolejnych awansów w Champions League, ale i podciągnął zespół w lidze z trzynastego miejsca na siódme i do TOP4 straci już tylko pięć punktów.

My cieszymy się dodatkowo, że w tak fajnej i rozbujanej Atalancie ważną rolę odgrywa Nicola Zalewski. Trener odbiera Polaka jako urodzoną dziesiątkę, a wręcz zaznacza, że na wahadle to właściwie się marnuje. Sytuację naszego piłkarza szerzej opowiedzieliśmy na Weszło TV.

Włosi mają do zmiany w piłce milion rzeczy. Od struktury rządzących, przez infrastrukturę, po jakikolwiek mądry pomysł na przyszłość. Póki co niech się cieszą, że pokolenie pamiętające pierwszą dekadę XXI wieku wciąż żyje i ma się dobrze, bo to gwarantuje zainteresowanie. Ale ci młodsi to niedługo o wielkich Milanach i Juventusach to będą chyba słuchać na zasadzie meczu na wodzie z RFN i seryjnych mistrzostw Polski Górnika Zabrze.

No coś tam kiedyś było, ale halo. Ziemia.

Włosi skompromitowali się w tej edycji Ligi Mistrzów, ale mają szczęście, że wyrósł ten kwiatek na zwiędniętej glebie. Atalanta powstrzymuje nas od połajanki kompletnej. Stawiamy kropkę na 99 procentach.

CZYTAJ WIĘCEJ O LIDZE MISTRZÓW NA WESZŁO:

0 komentarzy
Marcin Długosz

Serie A, Serie B, Włosi w europejskich pucharach - kocha wszystko, co spod znaku calcio. Za Milanem przemierzył sporo kilometrów, kocha zapach San Siro i będzie płakał przy wyburzeniu (które jest konieczne). Nie zapomina o starej, dobrej Ekstraklasie. Na weszlo.com i w WeszłoTV opowiada głównie o piłce włoskiej i polskiej.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama
Reklama