Reklama

Trela: To nie Bayer przegrał finał Ligi Europy. To Atalanta go wygrała

Michał Trela

Autor:Michał Trela

23 maja 2024, 09:04 • 11 min czytania 18 komentarzy

Tym razem gracze z Leverkusen musieli uklęknąć nie przed donicą spadającą z balkonu jak piłka po woleju Zidane’a, lecz przed trwającym półtorej godziny arcydziełem pracy zbiorowej. Nie da się rozegrać finału wiele lepiej niż drużyna Giana Piera Gasperiniego. A że rozegrała go akurat na tle zespołu, na który miesiącami nikt nie mógł znaleźć sposobu, musi tylko potęgować zachwyty. La Dea otarła się o iDEAł.

Trela: To nie Bayer przegrał finał Ligi Europy. To Atalanta go wygrała

Jest jednym z tych frazesów, które podczas rozmów o futbolu ślina sama na język przynosi. Wypowiada się go zwykle bezmyślnie, jakby mimochodem. Ale jeśli zastanowić się nad nim głębiej, powiedzenie „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”, w pełni oddaje okrucieństwo zawodowego sportu na najwyższym poziomie. A współcześnie, gdy każdy mecz da się zobaczyć, potem jeszcze odtworzyć w powtórce i opisać w skomplikowanych liczbach, widać to jeszcze pełniej. Eduardo Galeano mógł sobie wypisywać niestworzone historie o bohaterach z przeszłości, których nikt na oczy nie widział. Ale każdy bohater współczesności podlega twardej weryfikacji dwa razy w tygodniu.

Dlatego choćby chciało się napisać, że Bayer Leverkusen niczego już nie musiał nikomu udowadniać, bo i tak przeszedł do historii futbolu i wszyscy wiedzą, że jest dobry, choćby chciało się powiedzieć, że nawet najlepszym wyczynowcom może się przytrafić słabszy wieczór i że przegranie jednego meczu w sezonie to i tak rewelacyjny wynik, w tej dżungli tak to nie działa. W niej trzeba coś udowadniać na każdym kroku.

Przegrana w dublińskim finale z Atalantą Bergamo musi więc ożywiać wszystkie nieadekwatne już powiedzonka o Vicekusen, o programowej dla tego klubu nieumiejętności doprowadzania spraw do szczęśliwego końca. Rekordowa seria 51 meczów bez porażki w jeden wieczór w pewnym stopniu przestaje mieć znaczenie, skoro została przerwana akurat w finale i tym samym nie doczekała się zwieńczenia w formie europejskiego trofeum. No i rodzi pytania, czy tego typu passa w ogóle miałaby miejsce, gdyby Bayer grał w tym sezonie nie w Lidze Europy z rywalami pokroju Karabachu, BK Hacken czy Molde, lecz w Lidze Mistrzów, gdzie na drużyny pokroju Atalanty i silniejsze trafiłby znacznie wcześniej niż w finale. To pewnie jest niesprawiedliwe, ale gdy ostatni mecz przegrało się 0:3, w takich właśnie kierunkach zawsze wędruje narracja.

Okrucieństwo najwyższej półki

Xabi Alonso zasady tego światka zna doskonale. Grał w reprezentacji, która musiała zdobyć mistrzostwo świata, by potwierdzić, że mistrzostwo Europy to nie był jednorazowy wyskok. By następnie ponownie zdobyć mistrzostwo Europy i udowodnić, że status faworyta każdego meczu tej drużynie nie ciąży. Tak, jakby każde trofeum z osobna nie było wystarczającym potwierdzeniem, że ktoś jest dobry. I że gdyby się uparł, mógłby już niczego więcej nie udowadniać. Alonso jako piłkarz potrafił jednak potwierdzać klasę za każdym razem. Pewnie dlatego skończył karierę, mając w dorobku mistrzostwo świata, dwa mistrzostwa Europy i dwie Ligi Mistrzów. 20 lat potwierdzania w środy umiejętności z soboty i ze środy w sobotę. W słoneczną niedzielę o 17 i w deszczowe popołudnie w Stoke.

Reklama

Jego piłkarze jeszcze na początku tego sezonu w tym wariactwie nie uczestniczyli. Choć znajdowali się bardzo wysoko w hierarchii światowego futbolu, nie byli na absolutnie najwyższej półce, na której nie ma już żadnego miejsca na błędy czy potknięcia, a powietrze jest najgęstsze. Dotąd, gdy grało się w Bayerze Leverkusen, można było cieszyć się pewnego rodzaju przyzwoleniem na przegrywanie od czasu do czasu. Czwarte miejsce oznaczało dobry sezon. Ćwierćfinał Ligi Europy dobry wynik. Na odpadnięcie w półfinale Pucharu Niemiec nie można było za bardzo narzekać. Zwłaszcza gdy przy tym drużyna grała ciekawy futbol i wypromowała kogoś do drogiego transferu. W tym trybie funkcjonował ten klub, właściwie odkąd 40 lat temu pierwszy raz pojawił się w Bundeslidze.

Alonso z tym zerwał. Mentalność człowieka grającego przez większość życia w Realu Madryt, Liverpoolu i Bayernie Monachium przeniósł na Bayer Leverkusen. Tego typu rzeczy zwykle się już we współczesnym futbolu nie udają, bo zanim ktoś zdoła ją wytworzyć w klubie spoza ścisłej światowej czołówki, albo wyfruwają mu najlepsi piłkarze, albo sam trener rusza w wielki świat. Alonso w trakcie jednego sezonu przeobraził jednak drużynę w taką, której zwycięstwa są przyjmowane nieomal ze wzruszeniem ramion, jak jakiegoś Manchesteru City czy Bayernu. O, Bayer Leverkusen znowu wygrał. O, znowu strzelił dwa gole po 85. minucie. O, już jest w kolejnej rundzie, o, jeszcze powiększył przewagę nad rywalami. Jeszcze tylko siedem, jeszcze, trzy, jeszcze dwa mecze i przebrnie przez cały sezon bez porażki. Skoro w ciągu trzech dni ma do rozegrania dwa finały, jedyne pytanie brzmiało, w jaki sposób je wygra. Urywając się ze stryczka równo z ostatnim gwizdkiem, czy po meczu zupełnie bez historii?

Bezduszna retoryka

Ta przemiana statusu Bayeru Leverkusen, która stopniowo dokonywała się w ostatnich miesiącach, wraz z kolejnymi zwycięstwami, nie pozwala, przynajmniej na razie, wrócić do punktu wyjścia. Potraktować mistrza Niemiec jako drużynę, która pokonała fantastyczną drogę, ale nie opanowała jeszcze trudnej sztuki wygrywania finałów, a nie jako absolutnego faworyta, hegemona, potentata, który kompletnie nie był sobą i zasługuje na wszelkie chłosty, bo przecież od takiej drużyny trzeba wymagać więcej, niż zaprezentowała. Po takim meczu mówi się w mediach, że „Bayer Leverkusen przegrał”. Analizuje się dlaczego. Czy Xabi Alonso jeszcze nie dorósł do wielkich starć w Europie? Czy przekombinował ze składem? Czy Florian Wirtz jest przereklamowany? Czy te wszystkie pochwały, które na tę drużynę spłynęły w ostatnich miesiącach, były przesadzone?

Dość. Być może to retoryka, do której musi przywyknąć ktoś, kto chce funkcjonować jako sportowiec na absolutnie najwyższym poziomie. Być może musi do niej przywyknąć ktoś, kto funkcjonuje w aktualnej przestrzeni medialnej, gdzie drogę od bohatera do zera i z powrotem pokonuje się czasem dwa razy w tygodniu. Ale ani jedno, ani drugie nie jest zgodne z duchem gry. Nie rozumie sportu. Nie czuje, że to nie o Bayer Leverkusen i jego serię teraz tu idzie. Bayer był prawdopodobnie głównym powodem, dla którego większość widzów na świecie włączała w środowy wieczór finał Ligi Europy. Ale to telewizja na żywo, plany się zmieniają. Włączaliśmy dla Bayeru, ale oglądaliśmy dla Atalanty Bergamo. To ona w takim dniu stała się najważniejszym tematem. Nie chodzi więc wcale o to, że Bayer Leverkusen przegrał. Chodzi o to, że Atalanta wygrała.

Kiedy poprzednia wielka ekipa klubu sławiącego koncern farmaceutyczny dotarła do finału europejskiego pucharu, w pogoni za marzeniem musiała uklęknąć przed momentem magii, który znienacka stanął jej na drodze. Wolej Zinedine’a Zidane’a nie był jedynym golem tamtego meczu ani o niczym jeszcze nie przesądzał, ale jest jedynym, o czym pamięta się po 22 latach od tamtego starcia w Glasgow. Tamto trafienie było arcydziełem, do dziś pozostaje jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek strzelono w finałach Ligi Mistrzów.

Reklama

Arcydzieło pracy zbiorowej

Arcydziełem, ale zupełnie innego gatunku, było to, co tym razem stanęło na drodze zawodników Bayeru. Musieli uklęknąć nie przed iluminacją, donicą spadającą z balkonu, lecz przed trwającym półtorej godziny arcydziełem pracy zbiorowej. Nie da się rozegrać finału wiele lepiej, niż zrobiła to drużyna Giana Piera Gasperiniego. A to, że rozegrała go akurat na tle zespołu, na który miesiącami nikt nie mógł znaleźć sposobu, tylko potęguje wszelkie zachwyty.

Pierwszy europejski triumf Atalanty, pierwsze w ogóle trofeum dla tego klubu od ponad sześćdziesięciu lat, to sama w sobie historia na tyle duża, że aż szkoda, że nie mogły zrealizować się obie jednocześnie: o Bayerze rozgrywającym sezon bez porażki, i o Atalancie wieńczącej Ligą Europy wszystkie lata, kiedy się nią zachwycano. Bo o ile w futbolu Alonso Europa zakochała się przed chwilą, o tyle Gasperini już w tym miejscu był, i to kilkakrotnie. Atalanta od dobrych kilku lat jest synonimem futbolu pięknego, odważnego, nowoczesnego. Zmieniali się wykonawcy, odchodziły gwiazdy i rodziły się nowe, uciekały szanse i przychodziły kolejne. 66-letni trener, zanim La Dea osiągnęła iDEAł, dłubał nad swym dziełem długie osiem lat. Przegrywał trzy finały Pucharu Włoch. Przełykał utratę dwóch goli w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z PSG w doliczonym czasie gry. Gdyby w futbolu za zasługi coś dało się kupić, można by powiedzieć, że zasłużył na ten sukces tym, jak wiele razy był blisko i jak długo na niego pracował.

Nigdy w futbolu sytuacja, w której dla jednej z drużyn finał ma stanowić tylko formalność, przypieczętowanie czegoś, co wszyscy od dawna wiedzą, nie jest wdzięczna. Wykładało się na niej wielu faworytów. Takimi przypadkami usłana jest historia futbolu. Od Brazylii z Urugwajem na Maracanie w 1950 roku, przez Węgry z Niemcami na Wankstadionie cztery lata później, przez Holandię Cruyffa, Brazylię Ronaldo, Portugalię z Grecją w 2004 i Francję z Portugalią w 2016 po, by zejść na ziemię, Pogoń Szczecin z Wisłą Kraków w niedawnym Pucharze Polski. Naturalny punkt wyjścia dla finału, czyli 50 na 50, jest dla wszystkich wygodniejszy. Sytuacja, w której ktoś jest koronowany jeszcze zanim wszedł na boisko, sprawia, że ten drugi nagle gra całkowicie bez presji. Cieszy się atmosferą wydarzenia. Chłonie moment. Przesiąka chwilą, podczas gdy tamci toczą trudną walkę z własnymi nerwami.

Różnica w podejściu

Choć międzynarodowe statusy Atalanty i Bayeru nie różnią się na tyle, by występowała tutaj wyraźna dysproporcja, przebieg ich sezonów sprawił, że Włosi mogli przystępować do tego meczu, mogąc tylko wygrać. Nie trzymali się kurczowo własnego pola karnego, bo i po co, skoro na co dzień tego nie robią. Nie rezygnowali z charakterystycznej dla nich gry jeden na jednego na całym boisku. A im bardziej widzieli, że rywal nie ma na to żadnych rozwiązań, tym bardziej jeden z drugim wzajemnie się napędzali, tworząc tego wieczoru wrażenie zespołu, do którego skóry nie da się w żaden sposób dobrać.

Nie dość, że Bayer, taka ofensywna machina, nie strzelił w tym finale gola. On na dobrą sprawę nie miał sytuacji, pomijając może nieudaną próbę lobu Grimaldo z pierwszej połowy. To był defensywny majstersztyk bez defensywnego grania, jakiegoś murowania pola karnego, kunktatorstwa. To był mecz pokazujący, ile piękna jest w bronieniu z dala od własnej bramki. Można by powiedzieć, że to gotowy przepis na Bayer Leverkusen dla kolejnych rywali, gdyby nie to, że powtórzyć grę na takim poziomie mogą tylko drużyny same prezentujące znakomity poziom.

O tym, co udało się osiągnąć Bayerowi w tym sezonie, świadczy to, że – mimo iż dla Atalanty był tylko tłem, a jego zawodnikom piłka plątała się pod nogami – bardzo długo trzeba było zachowywać daleko idącą ostrożność w prognozach. Każdy musiał mieć z tyłu głowy, że mecz nagle może się diametralnie odmienić. Że w każdej chwili Bayer nagle może ruszyć. Że siedemnaście goli w tym sezonie strzelił w doliczonym czasie gry i wychodził już z wielu tarapatów. Że jego piłkarze wyrobili w sobie niezłomną wiarę, iż mecz kończy się dopiero wtedy, gdy przynajmniej remisują. Przy zwyczajnym zespole, widząc, jak jest tłamszony, wcześniej można by machnąć ręką i stwierdzić kategorycznie, że nic się tutaj już nie wydarzy. Przy tak nadzwyczajnym dopiero trzeci gol Ademoli Lookmana zaczął nieśmiało sugerować, że tego dnia Atalanta jest po prostu zbyt silna.

Właśnie w dniu finału 70. urodziny obchodził Bum-Kun Cha. Napastnik, który strzelił gola na 3:0 dla Bayeru w rewanżowym meczu finału Pucharu UEFA w 1988 roku. Jego gol doprowadził serii rzutów karnych, którą udało się wygrać. Wówczas o zwycięstwie w tych rozgrywkach decydował dwumecz. Po laniu od Espanyolu Barcelona w Hiszpanii Bayer u siebie zdołał się jeszcze podnieść. Można było przypuszczać, że trzydzieści sześć lat po tamtych wydarzeniach Leverkusen doczeka się nowych bohaterów w skali europejskiej. Że nazwiska Frimponga, Xhaki, Taha czy Hincapiego wryją się w skały na tyle, że za trzydzieści sześć lat to ich 70. urodziny będzie się wspominać. Wciąż jednak to drużyna Bum-Kun Cha, Andrzeja Buncola, Falko Goetza czy Ruedigera Vollborna pozostaje jedyną zwycięską na arenie europejskiej w historii Bayeru Leverkusen. Nie wszystkie wyczyny z przeszłości udało się ekipie Alonso przykryć.

Nieskończona robota Alonso

Być może także to miał na myśli młody trener, rozgrywający – nigdy dość przypominania – pierwszy pełny sezon w seniorskim futbolu, gdy szokował świat futbolu, ogłaszając, że zostanie w Leverkusen na kolejne rozgrywki, bo ma tam jeszcze wiele do zrobienia. Być może pewne lekcje, bezcenne doświadczenia wolał zebrać jeszcze w Bayerze. Jako że doskonale zna zasady tego światka, sam najlepiej wie, że nawet rozegranie perfekcyjnego sezonu, z trzema trofeami i ani jednej porażki, nie czyniłoby z niego kompletnego trenera.

Zaczęłyby się nowe rozgrywki, a wraz z nimi kolejne pytania, wątpliwości i wyzwania. Czy Alonso zdoła wkomponować do mistrzowskiego zespołu nowe postaci? Czy poradzi sobie z gigantami Ligi Mistrzów? Czy udźwignie status mistrza Niemiec i obrońcy tytułu? Jak zareaguje na nieuniknione prędzej czy później objawy zmęczenia, rozprężenia albo gwiazdorzenia w swoim zespole? Czyli jak poradzi sobie z problemami, którym Gasperini imponująco od ośmiu lat stawia czoła w Atalancie? Futbol na najwyższym poziomie wykazuje się krótką pamięcią. Osiągnięcia z wczoraj szybko przestają mieć znaczenie, jeśli nie współgrają z dzisiejszymi wynikami. Złe rezultaty dzisiaj potrafią wstecznie zrelatywizować wcześniejsze sukcesy. Jesteś w końcu tak dobry, jak twój ostatni mecz. Czyli co trzy dni musisz potwierdzać, że jesteś dobry.

Jest jednak jeszcze jeden frazes, którego trenerzy i piłkarze aktualnie trochę boją się używać, by nie zostać oskarżonym o bezradność. My, przyglądający się wszystkiemu z boku, częściej powinniśmy o nim pamiętać, częściej przyznawać mu rację, pozwalać wybrzmieć. O tym, że są tak dobrzy, jak ich ostatni mecz, niech sobie mówią sportowcy, z ich mentalnością nastawioną na ciągłą rywalizację, trenerzy dbający o ciągłą koncentrację u zawodników, kibice, którym ciągle mało wygrywania, czy media, które po każdej porażce chciałyby widzieć krach, klęskę, koniec, upadek, a po każdym zwycięstwie triumf, wzlot, potęgę i chwałę. Mnie po tym finale brzęczy jednak w głowie zdanie „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Choćby nie wiadomo, jak było się dobrym, zawsze po drugiej stronie można spotkać kogoś lepszego. Bayer Leverkusen nie jest tak dobry, jak jego ostatni mecz. Bayer Leverkusen w finale grał tak, jak przeciwnik pozwolił.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Fot. Newspix

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Felietony i blogi

Komentarze

18 komentarzy

Loading...