Jeśli ktoś z was akurat ma wolne (albo nie potrzebuje wiele snu) mamy doskonałą propozycję – zarwanie nocki z polskim tenisem! Od 1:00 w nocy naszego czasu do mniej więcej 11:00 w poniedziałek rano właściwie bez przerwy oglądać będzie mogli polskich zawodników i zawodniczki na kortach Australian Open. W takim pakiecie aż pięć meczów, a to okazja, która na tym poziomie nie trafia się często. Przeanalizujmy te spotkania, bo warto.
Świątek i spółka, czyli polska noc na Australian Open
Mieć pięcioro reprezentantów w turnieju wielkoszlemowym to dla nas wcale nie tak częsta sztuka… a tym razem piątka zagra jednej nocy. Szósty, Hubert Hurkacz, zaprezentuje się przed kibicami z kolei we wtorek 20 stycznia – jeszcze nie wiadomo, o której, możliwe, że w godzinach bardziej „akceptowalnych” dla polskich fanów. Tych sześć polskich spotkań zresztą mogło być nawet ósemką, ale w kwalifikacjach do AO przepadły Katarzyna Kawa (w I rundzie) i Maja Chwalińska (w trzecim starciu).
Generalnie polski tenis idzie do przodu.
Choć „szóstki” się już zdarzały. Rok temu w Australian Open grali: Maja Chwalińska, Magdalena Fręch, Hubert Hurkacz, Magda Linette, Kamil Majchrzak i Iga Świątek. A więc też sześć osób, a jedyna różnica polegała na tym, że Chwalińska zamieniła się teraz miejscami z Klimovicovą. Inna sprawa jest taka, że niekoniecznie podobały nam się ich rezultaty. Maja Chwalińska, Magda Linette i Kamil Majchrzak odpadli wtedy w I rundzie, Hubert Hurkacz w II, a Magdalena Fręch w III.
Więcej o Australian Open – i nie tylko losowaniach Polaków – dowiesz się z programu Weszło w Linię. Zapraszamy do obejrzenia:
Do drugiego tygodnia rywalizacji doszła tylko Iga Świątek… ale i w jej przypadku można było czuć rozczarowanie. Bo owszem, wyrównała australijską życiówkę, zagrała w półfinale. Tyle że była tam o krok od awansu do meczu o tytuł, a ostatecznie przegrała z Madison Keys. Obecny punkt widzenia zależy więc od tego, jak rozkładały się punkty w meczu – a te długo świadczyły na korzyść Polki.
W każdym razie – w tym roku w Australii ja sam mam kilka życzeń. Igę na etapie co najmniej ćwierćfinału (tylko ćwierćfinału, bo widać, że ma ze swoją grą pewne problemy), Huberta w dyspozycji z United Cup (gdzie grał wspaniale), co najmniej jedną Magdę w drugiej rundzie (zaraz napiszę, czemu tylko jedną) i Kamila Majchrzaka oraz Lindę Klimovicovą grających na miarę swoich możliwości… co powinno dać im wygrane w pierwszych meczach.
Od Lindy zresztą wypada zacząć. Bo na to zasłużyła.
Debiutantka – Linda Klimovicowa

Polskę reprezentuje od października 2024 roku, czyli momentu, w którym otrzymała nasze obywatelstwo. O powodach jego zmiany i obecnej sytuacji już-nie-czeskiej tenisistki pisałem więcej w tekście, do którego link znajdziecie nieco niżej. Stąd ten temat zostawiam. Skupić warto się na teraźniejszości, bo Klimovicova ostatnio naprawdę dobrze przędzie. Przed Australian Open osiągnęła w końcu rankingową życiówkę – była 133. na świecie, teraz spadła o jedno miejsce.
Po raz pierwszy przeszła też kwalifikacje wielkoszlemowe, bo z rankingu nie miała jeszcze jak się do głównego turnieju dostać. Blisko – dwukrotnie – była już w zeszłym roku. I na Roland Garros, i na US Open grała w trzeciej rundzie. Ale wtedy zabrakło nieco opanowania i szczęścia. Tym razem nie pozwoliła sobie na jakiekolwiek braki – w trzech meczach rywalkom nie oddała nawet seta. W znakomitym stylu weszła do głównej drabinki.
CZYTAJ: LINDA KLIMOVICOVA. CZESZKA, KTÓRA WYBRAŁA POLSKĘ
Przede wszystkim jednak było widać w tych spotkaniach, że Linda się rozwija. W przeszłości gubiło ją to, że czasem traciła chłodną głowę. Tym razem nie było o tym mowy. Nawet gdy przydarzyły jej się gorsze gemy, szybko się odbudowywała i grała swoje. Spokojniej rozgrywała akcje, była bardziej cierpliwa. Nadal preferuje ofensywny tenis, nie lubi czekać na to, co zrobią rywalki. Ale gra uważniej, dokładniej, daje sobie czas na wygranie punktu.
I to przynosi efekt.
W tej chwili – w oficjalnym zestawieniu WTA – jest najbliższą z Biało-Czerwonych, która może wejść do setki. Raczej nie stanie się to w Australian Open – potrzebowałaby do tego wygrać co najmniej kilka meczów – ale z każdym miesiącem Linda jest tego bliżej i bliżej. A w Melbourne w dodatku dobrze wylosowała – w I rundzie trafiła na Francescę Jones. Brytyjka co prawda też jest na fali – tuż przed AO wykręciła rankingową życiówkę, wskakując na 69. miejsce – ale to zawodniczka w zasięgu Lindy.
Jones w dodatku nigdy nie wyszła poza pierwszą rundę Szlema, choć grała w takiej już pięciokrotnie. Klimovicova na pewno ma narzędzia potrzebne do tego, by nie pozwolić jej na pierwszy taki awans. I to byłby już świetny wynik, bo w II rundzie czeka Elina Switolina, a Ukrainka będzie zdecydowaną faworytką starcia – czy to z Polką, czy to z Brytyjką.
Ale ta jedna wygrana jest w wykonaniu Lindy jak najbardziej możliwa. I na to liczę.
***
Mecz Lindy Klimovicovej z Francescą Jones odbędzie się jako drugi na korcie nr 15 – po spotkaniu Quentina Halysa z Alejandro Tabilo. Polka powinna wyjść na kort najwcześniej o 3.00.
O przełamanie będzie trudno

Co napisać o Magdzie Linette? Na pewno to, że trafiła najgorzej ze wszystkich Polaków, bo w I rundzie jej rywalką będzie Emma Navarro. Amerykanka, owszem, miewa wpadki mniejsze i większe, ale równocześnie jest rozstawiona z „15” i będzie zdecydowaną faworytką tego starcia. Choć sezon zaczęła od niespodziewanej porażki w Auckland, gdzie pokonała ją… Francesca Jones. Potem był ćwierćfinał w Adelajdzie, tam lepsza okazała się Diana Sznajder.
Innymi słowy: Emma jest do ugryzienia. Ale czy zrobi to Magda?
O wiarę tu trudno. Linette co prawda nieźle zaczęła sezon, bo od dwóch ćwierćfinałów – w Auckland (przegrała z Alexandrą Ealą) i Hobart (lepsza była Iva Jovic, wielki talent amerykańskiego tenisa). Problemem jest jednak to, że nie wiedzie jej się w turniejach wielkoszlemowych. I to naprawdę fatalna passa. Jeśli nie śledzicie tenisa na co dzień, mogliście ją nawet przegapić, bo u wielu osób wciąż żywe są wspomnienia Linette dochodzącej do półfinału Australian Open w 2023 roku.
Piękne wspomnienia, to fakt. Nie ulega wątpliwości, że to był życiowy turniej Polki. Potem była jeszcze trzecia runda na Wimbledonie i druga na US Open. A później?
Osiem (!) z rzędu porażek w pierwszych meczach. I to nie tak, że w tym czasie Magda grała wyłącznie z zawodniczkami z topu rankingu WTA, przez co nie miała większych szans. Gdyby podzielić jej rywalki na te, z którymi nie była faworytką i na te, gdy jej akcje stawiano wyżej, wyszłoby nam to tak:
- nie była faworytką: Caroline Wozniacki (AO 2024), Liudmiła Samsonowa (RG 2024), Elina Switolina (Wimbledon 2024), Clara Tauson (RG 2025).
- była faworytką: Iva Jovic (US Open 2024), Moyuka Uchijima (AO 2025), Elsa Jacquemot (Wimbledon 2025).
Trudno określić, jak powinien być traktowany mecz z Mccartney Kessler na US Open 2025, bo rywalka miała lepszy ranking, ale generalnie obie raczej prezentowały równy poziom. W każdym razie – wygrała Amerykanka. Teraz na drodze Magdy stanie inna reprezentantka tego kraju, tym razem Polka faworytką nie będzie, a i wynik raczej się nie zmieni. Stąd wiele po Linette nie oczekuję, aczkolwiek to akurat taka tenisistka, która ma to do siebie, że z faworytkami potrafi dać dobry mecz wtedy, gdy niespecjalnie się w nią wierzy.
Więc może tak będzie i tej nocy?
***
Mecz Magdy Linette z Emmą Navarro odbędzie się jako pierwszy na 1573 Arena. Polka wyjdzie na kort o 1.00.
Australia? Magdalena lubi

Na swoje losowanie narzekać nie może druga z naszych Magd, czyli Magdalena Fręch. 57. w rankingu światowym Polka trafiła na notowaną o 42 miejsca niżej Veronikę Erjavec. Słowenka to rocznik 1999, kilka tygodni temu świętowała 26. urodziny, ale bardzo długo przedzierała się do najlepszej setki rankingu czy w ogóle do gry o Szlemy. Dopiero w sezonie 2024 pierwszy raz startowała w kwalifikacjach tych największych turniejów, ale ani razu ich nie przeszła.
W zeszłym roku udało jej się to dwukrotnie. W Australian Open poległa w pierwszej rundzie w meczu z Suzan Lamens, z kolei na Wimbledonie zaliczyła pierwszy triumf w wielkoszlemowych imprezach (niespodziewanie pokonała Martę Kostiuk), ale w drugim meczu już przegrała (z Danielle Collins). A gdyby doszła do trzeciej rundy, zmierzyłaby się z Igą Świątek.
Z Polkami Erjavec grała zresztą w karierze kilkukrotnie, ale nigdy nie w main tourze. Pokonywały ją Natalia Siedliska, Weronika Falkowska (dwukrotnie) i Maja Chwalińska. Veronika była z kolei lepsza od Karoliny Jaśkiewicz i Anny Kmiecik, ale obie te zawodniczki nie były nawet notowane w rankingu, gdy Słowenka z nimi grała.
Fręch jest więc największą postacią z tego grona i faworytką tego starcia.
Tym bardziej, że w Australii Magdalena ostatnio lubi grać. Dwa lata temu zaliczyła tam przełomowy dla siebie turniej, dochodząc do IV rundy. Przegrała dopiero z Coco Gauff, ale wcześniej pokonała Darię Saville, Caroline Garcię i Anastasiję Zacharową. Rok później dotarła do III rundy i odpadła po bardzo dobrym meczu z wznoszącą się Mirrą Andriejewą, która niedługo potem zaliczyła kilka wielkich zwycięstw – i meczowych, i turniejowych.
CZYTAJ TEŻ: JAK MAGDALENA FRĘCH WYKRĘCIŁA ŻYCIÓWKĘ I DOSZŁA DO IV RUNDY AUSTRALIAN OPEN
Innymi słowy: akurat w Melbourne Magdalena potrafi punktować. I przydałoby się, by zrobiła to ponownie, bo jej poprzedni sezon idealny nie był, spadła poniżej TOP 50. Jeśli w Melbourne sobie nie poradzi, może zlecieć nawet niżej.
Tyle tylko, że bez rozstawienia nie będzie jej łatwo.
Bo Erjavec, owszem, powinna pokonać. Ale po tym starciu czeka ją mecz z Jasmine Paolini, która od końcówki poprzedniego sezonu ewidentnie jest w formie. Włoszka na otwarcie swojego AO wygrała w dwóch setach z Aleksandrą Sasnowicz, oddając rywalce ledwie trzy gemy. Innymi słowy: druga runda to cel.
Wszystko co dalej – to marzenie.
***
Mecz Magdaleny Fręch z Veroniką Erjavec odbędzie się jako pierwszy na korcie 12. Polka wyjdzie na kort o 1.00 (równolegle z Linette).
Stale w górę. Oby też w Australii

Na początku 2024 roku Kamil Majchrzak zaczynał karierę od zera. Po zawieszeniu za nieumyślne stosowanie dopingu, trwającym 13 miesięcy, nie został mu ani jeden punkt rankingowy. Już w sierpniu tego samego roku grał w kwalifikacjach do US Open i zabrakło mu jednego meczu, by tam awansować. Ale w kolejnym sezonie nie opuścił już ani jednego Szlema.
I choć w Australii oraz na Roland Garros mu się nie powiodło (odpadał w I rundzie), to zaliczył znakomity Wimbledon (IV runda) oraz świetne US Open (III runda). Do tego dodał inne dobre rezultaty i w efekcie znalazł się na najwyższej w karierze, 58. pozycji w rankingu ATP. W Australian Open nie broni punktów sprzed roku. Każda wygrana będzie dla niego już nagrodą, a… losowanie było naprawdę korzystne.
I to nie tylko to w pierwszej rundzie.
Obejrzyj program Face2Face z udziałem Kamila Majchrzaka:
Jednak na razie porozmawiajmy o tym meczu, w którym rywalem Majchrzaka będzie Jacob Fearnley. Brytyjczyk najwyżej w rankingu był 49., aktualnie jednak jest pod koniec ósmej dziesiątki, 20 pozycji pod Polakiem. Jego tegoroczne wyniki raczej nie napawają optymizmem – w Brisbane odpadł w pierwszej rundzie kwalifikacji, przegrywając ze 183. na świecie Dane’em Sweenym, z kolei w Adelajdzie lepsi od niego okazali się 87. Aleksandar Vukic oraz 85. Quentin Halys.
Kamil w formie z drugiej połowy zeszłego sezonu jest z pewnością lepszy od całego tego towarzystwa. Trzeba jednak zauważyć, że w Australian Open nigdy nie grał przesadnie dobrze, ale może właśnie teraz czas na przełamanie tej tendencji?
Jeśli planujecie oglądać ten mecz, nastawcie się na jedno – że może być długi (przez co może się okazać, że akurat na Kamila wystarczy wstać o „standardowej” porze). I Majchrzak, i Fearnley lubią sobie pobiegać w defensywie, by ostatecznie zaskoczyć rywala z kontry, choć Kamil w ostatnich latach dołożył do swojej gry sporo ofensywnego zacięcia. Miejmy więc nadzieję, że i to zaprezentuje, a w efekcie – wygra z rywalem.
***
Mecz Kamila Majchrzaka z Jacobem Fearnleyem odbędzie się jako trzeci na korcie 12 – po meczach Magdy Fręch z Veroniką Erjavec oraz Fabiana Marozsana z Arturem Rinderknechem (który wyłoni rywala dla Majchrzaka albo Fearnleya). Polak powinien wyjść na kort najwcześniej o 5.00.
Seria, która trwa ponad pięć lat

O Idze Świątek napiszę… najmniej. Z prostego powodu: dla niej mecz pierwszej rundy to właściwie rzecz do odhaczenia. Rozgrzewka. To nie nasza opinia, a fakt – Iga w całej swojej karierze tylko raz przegrała na tym etapie turnieju wielkoszlemowego, na Wimbledonie w 2019 roku, czyli swoim pierwszym seniorskim sezonie.
Od tamtego czasu grała 24 razy w turniejach wielkoszlemowych. Raz odpadła w drugiej rundzie (US Open 2019), czterokrotnie w trzeciej, a pozostałych 19 razy prezentowała się fanom w drugim tygodniu rywalizacji. To fenomenalna wręcz regularność, naprawdę. Zwłaszcza w kobiecym tenisie.
W każdym razie – wszystko wskazuje na to, że Iga tej serii nie przerwie.
Owszem, nie grała najlepiej w United Cup. Ale co miała wygrać, to wygrała, dopiero dwa najtrudniejsze mecze – z Coco Gauff i Belindą Bencic – zakończyły się jej porażkami. Wydaje się więc, że Yue Yuan nie powinna jej sprawić większych problemów. Chinka dwa lata temu zaliczała najlepszy czas w karierze, była nawet 36. na świecie. Teraz jest o niemal sto pozycji niżej, przedzierała się przez kwalifikacje.
Z Igą obie grały zresztą już w zeszłym roku i to na terenie Yuan – w Pekinie. Polka wygrała wtedy 6:0, 6:3. Jeśli czegoś powinniśmy się spodziewać teraz, to powtórki.
Tego sobie oraz państwu życzę.
***
Mecz Igi Świątek z Yue Yuan odbędzie się Rod Laver Arena jako trzeci tego dnia, ale pierwszy w sesji wieczornej. Polka wyjdzie na kort o 9 rano.
Mecze Polaków w poniedziałek 19 stycznia:
- 1573 Arena. 1:00: Magda Linette – Emma Navarro.
- Kort 12. 1:00: Magdalena Fręch – Veronika Erjavec.
- Kort 15. Nie przed 3:00. Linda Klimovicova – Francesca Jones.
- Kort 12. Nie przed 5:00. Kamil Majchrzak – Jacob Fearnley.
- Rod Laver Arena. 9:00. Iga Świątek – Yue Yuan.
Fot. Newspix