Sen piłkarzy Villarreal trwał do 30. minuty. Później Liverpool ich obudził

Maciej Piętak

20 października 2026, 23:19 • 6 min czytania 0

Reklama
Sen piłkarzy Villarreal trwał do 30. minuty. Później Liverpool ich obudził

Za nami kolejny fantastyczny mecz fazy ligowej Ligi Mistrzów z udziałem Liverpoolu. Po efektownym zwycięstwie w Austrii podopieczni Andoniego Iraoli wygrali w siedmiobramkowym thrillerze z Villarreal. Pierwsze trzydzieści minut mogło zwiastować katastrofę, ale gospodarze w wielkim stylu wybrnęli z problemów, choć w końcówce musieli się niepokoić o wynik.

Reklama

Virgil van Błąd. Sensacyjny początek na Anfield

Zaczęło się dla miejscowych beznadziejnie. Już po czterech minutach Virgil van Dijk miał na koncie dwa poważne błędy – zaznaczmy, bliźniacze. W obu sytuacjach na wolne pole starał się dograć Renato Veiga, w obu przypadkach adresatem był Mikautadze i w obu akcjach nie miał szans na dojście do futbolówki.

I pewnie by jej nie przejął, gdyby nie mizerna postawa Holendra. Najpierw zespół przed konsekwencjami nieczystego zagrania Van Dijka uratował Jacquet, ale chwilę później Francuz nie zdołał już naprawić błędu kolegi i dopaść do rywala, który nie pomylił się w sytuacji sam na sam.

Reklama

Van Dijk to jednak nie był jedyny problem Liverpoolu w pierwszych trzydziestu minutach. Gracze gospodarzy nie radzili sobie w środku pola, Gakpo i Tsimikas regularnie przegrywali pojedynki na lewej stronie, a o istnieniu Koumasa na boisku przypomnieliśmy sobie po jakichś dwudziestu minutach.

Fakty są takie, że przy lepszym napastniku niż Mikautadze goście mogli mieć czterobramkową zaliczkę po dwóch kwadransach.

Nie żartujemy. Gdyby dwukrotnie Gruzin nie spóźnił się z podaniem, Villarreal miałby dwie szanse sam na sam więcej.

A tak to było „tylko” 2:0, bo na listę strzelców wpisał się jeszcze Sergi Cardona. Lewy obrońca stanął oko w oko z Alissonem i wykończył akcję perfekcyjnie.

Reklama

W zespole gości funkcjonowało wszystko, u podopiecznych Iraoli absolutnie nic.

Tak to wyglądało, że aż zaczęliśmy szukać, kiedy ostatnio Villarreal wygrał z angielskim przeciwnikiem w fazie zasadniczej Ligi Mistrzów i okazało się, że ta sztuka ani razu mu się nie udała. Szesnaście meczów to sześć remisów i aż dziesięć porażek.

Reklama

Wszystko się jednak zmieniło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Liverpool wrócił w imponującym stylu

Swoje trzy grosze dołożył… Szymon Marciniak. Polski arbiter nie dopatrzył się ewidentnego rzutu rożnego dla gości – Araujo zablokował strzał Moleiro i to nie tak, że piłka otarła się o Urugwajczyka. Obrońca został trafiony w brzuch, że aż go lekko wygięło, ale nasz towar eksportowy tego nie zauważył.

Błąd błędem, ale oczywiście Liverpool nie zyskał momentum przez to przeoczenie, a głównie z tego powodu, że goście zaczęli opadać z sił. Gracze Żółtej Łodzi Podwodnej narzucili tak wysokie tempo, że się wypruli i po zmianie stron oddychali już rękawami.

A jeszcze przed przerwą stracili dwubramkowe prowadzenie.

Reklama

Gospodarze złapali kontakt w 36. minucie – dobre dośrodkowanie z rzutu rożnego Tsimikasa na gola zamienił Alexis Mac Allister. Najwyższy to Argentyńczyk nie jest, ale świetnie złożył się do strzału, a później był jeszcze bliski zdobycia kolejnych bramek. Dwukrotnie próbował z dystansu – raz z akcji, a raz po wolnym – dwukrotnie piłka nieznacznie chybiła celu.

Do remisu The Reds doprowadzili jakieś dziesięć minut później, choć sam fakt, że zakończyli akcję strzałem, to spora zasługa graczy gości. Zabrakło piłkarzom Żółtej Łodzi Podwodnej w tej sytuacji cwaniactwa, ale po kolei.

Wydawało się, że gracze Villarreal udanie wybronili się po rzucie rożnym, a piłkę przed polem karnym przejął Mikautadze. Zamiast utrzymać się przy niej, zagrać pod faul, nawet ewentualnie ją wybić, bo w końcu do przerwy zostało jakieś dwanaście sekund, Gruzin w banalny sposób zgubił futbolówkę. Odzyskaną piłkę na dalszy słupek dośrodkował Ngumoha, a tam wszystko pod kontrolą miał Sergi Cardona. Przynajmniej tak sądził, dlatego przepuścił piłkę, a tam zza jego pleców wyskoczył nagle na pełnym sprincie Araujo i było po dwa.

Reklama

Rio Ngumoha. Co za gość!

Kibice The Reds mogli żałować, że Szymon Marciniak tuż po bramce zaprosił zawodników obu ekip do szatni, wszak gospodarze dopiero się rozkręcali. Przerwa im jednak nie przeszkodziła, ba, może nawet i pomogła. Liverpool wrzucił szósty bieg, nie opuszczał połowy przeciwnika i nieustannie szukał gola na 3:2.

Gravenberch spróbował z ostrego kąta, niecelnie z powietrza uderzył Tsimikas, Gulacsi obronił próbę Gakpo, celny strzał oddał także Wirtz, z dystansu nieznacznie pomylił się Nioni (a co by było, gdyby się nie poślizgnął), Koumas nie doskoczył do mocnego zagrania Tsimikasa…

To wszystko w piętnaście minut. Villarreal został wrzucony na karuzelę, ale wytrwał. Do czasu.

Reklama

Rio Ngumoha otrzymał piłkę na prawej stronie i zamienił się (znowu) w jakiegoś Messiego. Ominął co najmniej trzech piłkarzy w żółtych koszulkach, a następnie wystawił piłkę na pustą bramkę Mac Allisterowi. A Argentyńczyk się nie pomylił.

Skoro pojawił się wątek osiemnastoletniego angielskiego skrzydłowego, to przy nim zostańmy. Trzy kluczowe podania, dwie asysty, 86% celności podań, siedem udanych dryblingów na osiem prób, osiem wygranych pojedynków z jedenastu, trzy odbiory, jeden przechwyt… ale to tylko liczby. Oglądanie tego chłopaka w akcji to była czysta przyjemność. Aż robiło się żal Cardony, który kompletnie sobie z młodszym rywalem nie radził.

Chociaż po przerwie to żaden defensor Villarreal sobie nie radził. Chwilę po drugim trafieniu Mac Allistera na listę strzelców wpisał się Wirtz, który zwieńczył szybką akcję po przechwycie piłki na połowie rywala zainicjowaną przez Tsimikasa. Asystę zanotował Gakpo, który również mógł się podobać (też trzy kluczowe podania i pięć udanych dryblingów na sześć).

Trzecie zwycięstwo Liverpoolu, Villarreal może być jednak dumny

Żółta Łódź Podwodna zaczęła tonąć, a gospodarze nie zamierzali poprzestać na czterech. Blisko gola był Ngumoha, raz został zablokowany Gakpo, szanse miał także Isak.

Reklama

W ostatnim kwadransie coś jednak drgnęło w zespole gości, a człowiekowi aż przypomniał się ostatnio opisywany mecz Liverpoolu z LASK. Wówczas w końcówce mistrzowie Austrii zaczęli dochodzić do większej liczby sytuacji i skończyło się to trzema bramkami. Villarreal aż tylu sytuacji nie miał, bo też brakowało pary, ale na gola starczyło – z najbliższej odległości Oluwaseyi wykończył składną akcję przyjezdnych.

Ostatecznie kibice gospodarzy mogli odetchnąć z ulgą, że wrzucenie niższego biegu przez ich ulubieńców nie zakończyło się większą katastrofą. W słupek trafił bowiem Perez, a w samym doliczonym czasie gry ustawienie obrońców gospodarzy wołało o pomstę do nieba.

No dobra, to czas na jakieś wnioski. Liverpool wyrósł na zespół, którego mecze warto włączać będąc postronnym obserwatorem. W jego dwóch ostatnich meczach padło szesnaście (!) goli, a gdybyśmy przebili barierę dwudziestu, to w wielkim szoku byśmy nie byli. Villarreal z kolei po raz kolejny udowodnił, że nie będzie chłopcem do bicia, jak w poprzednim sezonie Champions League, a zwycięstwo z Napoli nie było przypadkiem.

A trenerowi gości, Inigo Perezowi, życzymy dużo zdrowia. Stanie przy linii bocznej w samej koszulce przy dziesięciu stopniach? Szacunek.

Reklama

Liverpool – Villarreal 4:3 (2:2)

  • 0:1 – Georges Mikautadze 4′
  • 0:2 – Sergi Cardona 29′
  • 1:2 – Alexis Mac Allister 36′
  • 2:2 – Ronald Araujo 45’+2′
  • 3:2 – Alexis Mac Allister 65′
  • 4:2 – Florian Wirtz 68′
  • 4:3 – Tanitoluwa Oluwaseyi 87′

Fot. Newspix

0 komentarzy
Maciej Piętak

Liczy, pisze i komentuje - nie zawsze w tej kolejności. Studiuje matematykę, a wcześniej przewinął się przez redakcje 90minut, FutbolNews oraz Żyjemy Futbolem. Prywatnie kibic Wisły Kraków oraz Chelsea. Ma beznadziejny gust muzyczny, jeszcze gorsze poczucie humoru, ale tyle dobrego, że czasem napisze jakiś niezły tekst

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama