Męczarnie Igi Świątek. Polka nie miała lekko, ale wygrała

Sebastian Warzecha

05 stycznia 2026, 12:02 • 4 min czytania 0

Pierwszy oficjalny mecz w sezonie. Rywalka solidna, ale nie za mocna – 39. w światowym rankingu Eva Lys. Turniej, który Iga Świątek lubi. Wydawało się, że okoliczności sprzyjają Polce i ta powinna wygrać dzisiejsze spotkanie w dobrym stylu. Ale było zupełnie inaczej, bo Iga sama sobie utrudniła zadanie. Ostatecznie jednak wygrała, choć po bardzo zaciętym, pełnym zwrotów akcji meczu.

Męczarnie Igi Świątek. Polka nie miała lekko, ale wygrała
Reklama

Iga Świątek z wielkimi problemami. Ale zwycięska

W United Cup Iga przegrała do tej pory dwukrotnie w czternastu meczach – zawsze z Amerykankami: Jessicą Pegulą i Coco Gauff. A więc z rywalkami z górnej półki, takimi, które faktycznie miały pełne prawo jej zagrozić. Eva Lys z kolei to przeciwniczka, z którą Iga grała trzy razy. Wyniki setów w tych meczach to 6:1, 6:1, 6:0, 6:1, 6:2, 6:2. Wszystkie padły łupem Polki. Cztery z tych setów rozegrały w poprzednim sezonie, czyli akurat wtedy,  gdy Niemka znacząco rozwinęła swój tenis i poszła w górę.

Wydawało się więc, że po fantastycznej wygranej Huberta Hurkacza nad Alexandrem Zverevem, Iga Świątek dość łatwo przypieczętuje triumf Polaków nad Niemcami. Taki był plan, tego wszyscy oczekiwali. Tymczasem ten pierwszy oficjalny mecz sezonu – wcześniej rozegrała dwa w pokazówce w Chinach – przywołał wszystkie demony z poprzedniego roku.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: CO ZA MECZ HURKACZA! ZVEREV AŻ ROZWALIŁ RAKIETĘ

Jakie to demony? Przede wszystkim duża liczba niewymuszonych błędów. Tylko w pierwszym, przegranym secie Iga popełniła ich 22! Drugim demonem były problemy z utrzymaniem własnego podania, agresywna, odważna gra Lys na returnie sprawiała Świątek mnóstwo kłopotów. I to niezależnie od tego, czy Iga serwowała pierwszym czy drugim podaniem. Zresztą procent wygranych punktów z pierwszego był momentami zatrważająco niski. W pierwszym secie Polka dała się rywalce przełamać czterokrotnie – tylko raz utrzymała serwis.

Podkreślmy: mówimy o przeciwniczce z czwartej dziesiątki rankingu WTA. Nie Arynie Sabalence, Coco Gauff, Jelenie Rybakinie czy nawet Jasmine Paolini.

Do tego dochodził pewien brak odwagi w grze Igi, pewnie wynikający z popełnianych błędów. Znów – to już niestety standard – brak reakcji na kortowe wydarzenia, niemożność wprowadzenia w życie planu B, o ile ten plan B w ogóle istnieje. Idze nie szło, ale niewiele zmieniała – zamiast tego próbowała na siłę egzekwować to, co sobie założyła na starcie. Były momenty, gdy to działało. Były takie, gdy zupełnie nie. Eva Lys z kolei nakręcała się każdym błędem Polki, czekała na pomyłki. A do tego niesamowicie wręcz biegała, trudno było ją „zabić” w wymianie.

Udało się to w drugim secie, bo od stanu 1:3 Iga w bardzo dobrym stylu wygrała pięć gemów z rzędu. Udawało się na początku decydującej partii, bo Polka zdobyła przewagę przełamania. Tyle że ta przewaga nie utrzymała się długo – z 3:1 szybko zrobiło się 3:3. Jednak w kluczowym momencie Polce udało się podnieść poziom swojej gry. Odważyła się na nieco bardziej precyzyjne, agresywne zagrania, postawiła na nieco mniej siły, a większą głębokość uderzeń.

I to dało efekt.

I wiecie co? Finalnie to w sumie niezła wiadomość. Jasne, Iga przeżyła prawdziwe męczarnie, tak. Ale była w stanie wygrać z rywalką, która grała naprawdę, ale to naprawdę dobrze. W zeszłym sezonie wiele takich meczów skończyłoby się jej porażką. W Sydney, dzisiaj, ostatecznie triumfowała. I oby to był dobry prognostyk na kolejne dni, ale i cały rok.

Wraz z wygraną Igi triumfowali też Polacy – co prawda czeka ich jeszcze mecz miksta, ale okazali się lepsi od Niemiec. Jutro o tym, czy wygramy naszą grupę, zdecyduje mecz z teoretycznymi outsiderami, Holandią. Holendrzy przegrali wcześniej z Niemcami 0:3.

Iga Świątek – Eva Lys 3:6, 6:3, 6:4

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

0 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama