Sezon 2025/26 jest w wykonaniu Fiorentiny, co tu dużo mówić, kompletnie nieudany. Drużyna ze Stadio Artemio Franchi wygrała jak dotąd tylko cztery mecze ligowe i jest bardzo poważnie zagrożona spadkiem z Serie A. Bywały jednak takie czasy, gdy we Florencji występowali czołowi zawodnicy globu. No i przed dzisiejszym starciem Fiorentiny z Jagiellonią Białystok w Lidze Konferencji postanowiliśmy powspominać właśnie te chwalebne dla Violi chwile. Oto pięć historii o pięciu legendarnych piłkarzach Fiorentiny.
Lecimy!
5 historii o legendach Fiorentiny
Spis treści
- 5 historii o legendach Fiorentiny
- Gabriel Batistuta. Ten, który pozostał na tonącym okręcie
- Giancarlo Antognoni. Ten, który zmartwychwstał na boisku
- Daniel Passarella. Ten, który walczył o władzę z Maradoną
- Kurt Hamrin. Ten, który zatriumfował w Europie
- Roberto Baggio. Ten, którego nie złamały kontuzje
- CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Gabriel Batistuta. Ten, który pozostał na tonącym okręcie
Skoro na wstępie napomknęliśmy o groźbie degradacji, jaka wisi w tym sezonie nad Fiorentiną, to cofnijmy się wspomnieniami do sezonu 1992/93.
Viola przystąpiła wówczas do rywalizacji w Serie A ze sporymi ambicjami. Ostatecznie miała w swoim składzie takich zawodników jak Stefan Effenberg czy Brian Laudrup. A przede wszystkim – miała na szpicy Gabriela Batistutę, króla strzelców Copa America 1991, wyrastającego wtedy na jednego z najlepszych napastników świata. Wydawać by się zatem mogło, że drużyna z „Batigolem” w linii ataku jest skazana… no, jeśli nawet nie na sukces, to przynajmniej na wykręcanie przyzwoitych rezultatów we włoskiej ekstraklasie. Ale nic bardziej mylnego, ponieważ 1993 rok przyniósł ekipie z Florencji gigantyczną katastrofę w postaci spadku z ligi. Do utrzymania zabrakło jednego punktu. Punktu, który można było zdobyć na przykład w 31. kolejce ligowych zmagań. Fiorentina przegrała wówczas na wyjeździe 1:2 z Atalantą Bergamo po golu straconym w 87. minucie spotkania. Golu samobójczym autorstwa Gabriela Batistuty.
Oczywiście był to po prostu pechowy zbieg okoliczności. To nie Argentyńczyk odpowiadał za fatalne wyniki Fiorentiny w sezonie 1992/93. Głównym winowajcą takiego, a nie innego stanu rzeczy był producent filmowy Vittorio Cecchi Gori, który przejął stery w klubie z rąk swojego ojca – Mario – gdy ten zaczął chorować na serce. Cecchi Gori junior zarządzał drużyną poprzez chaos – notorycznie zmieniał trenerów, wygłaszał płomienne tyrady w szatni, otwarcie krytykował szkoleniowców i piłkarzy w mediach, czasami wykłócając się z dziennikarzami po meczach. Przy okazji toczył też publiczną wojenkę z Silvio Berlusconim, właścicielem Milanu.
Cały ten bałagan w naturalny sposób zaszkodził zespołowi i zaowocował spadkiem do Serie B. Włoska ekstraklasa w latach 90. była zbyt mocna, by wybaczać tego rodzaju błędy w zarządzaniu. Dość powiedzieć, że z ligi spadła nie tylko Fiorentina z Batistutą, ale też na przykład Brescia z Gheorghe Hagim.
„Batigol”, w przeciwieństwie choćby do wspomnianego Briana Laudrupa, nie czmychnął z tonącego okrętu. Mimo licznych ofert, pozostał we Florencji po spadku, czym zaskarbił sobie dozgonną wdzięczność i miłość kibiców Violi. Fiorentina szybko zresztą udowodniła, że jest zespołem zwyczajnie zbyt mocnym dla drugoligowej konkurencji – wskoczyła na fotel lidera Serie B w pierwszej kolejce sezonu 1993/94 i nie opuściła go aż do ostatniej serii spotkań. Po zakończeniu ligowych zmagań Batistuta błysnął formą strzelecką na mistrzostwach świata w Stanach Zjednoczonych, a następnie zaliczył jedną z najlepszych kampanii w karierze klubowej. Sezon 1994/95 otworzył bowiem passą jedenastu występów z bramką na koncie, a zamknął z 26 golami w dorobku, co zapewniło mu tytuł króla strzelców Serie A.
Fiorentina 1998/99. Eksplozja, kontuzja, karnawał i niespełnione marzenie o scudetto
Summa summarum Batistuta za wiele z Fiorentiną nie wygrał. Tylko Puchar i Superpuchar Włoch w 1996 roku. Swoje jedyne scudetto wywalczył już po przenosinach do Romy. Ale nieodwrócenie się plecami do klubu, gdy ten pogrążył się w poważnych tarapatach, to czasami osiągnięcie równie cenne jak trofeum.

Giancarlo Antognoni. Ten, który zmartwychwstał na boisku
Gabriel Batistuta stał się twarzą Fiorentiny w latach 90. Natomiast najbardziej symboliczną postacią dla Violi w poprzednich dekadach był niewątpliwie Giancarlo Antognoni – błyskotliwy ofensywny pomocnik, 73-krotny reprezentant Włoch i mistrz świata z 1982 roku. We Florencji występował w latach 1972-1987 i, podobnie jak „Batigol”, wielkich triumfów w jej barwach nie święcił. Jedynym dużym sukcesem Fiorentiny za jego czasów było zwycięstwo w Coppa Italia (1974/75). Dlatego kibice z Mediolanu czy Turynu często kręcili nosami, widząc że Antognoni znów pojawił się w wyjściowej jedenastce drużyny narodowej.
– Kontrowersje wokół mnie nigdy się nie skończą. Osobiście się nimi nie przejmuje, chociaż niektóre artykuły w prasie mnie dotknęły. Oczywiście czasami krytyka była słuszna, ale często – zupełnie bezpodstawna. Wielu dziennikarzy jest do mnie uprzedzonych. Ich zdaniem Antognoni może być dobry we Fiorentinie, ale nie w reprezentacji Włoch – przyznał piłkarz w wywiadzie udzielonym w 1979 roku, a zarchiwizowanym przez portal Storie di Calcio.
– Prawda jest prosta. Rozgrywam więcej dobrych meczów niż słabych. Z tego powodu drażni mnie bezpodstawna krytyka. Wychodzę z założenia, że nie we wszystkich meczach można zagrać na najwyższym poziomie. Błędy to rzecz ludzka, prawda? Ale nie, Antognoni zawsze musi być perfekcyjny – dodał z goryczą Il Bell’Antonio („Piękny Antonio” – przydomek nawiązujący do powieści Vitaliano Brancatiego oraz filmu z 1960 roku z Marcello Mastroiannim w roli głównej).
Oczywiście wielokrotnie sugerowano pomocnikowi, że jeśli chce zostać w pełni doceniony za swoje występy, powinien przenieść się z Fiorentiny do Milanu, Interu czy Juventusu. Wówczas zacząłby kolekcjonować trofea na arenie klubowej. Jednak Antognoni nie chciał o tym słyszeć. – Zamierzam zakończyć karierę we Florencji. Wiele zawdzięczam Fiorentinie, a jestem uczciwym człowiekiem, który nie zapomina o dobrych chwilach. Kibice Fiorentiny zasługują na więcej radości.
Niewiele brakowało, a Antognoni występowałby we Fiorentinie do… śmierci.
22 listopada 1981 roku pomocnik był adresatem dogrania z głębi pola w meczu Fiorentiny z Genoą. Do piłki wystartował także bramkarz drużyny gości – Silvano Martina. W ferworze walki o futbolówkę kapitan Violi oberwał od golkipera kolanem w głowę. Cios był tak silny, że uszkodził mu czaszkę w dwóch miejscach.
Jego serce przestało bić na trzydzieści długich sekund.
Spanikowany Claudio Onofri – piłkarz Genoi – złapał się w desperacji za głowę i zaczął wrzeszczeć w kierunku ławki rezerwowych: „on nie żyje, on nie żyje!”. W odpowiedzi na te rozpaczliwe okrzyki, klubowy lekarz drużyny przyjezdnej – Pierluigi Gatto – popędził w stronę pola karnego i przystąpił do udzielania poturbowanemu zawodnikowi pierwszej pomocy. Antognoni zawdzięcza życie jego błyskawicznej reakcji. Po dwóch dniach wybudził się ze śpiączki, a jeszcze przed końcem sezonu 1981/82 powrócił na boisko. No a potem pojechał z reprezentacją Italii na mundial w Hiszpanii i został mistrzem świata.
– Antognoni zachował się jak prawdziwy dżentelmen – wspomina Silvano Martina w rozmowie z „La Gazzetta dello Sport”. – Rozumiał, że nie chciałem zrobić mu krzywdy. Piłka wpadła w pole karne, próbował mnie wyminąć. Poślizgnął się, a moja noga trafiła go w głowę. Był to jednak jedyny przypadek na świecie, gdy piłkarz stanął przed sądem po przypadkowym faulu. Prokurator był bardziej kibicem Fiorentiny niż prokuratorem. A przecież sędzia w tej sytuacji nie odgwizdał nawet przewinienia. Wybuchło wokół mnie niesamowite zamieszanie, nie byłem do czegoś takiego przyzwyczajony. Na treningach nie dało się na mnie patrzeć. Byłem rozbity do tego stopnia, że poprosiłem trenera, żeby odsunął mnie od wyjściowego składu. W odpowiedzi… wystawił mnie w jedenastce na kolejny mecz.

Daniel Passarella. Ten, który walczył o władzę z Maradoną
Kiedy Daniel Passarella podpisywał kontrakt z Fiorentiną w 1982 roku, był już wielką gwiazdą światowego futbolu. Przede wszystkim – miał na koncie mistrzostwo świata wywalczone cztery lata wcześniej. Był kapitanem reprezentacji Argentyny, więc to właśnie jemu przypadł honor wzniesienia trofeum. Dla Argentyńczyków – pierwszego w dziejach. Wprawdzie bohaterem numer jeden ekipy Albicelestes został wówczas Mario Kempes, król strzelców turnieju, ale to Passarella uchodził za boiskowego i pozaboiskowego lidera zespołu narodowego.
Jego przydomki mówią w zasadzie same za siebie: El Gran Capitan („Wielki Kapitan”), El Caudillo („Wódz”), El Kaiser („Cesarz”, rzecz jasna w nawiązaniu do Franza Beckenbauera).
Mimo niezbyt imponującej jak na defensora postury (173 centymetry wzrostu), w latach 70. i 80. Passarella zapracował na status jednego z najwybitniejszych obrońców w historii futbolu. Był przy okazji nadzwyczaj bramkostrzelny. Zanotował przeszło 150 trafień w karierze klubowej i 22 gole w kadrze. Do dziś sytuuje go to w czołówce rankingów najskuteczniejszych defensorów.
– Jako urodzony przywódca, którego rola wymyka się konwencjonalnym opisom, Passarella był twardym, choć niskim środkowym obrońcą, który z łatwością mógł grać także w drugiej linii, a nawet w ataku. Niezawodny wykonawca rzutów karnych, był najskuteczniejszym strzelcem pośród obrońców w historii futbolu, do czasu gdy jego rekord pobił Ronald Koeman. Jeśli dorzucimy, że przez cały ten czas dbał o swój przedziałek, oddamy ducha dyscypliny i porządku, który zawsze mu towarzyszył – pisze Jonathan Wilson w książce „Aniołowie o brudnych twarzach”.
„Musisz skrócić te włosy o co najmniej 4 centymetry!”, czyli Argentyna na mundialu we Francji
Wydawało się, że w sezonie 1983/84 Fiorentina – z Passarellą, Antognonim, a także z Daniele Massaro, Eraldo Peccim czy Paolo Monellim – może na poważnie zamieszać w rywalizacji o mistrzostwo Włoch. Drużynie przeszkodziła jednak kontuzja, jakiej w lutym nabawił się Il Bell’Antonio. Pozbawiona swojego kapitana Viola wypadła z wyścigu o tytuł i finalnie uplasowała się na trzecim miejscu w Serie A. Później do Florencji trafił jeszcze jeden wielki gwiazdor południowoamerykańskiej futbolu, Brazylijczyk Socrates, lecz ten transfer również na niewiele się zdał. Fiorentina czeka na scudetto od 1969 roku.
Fiorentina’s Giancarlo Antognoni, Socrates & Daniel Passarella 1985 pic.twitter.com/D1J9HP7HFG
— VintageFooty (@VintageFooty) April 9, 2015
Teoretycznie Passarella dołączył jednak przynajmniej do grona graczy, którzy jako zawodnicy Violi sięgnęli po mistrzostwo świata.
No ale, właśnie, tylko teoretycznie.
Obrońca w turnieju w 1986 roku de facto nie uczestniczył. Pokonała go choroba jelitowa. Aczkolwiek wiele wskazuje na to, że niedyspozycja „Wielkiego Kapitana” w ostatecznym rozrachunku wyszła zespołowi na dobre. Passarella nie potrafił się bowiem dogadać ani z trenerem Carlosem Bilardo, ani z Diego Maradoną, który przejął od niego opaskę kapitańską i w Meksyku rozegrał turniej życia. Nie było tajemnicą, że Maradona i Passarella przed startem turnieju rywalizowali o przywództwo w szatni. Do ostatecznej konfrontacji doszło w Barranquilli, tuż przed startem mistrzostw. Argentyńscy zawodnicy spotkali się w zamkniętym gronie, by wyrzucić wszystko, co leży im na wątrobie i w ten sposób oczyścić atmosferę przed turniejem.
Zaczął Passarella, przemawiający w imieniu grupy swoich stronników, do której należał między innymi Jorge Valdano. „Wielki Kapitan” podważał taktyczne decyzje Bilardo i proponował, by powrócić do pięknego futbolu a la Cesar Luis Menotti. Oskarżył on również Maradonę i grupę jego kumpli o prowadzenie się w sposób nieprofesjonalny. Sugerował im zażywanie narkotyków.
– Jeżeli zagrasz na maksa, jesteśmy mistrzami świata. Jeżeli nie będziesz ćpał, jesteśmy mistrzami świata. Będziesz o siebie dbał i morderczo trenował, jesteśmy mistrzami świata. Dociera to do ciebie, dzieciaku? Wszystko od ciebie zależy. Jeśli to spieprzysz, skopię ci tyłek – grzmiał ponoć Passarella.
Tylko że Maradona nie był już żadnym „dzieciakiem”. Przerwał mistrzowi świata i zaczął własną tyradę. Głośno wyliczył wszystkie grzeszki i grzechy Passarelli, włącznie z tym, że obrońca romansował z żoną jednego z kadrowiczów i chwalił się tym potem za jego plecami. – Pokazałem im prawdzie oblicze Passarelli – wspominał Diego. – Gdy skończyłem, głos zabrał Valdano, który wcześniej stał po stronie Kaisera. „Jesteś skurwysynem” – powiedział krótko. To był koniec Passarelli. To w tamtym momencie się rozchorował. Prawda jest taka, że wszystkim nam ciekło z dupy. Tylko on się wycofał. Tak właśnie było.
– Powiedzieliśmy sobie wtedy wszystko. Nie odpuściłem Passarelli i nie żałuję tego, bo zasłużył sobie na kilka słów prawdy – dodał Maradona.

Kurt Hamrin. Ten, który zatriumfował w Europie
Całkiem niedawno Fiorentina, jeszcze pod wodzą Vicenzo Italiano, dwa razy z rzędu zameldowała się w finale Ligi Konferencji. Ale to oczywiście wciąż wyczyn nieco mniej imponujący od jej największych sukcesów na międzynarodowej arenie – występów w finałach Pucharu Europy (1956/57) i Pucharu UEFA (1989/90). A przede wszystkim – triumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów w sezonie 1960/61. Warto podkreślić, że Viola sześciokrotnie docierała do wielkich finałów europejskich rozgrywek, jednak tylko raz, właśnie w 1961 roku, udało jej się wrócić na Stadio Artemio Franchi z trofeum w garści.
Tak się zresztą składa, że była to premierowa edycja Pucharu Zdobywców Pucharów. W zasadzie pilotażowa i półoficjalna, bo szyld UEFA doklejono do niej dopiero dwa lata później. Do turnieju przystąpiło zaledwie dziesięć drużyn. Zaproszenie odrzucili między innymi przedstawiciele Atletico Madryt (zdobywcy Pucharu Generała w 1960 roku) czy AS Monaco (zwycięzcy Pucharu Francji). Pomysł, by konfrontować ze sobą triumfatorów krajowych pucharów wydał im się po prostu mało atrakcyjny, niewart zachodu. W efekcie organizatorzy rozgrywek mieli niemały ból głowy z układaniem turniejowej drabinki. Ostatecznie czterech uczestników umieszczono w rundzie eliminacyjnej, a właściwą część pierwszej odsłony Pucharu Zdobywców Pucharów zaczęto rozgrywać od ćwierćfinałów.
Fiorentina najpierw rozbiła zatem FC Luzern, następnie uporała się z Dinamem Zagrzeb, a w finałowym dwumeczu pokonała Glasgow Rangers. Królem strzelców turnieju został Kurt Hamrin – największa gwiazda Violi na przełomie lat 50. i 60. minionego stulecia.
Szwed w tamtym okresie był jedną z najbardziej znaczących postaci dla całej europejskiej piłki. W 1958 roku dotarł z drużyną narodową do finału mistrzostw świata, a w Serie A jako skrzydłowy strzelił w sumie 190 goli dla Juventusu, Padovy, Fiorentiny, Milanu i Napoli. Obecnie daje mu to dziewiątą pozycję w klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników w dziejach włoskiej ekstraklasy. Jego plecy oglądają między innymi Alessandro Del Piero czy… Gabriel Batistuta. Jeśli zaś chodzi o gole dla Fiorentiny, Hamrin we wszystkich rozgrywkach zdobył ich aż 208 – dokładnie tyle, ile „Batigol”. Choć niektóre źródła przypisują Argentyńczykowi „zaledwie” 207 trafień, więc być może również i na tym polu Szwedowi należy się palma pierwszeństwa.
W 1962 roku Hamrin po raz drugi z rzędu powiódł Violę do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Tym razem zespół z Florencji musiał jednak uznać w decydującym starciu wyższość Atletico Madryt, którego działacze doszli do wniosku, że jednak warto się zainteresować tym nowym, dynamicznie się rozwijającym turniejem. Szwedowi na pocieszenie pozostał kolejny gol zdobyty w finale i drugie miejsce w klasyfikacji strzelców rozgrywek.
Włosi nazywali Hamrina „Ptaszkiem” z uwagi na jego nadzwyczajną szybkość i zwinność. Jest on kolejną legendą Fiorentina, która nie zdołała sięgnąć z tym klubem po scudetto. Wywalczył mistrzostwo Włoch dopiero po transferze do Milanu. – Florencja to małe miasto, o mentalności prowincjonalnej. Jeśli nawet trafiało tu scudetto, jak w 1956 i 1969 roku, były to z natury rzeczy incydenty, które niestety już się nie powtórzyły. Wielkie miasta futbolu to Mediolan i Turyn. Kiedy przybyłem do Florencji, nasza drużyna była znacznie większa niż jej społeczność. Nie mieliśmy żadnych wpływów politycznych. Gdybyśmy mieli za sobą silniejsze wpływy, w 1959 i 1960 roku również zdobylibyśmy mistrzostwo, a tak – skończyliśmy na drugim miejscu – tłumaczył Szwed po latach.

Roberto Baggio. Ten, którego nie złamały kontuzje
Roberto Baggio miał osiemnaście lat, gdy przenosił się z Vicenzy do Fiorentiny. Osiemnaście lat i zerwane więzadła w prawym kolanie.
Kontuzji doznał dosłownie na dwa dni przed ogłoszeniem transferu.
Boisko opuścił tonąc we łzach, zniesiony przez klubowego fizjoterapeutę na plecach, ponieważ na stadionie nie było dostępnych noszy. Lekarze nie dawali mu wielkich nadziei – ci bardziej optymistyczni twierdzili, że czeka go co najmniej rok poza boiskiem, a uszkodzona noga nigdy nie odzyska dawnej sprawności. Ci mniej optymistyczni – że jego zawodowa kariera dobiegła końca, zanim na dobre się rozpoczęła. Po operacji kolana Baggio nie potrafił spać, jeść ani trzeźwo myśleć. Ból nie dawał mu spokoju (nie mógł zażywać środków przeciwbólowych z powodu uczulenia), nie pozwalał na chwilę wytchnienia. Nastolatek chudł, marniał, pogrążał się w najczarniejszych rozmyślaniach na temat swojej przyszłości. Otuchy dodawał mu jednak fakt, że działacze Violi nie postawili na nim krzyżyka.
Claudio Nassi – dyrektor sportowy ekipy z Florencji – był tak wielkim entuzjastą talentu Baggio, że nawet przez myśl mu nie przeszło, by zrezygnować z kontuzjowanego zawodnika. Wręcz przeciwnie. Fiorentina otoczyła młodego piłkarza opieką i cierpliwie czekała, aż będzie on gotowy do powrotu na boisko. W sezonie 1985/86 Roberto nie rozegrał w Serie A ani jednego spotkania. W kolejnej kampanii zaliczył zaledwie pięć występów. Odnowił mu się uraz.
No ale potem – maszyna wreszcie ruszyła.
Ostatnia podróż „Boskiego Kucyka”, czyli Roberto Baggio w Brescii
Wprawdzie sam Baggio twierdzi, że faktycznie nigdy nie odzyskał stuprocentowej sprawności po pierwszym zerwaniu więzadeł (zaliczy tych kontuzji jeszcze tyle, że w pewnym momencie chyba sam straci rachubę), ale nie przeszkodziło mu to w uzyskaniu statusu wielkiej gwiazdy świata calcio już na finiszu lat 80. Choć nie przełożyło się to na trofea Fiorentiny, kibice ze Stadio Artemio Franchi i tak zakochali się w błyskotliwym i bramkostrzelnym zawodniku. Kiedy tylko był zdrowy, grał po prostu zbyt efektownie, by go nie uwielbiać. – Przez jego stopy wyśpiewują anioły – rzekł kiedyś Aldo Agroppi z typowo włoską emfazą.
– Podczas pierwszej operacji kolana lekarze założyli mi przeszło dwieście szwów. Nie mogłem brać żadnych środków uśmierzających ból z powodu uczulenia. Byłem na skraju wytrzymałości, odchodziłem od zmysłów. Powiedziałem wtedy do mojej mamy: „Jeśli mnie kochasz, zabij mnie. Niech to już się skończy”. W ciągu pierwszego tygodnia po operacji schudłem kilkanaście kilogramów. Wciąż tylko płakałem z bólu – opowiadał sam Roberto, cytowany przez „La Gazzetta dello Sport”.
– Wtedy zrozumiałem, czym tak naprawdę jest futbol. Ludzie wciąż nazywali mnie fenomenem, wieszczyli mi niebotyczną karierę. A tu co? Źle postawiona noga i ból, jakiego nigdy wcześniej nie przeżyłem. Sprowadziło mnie to na ziemię. Skłamałbym mówiąc, że nie chciałem wtedy skończyć kariery.
– Pojawiały się czarne myśli. Powtarzałem sobie jednak, że to wszystko jest tylko kolejnym wyzwaniem – dodał.
W 1990 roku Fiorentina sprzedała Baggio do Juventusu. Kwota ośmiu milionów dolarów odstępnego uczyniła zeń najdroższego zawodnika świata.
We Florencji wspomina się go niezwykle ciepło, mimo że – jako się rzekło – niczego dużego w klubie nie ugrał. Zresztą – w całym włoskim futbolu byli z całą pewnością zawodnicy znacznie bardziej utytułowani i być może nawet kilku lepszych od Roberto Baggio, ale z pewnością żadnego nie pokochano bardziej niż „Boskiego Kucyka”.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Tammalen Stadion. Obiekt, na którym zagra Lech to perełka
- Bodo/Glimt pisze historię. Finalista Ligi Mistrzów na deskach!
- Rodriguez, Samper, bose spacery i słońce. Niecodzienne nawyki piłkarzy
- Ibrahim Ayew: Na miejscu Suareza zrobiłbym to samo
fot. NewsPix.pl