Japonia. Kraj znakomitej opieki medycznej i wyjątkowo szybkiego reagowania. Są jednak sytuacje, kiedy i to nie wystarcza. Lekarze dotarli do niego natychmiast. Od razu rozpoczęli reanimację, podali tlen, błyskawicznie przewieźli do szpitala. Wszystko na nic. Cztery lata temu Naoki Matsuda, 40-krotny reprezentant Japonii, uczestnik mistrzostw świata i Igrzysk Olimpijskich, zmarł na atak serca.
Miał 34 lata. Przytomność stracił na chwilę po 15-minutowej rozgrzewce, jakich w czasie niemal 20 lat kariery zrobił przecież tysiące. Na początku spodziewano się, że doznał udaru cieplnego. Był to okres absurdalnie wysokich temperatur. Do szpitala trafił w stanie śpiączki.
Zaraz za nim przyjechał jego wielki przyjaciel, jeszcze z czasów juniorskiej gry w Yokohama F. Marinos, Shunsuke Nakamura. Przez dwadzieścia minut przez szybę oglądał bezradnych lekarzy walczących o jego życie. Jego stan już na początku określono jako skrajnie krytyczny. Szanse były czysto iluzoryczne. To nie był udar cieplny, jak sądzono na początku, a atak serca. Statystycznie jeden z tysiąca, które rocznie, zupełnie znienacka, przytrafiają się zawodowym sportowcom.
Przed szpitalem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zebrały się tłumy kibiców. Po śmierci Matsudy w Japonii rozgorzała dyskusja. Czy była szansa, żeby ewentualną wadę wykryć wcześniej? Czy istniał sposób, by tragicznego scenariusza można było uniknąć? Odpowiedzi udzielono błyskawicznie: nie ma szans. Yokohama, czyli klub, w którego barwach rozegrał kilkaset spotkań, zastrzegł numer “3”, a potem na ławce rezerwowych jeszcze długo wisiała jego koszulka.