Jako 32-krotny reprezentant Kosowa był jednym z budowniczych nowej reprezentacji w Europie. Grał na najlepszych piłkarzy na świecie z Hiszpanii, Anglii czy Chorwacji, lecz w futbolu klubowym utknął między 2. Bundesligą a trzecią ligą niemiecką, przecinając przygody w Niemczech na przykład epizodem w Broendby. Dorastał u boku przyjaciela, Emre Cana, który z tej samej akademii Eintrachtu wybił się znacznie wyżej. Co zadecydowało, że Besar Halimi nie poszedł jego śladem? Jaki zawodnik zrobił na nim największe wrażenie? Jak to jest być w drużynie, którą porównuje się do San Marino? Dlaczego wybrał pierwszoligowy Śląsk i co sądzi o transparentach „Kosowo jest serbskie”? Zapraszamy.
Besar Halimi. Historia nowego piłkarza Śląska Wrocław
Pokażę ci jeden obrazek. Jestem ciekaw, co o tym sądzisz jako Kosowianin [pokazuję jeden z transparentów „Kosowo jest serbskie”].
Niestety widziałem już takie lata temu na żywo i widzę, że to się nie zmienia. Jeśli mnie pytasz o emocje, cóż, nie jest to miłe, mimo że skupiam się tylko na futbolu. Jestem z Kosowa i choć nie wiem za wiele o polityce, mogę powiedzieć jedno: jesteśmy państwem, które daje mi uczucie dumy. Takie obrazki sprawiają, że jest mi bardzo smutno, ale mam nadzieję, że to kiedyś się skończy i świat nas w pełni zaakceptuje.
Pamiętam, jak powstawała nasza reprezentacja piłkarska. Na pierwszych meczach widziałem te transparenty wszędzie, w przeróżnych krajach, ale co możemy zrobić? Nie wejdziemy w głowy ludzi i nie zmienimy ich podejścia. Czasami trzeba pewne nieprzyjemności zaakceptować i iść dalej.
Kosowo zyskało niepodległość w 2008 roku. Twoja rodzina żyła w tamtym regionie, zanim się wyodrębnił, czy masz inne korzenie?
Tak, jesteśmy rodowitymi Kosowianami. Mówimy po albańsku, ja i moi rodzice…
Powiedziałbyś, że blisko ci do bycia Albańczykiem?
Zdecydowanie nie. To dość skomplikowane, cała ta sytuacja, która miała miejsce przed zaakceptowaniem nas przez świat i Europę. Akurat ja dorastałem w Niemczech, ale zawsze wiedziałem, że jestem z Kosowa, nie Albanii. To moja tożsamość, która była taka sama przed 2008 rokiem. Nic się nie zmieniło, poza faktem, że w lutym tamtego roku byliśmy bardzo szczęśliwi. Szczerze mówiąc, dziś nudzą mnie już te wszystkie negatywne komentarze o nas, Kosowianach.
Czyli decyzja o grze dla reprezentacji Kosowa była oczywista? Bo masz też kilka występów w niemieckiej młodzieżówce.
Tak, to były towarzyskie mecze, rozgrywane we Frankfurcie, gdzie się wychowałem. Rodzice powiedzieli mi, żebym spróbował gry dla Kosowa, jeśli to czuję. Mówili, że mi się spodoba i faktycznie tak było. Co prawda minęło trochę czasu od mojego ostatniego występu [cztery lata, przyp. red.], ale wiem, że współtworzyłem fajną historię.
Trudno było dorastać w Niemczech?
Na pewno rodzice mieli ciężko, żeby wyżywić trójkę dzieci. Nie było łatwo. Ale ogółem dobrze wspominam dzieciństwo. Futbol był w nim na pierwszym miejscu.

Przez długi czas byłeś w akademii Eintrachtu Frankfurt. Dziś klubu znanego z tego, że potrafi sprzedawać piłkarzy z ogromnym zyskiem.
Wtedy były trochę inne czasy. Klub był w drugiej lidze, robił awans i spadał. Ale nie dziwi mnie, że zrobili taki progres. Tam były duże ambicje. Ale też, muszę przyznać, wymagania, które dostarczały mi dużo stresu. Każdego roku musiałem walczyć o swoje miejsce, żeby go nie stracić. To duże miasto i każdy dzieciak chce być w akademii, a u mnie to zaczęło się w wieku 7 -8 lat. Żyliśmy blisko stadionu. Można powiedzieć, że trafiłem z podwórka prosto na wielkie boisko. Ale nie wiem, czy chciałbym, żeby mój syn przeżywał coś podobnego, co ja w akademii.
Ludzie przepowiadali ci karierę w Bundeslidze?
Na pewno w swoich rocznikach byłem dobry, utalentowany. Nie byłem jednak najlepszy…
Kto był?
Jeden z moich najbliższych przyjaciół, Emre Can. Zasłużył na to, co osiągnął. Dało się zobaczyć w młodym wieku, że to człowiek stworzony do większych klubów. Nie tylko pod względem fizycznym, bo był wyższy i silniejszy od chłopaków, ale miał też świetne nastawienie mentalne.
To była ta kluczowa różnica między nim a tobą i kolegami? Ten mindset?
Dokładnie.
Jakbyś to dokładniej zdefiniował?
To objawia się na przykład tym, że jak dorastasz i masz 14-15 lat, idziesz bardziej w jakimś kierunku. Czyli albo wychodzisz ze znajomymi na imprezy, albo nie. Albo flirtujesz z dziewczynami, albo nie. Dochodzi też szkoła, potem prawo jazdy, pierwsze auto… Wtedy okazuje się, kto naprawdę chce ciężko pracować i być piłkarzem, a kto chce być po prostu „cool” w oczach innych. W tej kwestii, jeśli chodzi o młodych ludzi, jest cienka granica między tym, jaką ścieżkę obierzesz. A akurat Emre był dobrym przykładem tego, jak skupiać się wyłącznie na piłce.
Ja byłem trochę inny. Też skupiałem się na futbolu, bawiłem nim, ale chyba nie byłem wystarczająco twardy. Brakowało tej koncentracji na dłuższym dystansie, dlatego miałem taką karierę, a nie inną. Z drugiej strony – oczywiście jestem szczęśliwy z tego, co do tej pory udało się zrobić w piłce.

Nie trzeba mieć kariery Emre Cana, żeby czuć, że odniosło się sukces. Ale jest coś w tym, że nie dosięgnąłeś poziomu Bundesligi, choć byłeś jej blisko. Zastanawiam się, czy to wynika właśnie z tych braków mentalnych.
Powody bywały różne. Na przykład mając 19 lat, byłem w Mainz, które kupiło mnie z trzeciej ligi. Wypożyczyli mnie na zaplecze, żebym nabrał doświadczenia, radziłem sobie dobrze i po roku wróciłem do klubu, gotowy do następnego kroku. I tu pojawiają się detale, czy ktoś chce ci dać szansę i pcha do przodu, czy niekoniecznie. Wtedy dochodzi też nastawienie i o ile byłem skoncentrowany na celu, o tyle zabrakło mi siły w psychice, żeby przetrzymać okres, kiedy nie dostawałem szans, a ciężko trenowałem.
Możliwe, że to był mój problem. Traktowałem decyzje trenerów i klubów zbyt personalnie. Gdy dorosłem, zacząłem myśleć inaczej. Nie jestem już sfrustrowany, kiedy wiem, że na coś zasługuję, ale tego nie dostaję. U niektórych to chyba musi przyjść z wiekiem. Tak jak u mnie.
Wymagania w Bundeslidze nie wybaczają i się o tym przekonałeś.
To bardzo trudna liga. Oczywiście wiele zależy od trenera, od jego wizji, ale ogółem intensywność jest niesamowita. Przez dwa lata trenowałem z pierwszym zespołem Mainz i wiem, że tam nie można pewnego dnia po prostu przyjść i powiedzieć: okej, dziś zrobię sobie trochę luzu. Piłkarze są za dobrzy, jest za duża rywalizacja w całej kadrze, a poza tym są niemieccy trenerzy, którzy dbają o to, żebyś „nie zaspał”.
Nawet w trzeciej lidze niemieckiej zespoły potrafią być mocne. Tam grałeś najwięcej.
To silne rozgrywki, zgoda, bo są i pieniądze, i mnóstwo klubów o dużych tradycjach, które grały kiedyś w elicie lub przez długi czas na zapleczu. Tam są fajne stadiony, dobra infrastruktura, też spore oczekiwania.
Jaki piłkarz zrobił na tobie największe wrażenie? W reprezentacji grałeś z Hiszpanią, Anglią i Chorwacją, więc jest w czym wybierać.
Najbardziej podobał mi się Sterling. Był szalenie dobry w swoim najlepszym okresie. Dalej mógłbym wymienić Modricia czy Busquetsa.
Jak ścierasz się z takimi piłkarzami, czujesz na boisku, że są przynajmniej o jedno tempo szybsi?
Tak, ale to nie jest pierwsza rzecz, jaka przychodzi do głowy, kiedy ich widzisz. Najbardziej wpada w oko fakt, że oni nie popełniają błędów. Serio. Wystarczy tego nie robić w prostych sprawach, żeby być bardzo dobrym i jest to pewna lekcja dla młodszych piłkarzy. Jeśli dodajesz do tego dużą jakość, widzisz różnicę między średniej klasy zawodnikiem a gwiazdą. Dlatego, gdybym był trenerem i widział dwóch piłkarzy o podobnych umiejętnościach, wybrałbym tego, który myli się rzadziej.
Taki Pedri, który dopiero wchodził do seniorskiego futbolu, owszem, miał niesamowite prowadzenie piłki. Ale najbardziej zwracało uwagę to, z jaką dokładnością przyjmuje piłkę, jak dobrze wybiera momenty, kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć, albo kiedy podaje i to na właściwą nogę. A to i tak nie wszystko.

To było męczące? Przegrywać jako Kosowo praktycznie z każdym, czasami w wyniku brutalnych weryfikacji? Kiedy stworzyliście reprezentację, mieliście serię dziewięciu porażek w eliminacjach do mundialu w 2018 roku. Zremisowaliście wtedy tylko z Finlandią.
To było trudne, ale miało swoje powody. Zakładam, że na przykład w Polsce macie automatyzmy kontynuowane z młodzieżówek, piłkarze znają się i przechodzą do dorosłego zespołu. Pamiętam, jak graliśmy pierwszy oficjalny mecz w historii Kosowa, z Finlandią. To było szalone. Kilka godzin przed meczem nie wiedzieliśmy, kto ma w 100% sprawdzony paszport, a kto nie. Wyobraź sobie, że trener wtedy jeszcze nie wiedział, kogo może wstawić do kadry. Oczywiście byliśmy podekscytowani i nie mogliśmy doczekać się gry, ale cała ta organizacja za kulisami, zgranie się… to wymagało sporo czasu.
Byliśmy też przyzwyczajeni do innych standardów. Piłkarze przyjeżdżali z Niemiec, Norwegii czy Austrii. W nowo powstałej reprezentacji zobaczyli, że są złe murawy, że brakuje jakiegoś dresu treningowego albo ktoś trenuje w swoim sprzęcie. Panował chaos, choć muszę powiedzieć, że federacja zrobiła bardzo wiele w ostatnich latach, żeby było lepiej. Jesteśmy małym krajem, ale mamy sporo talentów. Liczę na to, że pewnego dnia zakwalifikujemy się na jakiś turniej. Jesteśmy na dobrej drodze, choć nie będzie łatwo, bo dużo piłkarzy z Kosowa emigruje i decyduje się grać dla innych krajów. Na to wpływa również liga, która niestety jest na słabym poziomie.
Grałeś też w Broendby, w topowym klubie swojego kraju. Czym różniła się gra w Danii od tego, co miałeś w Niemczech?
Największa różnica polega na tym, że 3-4 zespoły walczą o najwyższe cele, są na wysokim poziomie, a reszta ewidentnie odstaje. Nie ma takich możliwości i jakości. W Niemczech w drugiej i trzeciej lidze poziom jest bardziej wyrównany, a słyszałem, że w Polsce jest podobnie. Że ostatnia drużyna potrafi pokonać pierwszą.
To prawda. W Grecji, w Apollonie Smyrnis, doznałeś czegoś szalonego?
Miałem czterech trenerów w ciągu roku! Grecja jest bardzo inna od wszystkiego, czego doświadczyłem. Klub, w którym byłem, miał wrócić do elity po spadku, ale nie udało się tego osiągnąć. Odnalazłem się tam, mimo kontuzji, która zabrała mi trochę czasu, choć to było dziwne doświadczenie. Grałem na Krecie, byłem na boisku i widziałem morze będące tuż obok. Kiedy skończyłem trening, mogłem iść na plażę. Żona i syn byli zadowoleni.
Jakiego piłkarza zawsze najbardziej podziwiałeś?
Ludzie lubili się ze mną droczyć, krzyczeli „Messi, Messi!”, ale zawsze bliżej mi było do Ronaldo. Natomiast był taki piłkarz Werderu Brema, Diego. Mały gość, ciągle dryblował i czarował na boisku. Dla mnie, wtedy dzieciaka, który rozwijał się piłkarsko w Niemczech, to był idol.

Pamiętam go z Fify i składanek na Youtube. Kozak. A dlaczego wybrałeś Śląsk Wrocław?
Ogółem ten rok jest dla mnie trudny. Po 14 meczach byliśmy z Sandhausen na pierwszym miejscu w tabeli, ale spadliśmy. To był szok. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś przeżył coś podobnego. Stwierdziłem, że chcę zmienić otoczenie i miałem rożne rozmowy, ale głównie z klubami trzeciej ligi niemieckiej. Kiedy usłyszałem o zainteresowaniu ze Śląska, od początku byłem niemal pewien, że chcę tu przyjść. Znałem to miejsce, bo byłem już kiedyś we Wrocławiu. Miałem ofertę ze Śląska jako piłkarz Broendby. Rozmawiał ze mną Dariusz Sztylka, zobaczyłem stadion, miałem zrobiony wstępny research. Być może gdybym wcześniej się tutaj nie pojawił, nie przyszedłbym teraz do Śląska. Ale wiedziałem, że to mocny projekt w Polsce, z ludźmi, którzy szaleją na punkcie klubu.
W Śląsku przeżyli jeszcze większy szok niż ty ostatnio w Saundhausen.
Byłem bardzo zdziwiony, jak zobaczyłem, że Śląsk nie jest już w Ekstraklasie. Pod tym względem trochę się zmieniło, ale jeśli chodzi o ambicje i o to, co oferuje klub – to wszystko wciąż jest przekonujące. Przyszedłem tu z pozytywną energią, pamiętając o tym, że to marka z najwyższej ligi. To fajne wyzwanie. Może nie będę wygrywał meczów w pojedynkę, ale mam nadzieję, że będę ważną częścią sukcesu, jaki chcemy tutaj osiągnąć.
Kiedy Emre Can przyjdzie do Śląska Wrocław?
Rozmawiałem z nim wczoraj! Pytał mnie o klub i miasto. Zna Wrocław i cóż, zobaczymy. Może być ciężko…
To niech chociaż na mecz przyjedzie, żeby odwiedzić przyjaciela. Z Dortmundu tak daleko nie jest.
Już odwiedzał mnie na przykład w Danii, więc myślę, że w jakiś dzień zjawi się również we Wrocławiu. Trudno o czas na takie wyjazdy, kiedy gra się w piłkę w innym kraju, ale jestem pewien, że przy okazji jakiegoś spotkania zobaczy nasz stadion. Zaproszę go. Na pewno mu się spodoba.
WIĘCEJ O ŚLĄSKU WROCŁAW:
- Leszczyński: Plucie na moją osobę jest absurdalne [WYWIAD]
- Młody piłkarz Śląska trafia do krajowego potentata. Wzmocni Slavię Praga
- Śląsk Wrocław z pierwszą wygraną. Ruch Chorzów na deskach [WIDEO]
Fot. Newspix