Reklama

Iga Świątek nie do zatrzymania. Polka w finale Roland Garros!

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

06 czerwca 2024, 16:58 • 6 min czytania 23 komentarzy

Trzy finały Roland Garros z rzędu? Rzadka sztuka. Ostatnio udało się to osiągnąć Marii Szarapowej w latach 2012-2014. Teraz, po dekadzie, o krok od wyrównania tego rezultatu stanęła Iga Świątek. Polka, by wejść do wielkiego finału swojego ulubionego turnieju, musiała pokonać Coco Gauff, co na tych kortach robiła również… w poprzednich dwóch latach. I choć był to z tych trzech meczów zapewne najtrudniejszy, to Iga sprostała wyzwaniu. Po dwóch setach znalazła się w meczu o tytuł!

Iga Świątek nie do zatrzymania. Polka w finale Roland Garros!

Coco, czyli już mistrzyni

Z Amerykanką Świątek mierzyła się do tej pory jedenaście razy, aż dziesięć z tych pojedynków wygrała. Tylko raz, w Cincinatti w zeszłym roku, udało się Gauff ją zaskoczyć. To zresztą ważne zwycięstwo i ważny turniej – Coco go wygrała, to jej pierwszy (i na razie jedyny) triumf w imprezie rangi 1000. A potem, nakręcona tym sukcesem, poszła za ciosem i triumfowała też w US Open. Tym samym weszła do grona wielkoszlemowych mistrzyń.

ZERO RYZYKA do 50zł – zwrot 100% w gotówce w Fuksiarz.pl

W międzyczasie wspinała się też w rankingu. W tym sezonie nie była może najlepszą tenisistką (w rankingu WTA Race jest aktualnie czwarta, a przed startem Roland Garros znajdowała się o pozycję niżej), ale punkty, jakie zdobyła do tej pory, w połączeniu ze świetną końcówką poprzedniego roku, pozwalały jej wygodnie rozsiąść się na pozycji numer trzy w światowym rankingu. Po French Open będzie za to – po raz pierwszy w karierze i w wieku zaledwie 20 lat – jego wiceliderką, tracąc dystans jedynie do Igi Świątek.

Reklama

Kluczowe jest tu zresztą to, co przed chwilą napisaliśmy – że Coco nadal ma 20 lat. Jest młoda, nawet bardzo. Spośród nowych triumfatorek Szlemów z ostatnich kilku lat, większość zdobywała tytuły później od Amerykanki. Spójrzmy na ostatnich pięć mistrzyń-debiutantek: Marketa Vondrousova na Wimbledonie miała na karku 24 lata. Aryna Sabalenka, gdy przed rokiem wygrywała Australian Open tyle samo (rocznikowo 25). Jelena Rybakina w Londynie w 2022 roku – 23. Młodziutka, bo niespełna 19-letnia była Emma Raducanu, ale patrząc na jej dalszą karierę, to Brytyjka chyba nie jest specjalnie dobrym wyznacznikiem. Z kolei Barbora Krejcikova, która w 2021 wygrała Roland Garros, miała wtedy 25 lat.

Innymi słowy: Coco wyprzedziła o kilka lat typowy dla WTA plan na wygrywanie Szlemów. A to już świadczy o tym, że jest swego rodzaju fenomenem, zresztą podobnie jak Iga Świątek, bo obie swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy zdobyły w podobnym wieku. Różnica polega oczywiście na tym, że Iga jest o trzy lata starsza. Stąd na koncie ma ich już cztery. Czy Coco za kolejne trzy lata dołączy z wynikami – przekonamy się z czasem. Z pewnością ją na to stać, w tym sezonie to przecież jej drugi półfinał turnieju tej rangi, żadna inna tenisistka nie doszła do tej fazy i w Melbourne, i w Paryżu.

A to też o czymś świadczy.

Naomi obudziła Igę

Iga Świątek do Roland Garros przystępowała jako wielka faworytka. To naturalne, Polka jest w końcu trzykrotną mistrzynią tego turnieju, do tego wygrywała dwie ostatnie edycje. No i świetnie radziła sobie na mączce w tym sezonie – jasne, nie wygrała w Stuttgarcie, za to potem triumfowała w Madrycie, pokonując po genialnym finale Arynę Sabalenkę, a potem w Rzymie, gdzie tym razem Białorusinka nie miała za wiele do powiedzenia. We Włoszech po drodze – zresztą w półfinale – Iga ograła też Coco Gauff.

Ale już na Roland Garros było ciężko.

Reklama

Przez pierwszą rundę – przeciwko Leolii Jeanjean – przeszła oczywiście gładko. Potem przyszedł jednak mecz z Naomi Osaką, która – niespodziewanie, bo nigdy przesadnie dobrze nie radziła sobie na mączce – zagrała genialne zawody, momentami wręcz bliskie doskonałości. Iga musiała przecież bronić piłki meczowej, w trzecim secie przegrywała aż 2:5. A jednak z tego wyszła i to Japonka ostatecznie nie utrzymała nerwów na wodzy. W kluczowych momentach kilka razy wyrzuciła piłkę na aut, kilka razy trafiła w siatkę. I owszem, zagrała niemal doskonałe zawody, ale tych kilka piłek ostatecznie zdecydowało. Bo przeciwko Idze na mączce trzeba właśnie doskonałości.

Tak trudny mecz jednak w pewnym sensie Igę obudził. W kolejnych rundach była bowiem nie do zatrzymania. Marie Bouzkova ugrała sześć gemów. Anastasija Potapowa nie dostała… ani jednego i przegrała w 40 minut! Marketa Vondrousova zgarnęła dwa gemy w drugim secie, a przecież to mistrzyni Wimbledonu i była finalistka Roland Garros. Dlatego – tym bardziej wobec odpadnięcia i Jeleny Rybakiny, i Aryny Sabalenki – wydawało się, że tylko Gauff może zatrzymać Świątek. A i na to raczej przesadnie nie stawiano, tym bardziej, że i rok, i dwa lata temu w Paryżu z Igą przegrywała.

W dodatku Świątek swoją postawą w trakcie turnieju jeszcze bardziej umocniła status wielkiej faworytki. Dziś miała to potwierdzić.

Coco się postawiła, ale nic to nie dało

Dużo było w tym meczu momentów, w których można sobie było pomyśleć: „Coco naprawdę ładnie walczy”. Zwykle jednak bardzo szybko zmieniały się one w: „Iga spokojnie to wygra”. Bo właściwie od samego początku Gauff pokazywała, że w wymianach jest zdolna stawić czoła Idze Świątek. Dobrze i mocno serwowała, radziła sobie z głębi kortu, świetnie poruszała się wzdłuż linii końcowej. W wymianach forehandowych momentami zyskiwała wręcz przewagę, z backhandu bywało różnie, częściej górą była Polka, ale nie zawsze.

Co decydowało? Utrzymanie nerwów na wodzy, dokładność i umiejętność zaskoczenia rywalki. A to wszystko to wielkie atuty Igi Świątek.

Stąd już w pierwszym gemie meczu Polka zyskała sobie przełamanie. W drugim zaatakowała jednak Coco, wypracowała nawet break pointa, ale wyrzuciła return w aut. W kolejnym gemie serwisowym Iga zresztą ponownie była zagrożona, ale jeszcze raz swoje uderzenie zepsuła Amerykanka. I to w sumie decydowało – przy szansie na przełamanie młodsza tenisistka psuła swoje zagrania. Świątek za to wykorzystała pierwszego i trzeciego break pointa w secie i w piątym gemie wyszła na prowadzenie 4:1, które niedługo potem poparła świetną partią przy własnym podaniu. Coco ugrała jeszcze gema, ale set skończył się wynikiem 6:2 dla Polki po 37 minutach gry.

Druga partia zaczęła się od dłuższego gema przy serwisie Coco, którego Amerykanka tym razem jednak – z dużą pomocą serwisu – wygrała. Zresztą w tamtym okresie meczu obie triumfowały we własnych gemach serwisowych. Aż do czwartej partii drugiego seta, w której Gauff przycisnęła Świątek. W efekcie dostała dwa break pointy, a drugiego – po fantastycznej wymianie, w której w znakomitym stylu przeszła z defensywy do kontrataku – wykorzystała. I to była nowość, sytuacja, w której Coco miała przewagę dwóch gemów, jeszcze w tym meczu nie miała miejsca.

Inna sprawa, że nie utrzymała się długo.

Iga bowiem przyłożyła się na returnie, kilkukrotnie znakomicie zaatakowała i w efekcie wypracowała sobie break pointa, którego natychmiast wykorzystała. Po zmianie stron utrzymała z kolei własne podanie i… znów wygrała przy serwisie Coco, w dodatku do zera! I to był kluczowy moment tego spotkania, po nim bowiem nic się już tak naprawdę nie zmieniło. Iga wygrała swój serwis, przy podaniu Coco mieliśmy długiego gema z dwoma piłkami meczowymi dla Świątek, ale ich jeszcze nie udało się Polce wykorzystać.

Mecz zamknęła bowiem dopiero w następnym gemie, przy własnym podaniu. Wygrała mimo naporu Coco i w świetnym stylu, po raz jedenasty w karierze, pokonała Amerykankę. To też 20 zwycięstwo i trzeci finał z rzędu na kortach Rolanda Garrosa na koncie Polki. A w tym finale zagra albo z Jasmine Paolini, albo z Mirrą Andriejewą, dwoma niespodziewanymi półfinalistkami. I będzie tam ogromną faworytką.

Iga Świątek – Coco Gauff 6:2, 6:4

Fot. Newspix

CZYTAJ WIĘCEJ O TENISIE:

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

Igrzyska

Kamil Semeniuk: Celujemy w złoto igrzysk, ale każdy medal będzie sukcesem [WYWIAD]

Jakub Radomski
6
Kamil Semeniuk: Celujemy w złoto igrzysk, ale każdy medal będzie sukcesem [WYWIAD]

Komentarze

23 komentarzy

Loading...