Borek rozlicza Legię: Nie widać postępu, nie ma stylu…

Piotr Tomasik

06 czerwca 2015, 08:03 • 17 min czytania

Reklama
Borek rozlicza Legię: Nie widać postępu, nie ma stylu…

– Przeanalizowałem Legię za Jana Urbana i za Berga. Ta pierwsza w 51 meczach zdobyła 110 punktów. Ta druga 105 w 52 spotkaniach. Jak widać, postępu nie ma. Nie widzę też, oprócz PR-owych zagrywek, by przy Łazienkowskiej stawiano na młodzież. Legia wiosną kompletnie nie miała stylu. Każdy z rywali się jej nauczył, wiedział, że jak nie wyjdzie dobre zagranie do Kucharczyka, to nie da się stworzyć okazji do zdobycia bramki. Drużyna, która miała walczyć o mistrzostwo Polski, potrafiła w niektórych meczach oddać 1-2 celne strzały. To właśnie różniło ten zespół od Lecha. Kolejorz miał styl, raz grał lepiej, raz gorzej, ale atrakcyjniej dla oka. Legia nie – rozlicza się z Legią na łamach Przeglądu Sportowego Mateusz Borek. Zapraszamy na sobotnią prasówkę.

Reklama

FAKT

Europa czeka na kosmiczny futbol – czytamy. Wybaczcie, materiałów z Ligi Mistrzów w kolejnych tytułach prasowych będzie mnóstwo. Tutaj skupiamy się na lidze polskiej.

Image and video hosting by TinyPic

Czarna rozpacz w Bydgoszczy.

Reklama

Piłkarze Zawiszy Bydgoszcz po dwóch sezonach opuścili ekstraklasę. Zespół Mariusza Rumaka (38 l.) wiosną nadrabiał straty do rywali, ale ostatecznie do szczęścia zabrakło im kilka punktów. (…) Przyszłość Zawiszy stoi teraz pod znakiem zapytania. Wielu zawodnikom kończą się umowy i nie wiadomo, czy zostaną przedłużone. – W poniedziałek będę się zastanawiał, co dalej zrobić – powiedział właściciel klubu Radosław Osuch (46 l.).

Dalej tekst o Lechu, który nareszcie coś wygra.

Zdecydowana większość piłkarzy Lecha Poznań może w niedzielę świętować swój pierwszy sukces w karierze. – To nas czyni tylko bardziej głodnymi zwyciężania – przyznaje obrońca Kolejorza Paulus Arajuuri (26 l.). (…) On jest jednym z tych, którzy jeszcze nie cieszyli się z „majstra” w żadnym kraju. W podstawowej jedenastce z ostatniego meczu Lecha z Górnikiem (6:1) było tylko pięciu piłkarzy mających na koncie taki sukces. Jednak żaden z nich nie był znaczącą postacią w swojej drużynie. – Mamy wielu młodych, ale nie tylko, zawodników, którzy są po raz pierwszy w takiej sytaucji. Wiedzą, że każdy błąd może ich kosztować mistrzostwo. Radzenia sobie z takimi sytuacjami trudno si ę nauczyć. To trzeba przeżyć – przyznaje trener Maciej Skorża (43 l.).

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

fortuna przejdzie Legii koło nosa.

Choć matematyka jeszcze daje szansę Legii na obronę tytułu mistrzowskiego, tylko cud może to sprawić. (…) Piłkarzom koło nosa przejdzie 4 mln złotych – taką kwotę do podziału by dostali, gdyby skończyli ligę na pierwszym miejscu. To jednak drobne w porównaniu z tym, o co graliby, walcząc o Ligę Mistrzów. UEFA podniosła premie za sam awans do 12 mln euro. Według regulaminu, w przypadku kwalifikacji, zawodnicy dostaliby 20 procent tej kwoty, czyli 2,4 mln euro (10 mln zł). Pozostanie im gra o 2,4 mln euro za awans do fazy grupowej Ligi Europy, z czego dostaną czwartą część.

GAZETA WYBORCZA

Rafał Stec nadaje już z Berlina. Kogo pochłonie trójkąt barceloński?

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Jedna ze świętych prawd futbolu uczy, że mecze rozstrzygają się w środku pola, ale Barcelona zniewala i mąci. Barcelona zmusza, by wodzić maślanymi oczami za Leo Messim, Luisem Suárezem i Neymarem, coraz powszechniej wyświęcanymi na najbardziej wirtuozerski ofensywny tercet, jaki widział świat. (…) Nie ustalimy, czy barcelońska linia napadu istotnie zasługuje na najwyższe kwantyfikatory – jakimi narzędziami porównać ją z Di Stéfano, Puskásem i Gento, mitycznymi atakującymi Realu ze schyłku lat 50.? – czy korzysta z choroby mediów, które chcą, by każdego dnia padał spektakularny rekord albo działa się historia. Ale statystyki wyglądają absurdalnie dobrze. W bieżącym sezonie Messi, Neymar i Suárez natłukli razem 120 goli. To wynik niespotykany przed dekadami, gdy napastnicy mieli na boisku więcej pustej przestrzeni, to więcej niż dorobek całego Juventusu, to więcej niż dorobek dowolnej drużyny klubowej w Europie, wyjąwszy Bayern Monachium i Real Madryt. A przecież w akcji argentyńsko-brazylijsko-urugwajski tercet też wygląda absurdalnie dobrze. To najbardziej nieprzewidywalny rój napastników – trener Luis Enrique do upadłego powtarza, że pozwala im podążać za instynktem i latać, gdzie się komu zachce, a oni z tej wolności korzystają, by wywoływać u rywali zawroty głowy i trzymać ich na skraju permanentnego załamania nerwowego. Barcelońscy pomocnicy wymieniają mniej podań niż w minionych latach, bo ich zadania się uprościły. Piłka ma co rusz wlatywać w ofensywny trójkąt, bo tam obrońcy wroga muszą się zagubić.

Co daje mistrzostwo Polski? Ważny dziś przerywnik, takich musimy poszukiwać.

Mistrzostwo nie sprawia, że klub odjeżdża rywalom. Jednym z przyczyn jest stosunkowo niewielka różnica w premiowaniu. W obecnym sezonie mistrz otrzyma od ekstraklasy 2,5 mln zł bonusu, a wicemistrz 1,5 mln. Różnica jeszcze bardziej topnieje, gdy po tytule… do kasy mistrza ustawia się po premie kolejka piłkarzy. Najczęściej klubowi, który zajmuje drugie miejsce, zostają podobne pieniądze jak mistrzowi. (…) Zwykle kończy się na rozczarowaniu. Klub nie odjeżdża rywalom, za sprawą mistrzostwa po kilku miesiącach wcale nie jest w dużo lepszej sytuacji. Dlaczego? Prezes Legii Bogusław Leśnodorski po swoim pierwszym mistrzostwie przyznał, że spodziewał się więcej. Chociażby tego, że odzyskany w 2013 r. po siedmiu latach tytuł przyspieszy rozwój klubu. – Nie było żadnego efektu mistrzostwa – mówił po roku szef Legii. Frekwencja? Tak, wzrasta na chwilę, gdy drużyna zmierza po sukces. Raz albo dwa uda się wyprzedać cały stadion jak w przypadku niedzielnego spotkania udało się to Lechowi. Jesienią 2011 r. na stadion Śląska Wrocław przychodziło nieco ponad 15 tys. Gdy wiosną drużyna maszerowała po tytuł, frekwencja wzrosła o 2,5 tys. Ale jesienią znów oglądaliśmy podobną liczbę wolnych krzesełek jak rok wcześniej. Podobnie było w Wiśle – frekwencja poszła w górę, gdy drużyna biła się o tytuł, ale w rundzie po jego zdobyciu stadion na meczach ligowych opustoszał. Frekwencja z kolei podskoczyła wiosną 2012 r., gdy udało się wykorzystać sukces w Lidze Europy, obniżyć ceny biletów i sprzedać rekordową liczbę karnetów w historii klubu – blisko 11 tys. Bo to dobry występ w Europie daje klubowi kopa. Tyle tylko, że do LE można się zakwalifikować, zajmując sezon wcześniej i pierwsze, i drugie, i trzecie oraz – jak w obecnym sezonie – czwarte miejsce. W ostatnim czasie droga do fazy grupowej LE dla mistrza Polski była poprzez eliminacje LM tylko odrobinę łatwiejsza niż dla drużyn, które wyprzedził w kraju.

Reklama

Tekst Dariuzsa Wołowskiego, który porównuje Barcelonę Enrique z Barceloną Guardioli pomijamy. I tak stronę dalej znów Liga Mistrzów: Juventus na planecie Barcelona.

Image and video hosting by TinyPic

Piłkarze z Turynu spoglądają na rywali jak na wyższą cywilizację, ale ufać im nie wolno. To włoska specjalność – maksimum pokory pogodzić z minimum uległości. Chwycą się każdego sposobu, by dzisiejszy finał Ligi Mistrzów wygrać. Włosi zaczęli pisać o Barcelonie per „Marsjanie” w złotej erze trenera Pepa Guardioli, gdy świat debatował, czy nie podziwia aby najwspanialszej drużyny w dziejach futbolu. Potem przestali, bo katalońska drużyna zaczęła błądzić całkiem po ludzku, ale ostatnio kosmiczna metaforyka wróciła. Wróciła przede wszystkim wraz z reaktywacją Leo Messiego, który znów jest nie tyle najlepszy na boisku, ile wygląda na przedstawiciela innego gatunku. – To obcy, który zniża się do grania z ludźmi. Możemy żyć tylko nadzieją, że 6 czerwca zejdzie na ziemię, czyli na poziom zwykłego człowieka – mówi o Argentyńczyku Gianluigi Buffon, 37-letni bramkarz Juventusu, który bronił strzały wszystkich wirtuozów XXI wieku. Szanse na zwycięstwo szacował po półfinale na 35 procent. (…) Na razie turyńczycy widzą w Barcelonie wyższą planetę, która krąży hen wysoko nad nimi, daleko ponad orbitą okołoziemską. Jeśli dziś znów zwycięży, jej piłkarze wzniosą trofeum po raz czwarty w minionej dekadzie (2006, 2009, 2011, 2015) i nadadzą jeszcze piękniejszego blasku wizerunkowi najmocniejszej futbolowej firmy naszych czasów. Kadra się zmienia – nie ma już w niej nikogo z podstawowego składu w finale sprzed 9 lat – co pewien czas rozhisteryzowane media ogłaszają „kryzys”, ale z Ligi Mistrzów Katalończykom tylko dwukrotnie zdarzyło się wypaść przed półfinałem. A na sam szczyt wrócili, paradoksalnie, dopiero teraz, gdy po kilku sezonach kopiowania stylu gry wyćwiczonego do perfekcji w czasach Guardioli – tiki-taki – do szatni wszedł trener, który odważył się zarządzić radykalną woltę. Uporczywe przetrzymywanie piłki przestało być świętością i najwyższą wartością, Barcelona postawiła bowiem na futbol uniwersalny. Potrafi zwyciężać dzięki piorunującym kontratakom, choć do niedawna z ich powodu co najwyżej przegrywała – sama tym sposobem natarcia gardziła.

RZECZPOSPOLITA

Reklama

Dwa naprawdę duże teksty w sobotnim numerze. Na początek Piotr Kowalczuk z Rzymu, czyli narzeczona całej Italii.

Juventus Turyn to najpopularniejszy we Włoszech klub. W trudnych czasach powojennych jego właścicielem i prezesem był ulubieniec całej Italii – playboy, ale pełen gracji i wdzięku, Gianni Agnelli. Największy hulaka Riwiery, człowiek, który potrafił wygrywać i przegrywać z godnością. Gdy Juve zostało uwikłane we włoską aferę korupcyjną, komentarze były zgodne: – Dobrze, że Avocatto tego nie dożył. (…) Juventus stał się definitywnie „narzeczoną całej Italii” (w języku włoskim kluby futbolowe są rodzaju żeńskiego) dzięki powojennemu boomowi gospodarczemu. Populacja Turynu, głównie za sprawą przyjeżdżających do pracy w fabryce Fiata ludzi z południa Italii w latach 1951–1967 r., wzrosła niemal dwukrotnie do 1,2 mln mieszkańców. Przybysze natychmiast stawali się fanami Juve, a gdy wracali do domu, na Sycylię czy do Kalabrii, wieźli tam z sobą swoje futbolowe zauroczenie. A ono, jak wiemy, przechodzi z ojca na syna. Zresztą futbolowa miłość też nie wybiera. Kibicem Juventusu należącego do pierwszego kapitalisty Włoch był pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Włoch Palmiro Togliatti (a też powojenny przywódca postfaszystów Giorgio Almirante). Ale właściciel Fiata i Juventusu Gianni Agnelli starał się być zawsze lojalny wobec najwierniejszych kibiców Juve – pracowników Fiata. Gdy podczas kryzysu końca lat 90. ubiegłego stulecia dziennikarz spytał, czy zamierza wzmocnić Juventus, ten uciął: „Nie możemy kupować graczy w czasie, gdy musimy zwalniać ludzi z pracy w Fiacie”. Zresztą pracownicy Fiata i fani Juve zawsze żartowali: „Jak to dobrze, że Gianni jest nam wierniejszy niż swojej żonie”. Gdy umarł, żegnali go w Turynie z nostalgią jego piłkarze i setki tysięcy kibiców. Wszyscy mieli świadomość, że wraz z nim odchodzi w cień epoka rodzinnego kapitalizmu i romantycznego sportu, że Juventus nie będzie już taki sam. Dziś fani Juve czekają na cud. Ale skoro zdarzył się w półfinale w dwumeczu przeciw galaktycznemu Realowi Madryt (2:1, 1:1), skoro egzorcyzmowanie Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a okazało się skuteczne, dlaczego cud miałby się nie zdarzyć również w Berlinie?

Luis Enrique – instrukcja obsługi. Dobra sylwetka o trenerze Barcy. Dziś naprawdę możemy przebierać w tych materiałach.

Jeśli Barcelona pokona w sobotę Juventus w finale Ligi Mistrzów, Luis Enrique rozpocznie pracę w Katalonii od potrójnej korony. Tak jak kiedyś jego kolega z boiska Pep Guardiola. Możesz być ode mnie wyższy, silniejszy, bogatszy czy bardziej przystojny. Wszystko jedno. Nie możesz mną jednak pomiatać – mówił Luis Enrique w 1997 roku, gdy będąc jednym z najważniejszych piłkarzy Barcelony, spotkał się z wrogim przyjęciem w stolicy Hiszpanii podczas meczu ze swoim byłym klubem Realem Madryt. Dziennikarze z Madrytu osaczyli wtedy napastnika Barcy – trzeciego zaledwie zawodnika od 1902 roku, który przeszedł bezpośrednio z Królewskich do Barcelony, zaczęli go szturchać i popychać. Piłkarz nie wytrzymał, zerwał jednemu z fotoreporterów aparat z szyi i rozbił go w drobny mak. Z Lucho się nie zadziera. Luis Enrique siedział za stołem ustawionym na lekkim podwyższeniu, patrzył w ten sam punkt ponad głowami zgromadzonych w sali dziennikarzy. Jakby tam zobaczył rozwiązanie wszystkich problemów. Na każde pytanie odpowiadał mechanicznym tonem, nie odrywając wzroku od ściany. – Jeśli wyczuję, że piłkarze są przeciwko mnie, nie będę się zastanawiał. Natychmiast odejdę – powiedział na koniec. Działo się to w styczniu tego roku. Tylko 180 dni minęło od czasu, gdy debiutujący w Barcelonie na ławce trenerskiej Luis Enrique był już pogrzebany żywcem. Katalońskie media nie informowały o jego ostatnich dniach w klubie, pisały, że to ostatnie godziny. Luis Enrique popełnił grzech będący w Barcelonie na szczycie listy wykroczeń. Grzech śmiertelny i niewybaczalny – pokłócił się z Leo Messim, najwybitniejszym piłkarzem w historii klubu, a prawdopodobnie w historii całego futbolu. Człowiekiem, który dla Barcelony jest symbolem i talizmanem.

Reklama

SUPER EXPRESS

Arajuuri nie może doczekać się końca. Rozmówka z piłkarzem Lecha.

Image and video hosting by TinyPic

Denerwujesz się przed tym spotkaniem?
– Nazwę to inaczej – jestem podekscytowany. W końcu możemy zrealizować cel, który postawiliśmy sobie przed sezonem. Został już tylko jeden krok, ale to jest ten najważniejszy moment. Jeszcze nie jesteśmy mistrzami, nie możemy się rozluźnić i za bardzo uspokoić, że mamy już tytuł. Teraz jest moment, w którym musimy pokazać znowu, na co nas stać.

Reklama

Jak to się stało, że Lech tak bardzo się zmienił?
– Na pewno zrobiliśmy postęp i to cieszy. Przyszły efekty naszej pracy, widać je na boisku i w tabeli. Dobrze funkcjonujemy jako drużyna, radzimy sobie z przeciwnościami i znamy swoją wartość.

Szykujesz się już na szaloną poznańską noc?
– Nie. Uwierz mi, że tak dalekich planów wciąż nie mam. Przyjeżdża Wisła i mam w głowie tylko ten jeden mecz. Chciałbym jak najszybciej zagrać i zdobyć w końcu ten tytuł. Nie mogę się już doczekać, żeby wyjść na boisko.

I drugi, godny zacytowania, materiał – Xavi odejdzie jako zwycięzca. Tak uważa jego ojciec, Joaquim Hernandez. Znów rozmówka.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

Zbigniew Boniek powiedział, że w jego opinii to właśnie Xavi miał największy wpływ na grę Barcelony i reprezentacji Hiszpanii w ostatnich 10 latach. Jak pan odbiera te słowa?
– Dla naszej rodziny to wielki honor, że taka znakomitość jak Boniek tak ciepło myśli o Xavim. Boniek był piłkarzem z najwyższej światowej półki, więc uznanie w oczach kogoś takiego jest czymś bardzo przyjemnym. Jako ojciec jestem subiektywny, ale uważam, że słowa Bońka nie są przesadzone. Xavi miał wielki wpływ i na Barcę, i na kadrę. Zdobył 24 trofea, teraz może sięgnąć po 25. Na takim poziomie pucharów za darmo nie rozdają.

Wielu kibiców, w tym również Polacy, żałuje, że Xavi odchodzi, bo kończy się piękna epoka. Pana też boli, że syn podjął taką decyzję?
– Z jednej strony cierpię, bo wiem, ile dla Xaviego i naszej rodziny znaczy Barcelona, ale z drugiej – dobrze wiedzieć, kiedy powiedzieć „dość”. Syn ma 35 lat. Było wiele wspaniałych momentów, zdarzały się też trudniejsze, ale całokształt jest cudowny. Zasłużył, żeby na pożegnanie z Barcą podniósł puchar Ligi Mistrzów.

PRZEGLĄD SPORTOWY

Okładka nie zachwyca.

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Zawisza żegna się z ligą. Tekst o spadkowiczach.

Walczyli do końca, wiosną imponowali wiarą w utrzymanie, ale wyłożyli się na ostatniej prostej. W poprzednich kolejkach mogli wydostać się ze strefy spadkowej, ale w decydujących momentach zawodzili. W piątek mieli ostatnią szansę, ale zamiast radości, po policzkach graczy z Bydgoszczy popłynęły łzy. Choć patrząc na wyniki, nawet wygrana w Chorzowie nic by im nie dała. Teraz pod znakiem zapytania stanęła przyszłość Zawiszy. – Co będzie jak spadniemy? Zacznę o tym myśleć w od poniedziałku – stwierdził przed spotkaniem przy Cichej właściciel klubu, Radosław Osuch. Mariusz Rumak, o ile Lech nie przegra z Wisłą, w jednym sezonie zostanie mistrzem kraju i spadkowiczem. Zadecydowała jednak nie runda finałowa, a fatalna jesień w wykonaniu drużyny z Bydgoszczy, kiedy w 19 meczach ugrała zaledwie 9 punktów. W piątek konieczne było zwycięstwo i liczenie na łut szczęścia, czyli brak wygranej Górnika Łęczna lub Korony Kielce. (…) Wracając do Korony, po nerwowej końcówce sezonu, kielczanie zakończyli sezon na 11. miejscu. Nieoficjalnie mówi się, że z drużyną pożegna się Tarasiewicz. – Wszystko wyjaśni się po sezonie – stwierdził lakonicznie szkoleniowiec. Kielczanie rozprawili się z Podbeskidzem, pozbawionym swojego najlepszego zawodnika, Macieja Iwańskiego. – Od dwóch tygodni grałem z mocno zbitą piętą, brałem proszki przeciwbólowe. Teraz musiałem zostać w domu – powiedział rozgrywający, którego drużyna zapewniła sobie utrzymanie w poprzedniej kolejce.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

Koniec trałkowania. Zachęcający tytuł tekstu o Łukaszu Trałce.

Zobacz, w ilu klubach już byłem, jak długo gram w piłkę, a niczego jeszcze nie wygrałem – kierownik Lecha Dariusz Motała przyznaje, że słyszał te słowa od Trałki wielokrotnie. 31-letni kapitan Kolejorza życiorys zawodowy ma bardzo bogaty: 9 klubów, 245 meczów w ekstraklasie, ale ani jednego trofeum! W niedzielę ta luka może się wypełnić. Po najlepszym sezonie w karierze Trałka ma szansę wznieść ten najważniejszy puchar: za mistrzostwo Polski. I mieć nadzieję, że już na stałe odkleił od siebie łatkę boiskowego obiboka. Trałkowanie, hasło, które wpisało się na listę terminów piłkarskich, powstało ponad pięć lat temu. Pojawiło się po sytuacji, w której napastnik Zagłębia Lubin Ilijan Micanski przebiegł pół boiska i strzelił gola warszawskiej Polonii, a jej pomocnik Łukasz Trałka leżał na murawie i biernie obserwował akcję. Zdjęcie defensywnego pomocnika stało się symbolem lenistwa, zostało przez internautów przerobione na setki sposobów. Byli poloniści doskonale pamiętają, jak Trałka wszedł wówczas do szatni, zupełnie nie wiedząc, z czego śmieje się cały zespół. Pierwsza reakcja – porządne wkurzenie. Szybko jednak zrozumiał, że jedyne, co może zrobić, to po prostu to obśmiać. (…) Maciej Skorża, który zrobił z Trałki kapitana, nazywa go sercem Lecha. Pochodzący z Rzeszowa piłkarz to jednak ulubieniec przede wszystkim obcokrajowców. Kiedy Leo Beenhakker przyjechał w 2008 roku na mecz Lechii z Polonią, zachwycił się harującym w środku pola zawodnikiem. – Ocena była jednoznaczna. Leo określał piłkarzy na tej pozycji jako piranie. Łukasz dokładnie wpisywał się w tę definicję – wspomina ówczesny asystent Holendra w reprezentacji Polski Bogusław Kaczmarek, który kilka miesięcy później ściągnął tego piłkarza do Polonii.

Image and video hosting by TinyPic

Karol Świderski. Dzieciak, który oczarował Probierza.

Reklama

W 2014 roku obecny trener Jagi poprowadził kilka treningów dla młodzieży w SMS-ie Łódź. W trakcie zajęć zwrócił uwagę na jednego z młodych zawodników. – To był Karol. Czym mnie ujął? Jakością treningu i przykładaniem się do zajęć – mówi Michał Probierz. – Gdy tylko przyszedłem do Jagiellonii, wiedziałem, że chcę sprowadzić tego chłopaka. Później widziałem go jeszcze w meczu juniorów i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że to będzie dobry ruch – dodaje. Przed początkiem rundy wiosennej młodego zawodnika zachwalał wychowawca wielu białostockich talentów, Ryszard Karalus. – Ale ma chłopak czucie gry! Niezła technika i lewa noga. A jak się porusza bez piłki! Mogą być z niego ludzie – podkreślał szkoleniowiec, który szlifował talenty m.in. Tomasza Frankowskiego, Marka Citki, Mariusza Piekarskiego i Radosława Sobolewskiego.

W pierwszej lidze zespół Hajty nad przepaścią.

Ponad trzy lata temu Hajto i Dźwigała wspólnie pracowali w białostockim klubie. Ten drugi był asystentem Hajty. Po zakończeniu pracy w ekstraklasie, drogi obydwu rozeszły się. – Każdy pracuje na swoje nazwisko, ja zdecydowałem się na samodzielną pracę w Gdyni czy teraz w Ząbkach. Nie mam kontaktu z Tomkiem, dawno nie rozmawialiśmy. Nie wiem nawet czy będzie okazja do wypicia wspólnie kawy w sobotę – przyznaje Dźwigała, który nie daje się wyprowadzić z równowagi sugestiami, że Dolcan może odpuścić Tychom. – Docierają do mnie te głosy. Mogą to jednak mówić ludzie, którzy utknęli w latach 80. czy 90. To jest myślenie z innego systemu i w ogóle mnie to nie interesuje. Pracowaliśmy razem, to prawda, i z mojej perspektywy współpraca wyglądała dobrze, ale w sobotę wystawię najlepszy skład, na jaki będę mógł sobie pozwolić. Nie ma mowy o jakimś odpuszczaniu – dodaje Dariusz Dźwigała. Tylko wygrana śląskiego zespołu da mu prawo do gry w barażu z czwartą drużyną drugiej ligi. Remis lub porażka w Ząbkach będzie oznaczała spadek. A przecież w grudniu wydawało się, że miasto Tychy, będące właścicielem klubu poprzez spółkę Tyski Sport, zrobiło wszystko, aby tego czarnego scenariusza uniknąć i aby w lipcu w dobrych humorach można było otworzyć nowy, 15-tysięczny stadion. Zatrudniono trenera Hajtę i dyrektora Marcina Adamskiego, podpisując z nimi długoletnie kontrakty. Spełniono wszystkie prośby sztabu, m.in. organizując dwutygodniowy obóz w Turcji. Przede wszystkim przeprowadzono rewolucję kadrową. Rozwiązano kontrakty z wieloma piłkarzami, a na ich miejsce zakontraktowano kilkunastu nowych, w tym kilku z ekstraklasową przeszłością, jak choćby Sebastian Przyrowski, Jakub Bąk czy Artur Gieraga. Piłkarska rzeczywistość okazał się jednak brutalna. Zespół wcale nie punktował lepiej, a sytuacja się nie poprawiła. Widmo spadku do drugiej ligi zajrzało wszystkim głęboko w oczy.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

Omijamy Ligę Mistrzów i kierujemy nasz wzrok na sobotnich felietonistów – Włodarczyka, Stanowskiego i Borka. Niech będzie ten ostatni. Tekst pt. Legia miała tytuł na tacy, ale taca spadła z hukiem.

Dla mnie Henning Berg nie jest teraz nawet pięć procent lepszym lub gorszym trenerem od tego, którym był jesienią, kiedy Legia wychodziła z grupy Ligi Europy. To właśnie piłka nożna, czasem masz szczęście, wygrywasz seryjnie w Lidze Europy. Innym razem przez niedopatrzenie jednej czy kilku osób zostaniesz pozbawiony szansy historycznego awansu do Ligi Mistrzów. Nie patrzę na Norwega typowo po polsku, choć ligowa matematyka jest brutalna. Przeanalizowałem Legię za Jana Urbana i za Berga. Ta pierwsza w 51 meczach zdobyła 110 punktów. Ta druga 105 w 52 spotkaniach. Jak widać, postępu nie ma. Nie widzę też, oprócz PR-owych zagrywek, by przy Łazienkowskiej stawiano na młodzież. Coś tam pograł Ryczkowski, ale ostatnio go nie widać. Kilku zawodników zrobiło krok do tyłu. Gdzie są dzisiaj Bereszyński czy Kosecki? Legia wiosną kompletnie nie miała stylu. Każdy z rywali się jej nauczył, wiedział, że jak nie wyjdzie dobre zagranie do Kucharczyka, to nie da się stworzyć okazji do zdobycia bramki. Drużyna, która miała walczyć o mistrzostwo Polski, potrafiła w niektórych meczach oddać 1-2 celne strzały. To właśnie różniło ten zespół od Lecha. Kolejorz miał styl, raz grał lepiej, raz gorzej, ale atrakcyjniej dla oka. Legia nie. Kibice nie są głupi. Zapłacą za najdroższe bilety w Polsce, ale jak dostaną widowisko, piłkę do oglądania, ofensywną. Zdarzały się spotkania u siebie, kiedy Legia grała na 0:0 licząc, że prędzej czy później coś wpadnie. Co dalej z Bergiem? Nie wiem… Nie byłem zwolennikiem zatrudnienia tego trenera, bo w poważnej piłce, a nią są europejskie puchary, nic nie osiągnął. Potem zaimponował mi. Wynikami, profesjonalnym podejściem, Legia zaczęła nieźle funkcjonować. I przyszła wiosna, która zmieniła optykę. Pojawił się problem z motoryką, zimowy okres przygotowawczy, ten najważniejszy, nie został odpowiednio przepracowany.

Najnowsze

Reklama