Reklama

Halowe mistrzostwa świata, czyli czy jest się czym emocjonować?

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

29 lutego 2024, 18:13 • 11 min czytania 5 komentarzy

Mistrzostwa, w dodatku świata. Prestiż więc jest. Z drugiej strony, wiele gwiazd tę akurat – zwłaszcza w 2024 roku – imprezę omija. Co zresztą nie może dziwić, biorąc pod uwagę natężenie innych zawodów, jakie oglądać będziemy w najbliższych miesiącach. Czy więc przy okazji startujących jutro HMŚ fani mają się czym emocjonować? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

Halowe mistrzostwa świata, czyli czy jest się czym emocjonować?

Hala, czyli rywalizacja nieco wybrakowana

Nie ulega wątpliwości, że rywalizacja w hali nie cierpi na nadmiar wielkich gwiazd. Wielu lekkoatletów ze światowej czołówki po prostu ją sobie odpuszcza, inni startują oszczędnie, traktując to po części jako trening. Tak jest zresztą od zawsze, to nie nowość. Sytuacja jednak potęguje się niezmiennie w roku igrzysk olimpijskich.

Czyli w tym sezonie.

– Faktycznie tak jest, zwłaszcza w krajach leżących poza Europą. Na Starym Kontynencie to jednak ważny moment sezonu, ale w wielu miejscach na świecie traktuję się halę po macoszemu. Na pewno nie jest to najważniejsza impreza roku – mówi Tomasz Spodenkiewicz, statystyk lekkoatletyczny, prowadzący konto Athletic News na X (Twitterze). Dodaje też, że powodów w tym roku jest jednak więcej:

Reklama

– Moim zdaniem World Athletics strzeliło sobie po części w stopę, ustalając termin kwalifikacji olimpijskich w sztafetach, czyli World Athletics Relays na Bahamach, na początek maja. Tam na każdym dystansie sztafetowym jest do wywalczenia 14 z 16 miejsc na igrzyska, co powoduje, że właściwie trzeba tam startować w mocnych składach.

Nawarstwienie startów jest więc ogromne, a przygotowanie kilku szczytów formy – właściwie niemożliwe. Dla osób ze Starego Kontynentu, które są ważnymi ogniwami sztafet, a przy okazji chciałyby też wystartować na innych imprezach, takie szczyty byłyby potrzebne cztery – na halowe MŚ, World Relays, czerwcowe mistrzostwa Europy na stadionie i w końcu same igrzyska w Paryżu.

– Trudno być w formie przez cały czas, a tym bardziej w marcu. Faktycznie jest tak, że wielu zawodników tę halę odpuszcza. Widzimy to nawet po Polakach. Natalia Kaczmarek nie zdecydowała się na starty w hali, nawet na niej nie trenowała, co w polskiej lekkiej atletyce jest ewenementem. Część zawodników startowała, ale symbolicznie. Z drugiej strony dla części sportowców absencje innych są szansami na medale – twierdzi Spodenkiewicz.

– Nie da się tego wszystkiego pogodzić. Nawet idąc treningiem startowym i występując wszędzie, w końcu coś trzeba wybrać. Ten wybór jest naturalny, są nim igrzyska olimpijskie. Ale dla trochę słabszych zawodników celem mogą być mistrzostwa Europy, bo dobry występ w Rzymie może dać im dopiero przepustkę do Paryża. Ten sezon to będzie ciągła walka o kwalifikacje olimpijskie i punkty w rankingach – dodawał w rozmowie z nami Tomasz Majewski, wiceprezes PZLA, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą.

CZYTAJ TEŻ: TOMASZ MAJEWSKI: HMŚ TO TRUDNA IMPREZA, SZCZEGÓLNIE W ROKU OLIMPIJSKIM [ROZMOWA]

Reklama

Oczywiście, wiele zależy od konkurencji. Te biegowe to chyba najbardziej jaskrawy przykład, zresztą tu dochodzi jeszcze jeden czynnik, mianowicie w hali – gdy biega się kółka – często łatwiej o urazy. Nie u wszystkich działa to w ten sposób, ale część zawodników i zawodniczek tak już ma, że pod dachem łapie choćby „mięśniówki”. A w roku olimpijskim wszystko musi przebiegać idealnie, pod kątem konkretnego startu, tego najważniejszego. Stąd w konkurencjach biegowych, dłuższych niż 60 metrów, konkurencja w hali bywa stosunkowo niewielka.

I to mimo tego, że w teorii minima na HMŚ są bardzo wyśrubowane, co Majewski tłumaczył tak:

– Wszystko wynika stąd, że podczas halowych mistrzostw świata mamy mieć krótsze konkurencje i węższe limity zawodników. W konkurencjach technicznych na igrzyskach są to 32 osoby. Tutaj na przykład w skoku o tyczce jest 12, więc praktycznie od razu mamy stawkę jak z finału. Ale to ma być krótka, kompaktowa impreza. Mają odbyć się dwie rundy biegów, wszystko podane w pigułce tak, żeby widz się cieszył, a nie czekał kilka dni na najważniejsze rozstrzygnięcia. Stąd te wysokie wymagania. Taki też jest trend w World Athletics, aby one były wysokie po to, by większość sportowców kwalifikowała się z rankingu. Takie rozwiązanie zmusza lekkoatletów do częstego startowania na dobrych mityngach.

Z drugiej strony tworzy to paradoksy, o czym z kolei mówi Spodenkiewicz:

– Weźmy pchnięcie kulą. Michał Haratyk jest tam zawodnikiem drugiej dziesiątki na świecie, a miejsc startowych w Glasgow jest mało i mało też było wycofań, to on się nie zakwalifikował. Ale w konkurencjach biegowych było bardzo łatwo, zwłaszcza w tych krótszych. Na 400 metrów zawodników brano momentami wręcz z łapanki, właściwie wszyscy Polacy klasyfikowani w rankingach mieli możliwość startów, ale polski związek nie zdecydował się ich wystawiać, skupiając się – chyba słusznie, bo tam jest szansa na przyzwoite miejsca – na sztafetach. Ta dysproporcja jest ogromna, wycofań na 400 metrów było chyba ponad sto. A w konkurencjach technicznych mało. Wydaje się to trochę nieuczciwe wobec sportowców, że w niektórych konkurencjach miejsc startowych jest 40, w innych 12. Skoro to impreza mistrzowska, to może jednak przydałoby się większe grono, które miałoby prawo startu.

ZWROT 50% DO 500 zł – BEZ OBROTU W FUKSIARZ.PL!

I tak to się kręci, jedni mają lepiej, drudzy gorzej, a hala… chyba mimo wszystko na tym cierpi. Ale skoro już jesteśmy przy tym, kto wystartuje, to powiedzmy sobie jedno – że emocjonować się i tak będzie czym.

Emocje i rekordy

Jak wspomniał Spodenkiewicz, w konkurencjach technicznych wystartuje całkiem niezłe towarzystwo. Właściwie we wszystkich skokach i pchnięciu kulą możemy liczyć na naprawdę dobre rezultaty i wyrównaną rywalizację. Ba, w dwóch z nich śmiało możemy oczekiwać rekordów świata.

– Zacząłbym od skoku o tyczce mężczyzn, bo Armand Duplantis niedawno atakował 6,24 m i zabrakło mu niewiele. W Glasgow może mu się powieść. Bardzo prawdopodobny wydaje mi się halowy rekord świata w pchnięciu kulą, bo tam też nie jest wyśrubowany. Ryan Crouser miał już wyniki lepsze niż 22.82 m, ale też z przyczyn technicznych nie były uznane w ogóle jako dobrze zmierzone pchnięcia. A ponieważ na stadionie regularnie pcha powyżej 23 metrów, może czas, by dokonał tego w hali – mówi Spodenkiewicz.

Faktycznie, ta dwójka regularnie bije historyczne rezultaty. Crouser rekordy świata na stadionie ustanawiał już kilkukrotnie. Duplantis absolutny rekord w skoku o tyczce przeniósł już z wysokości z 6,16 m na 6,23 m. A pamiętajmy, że on robi to po centymetrze. Crouser przerzucał czasem rekordowe rezultaty z solidnym „naddatkiem”. Jego najlepszy wynik w karierze, 23,56 m, jest z zeszłego roku, z maja. W hali jednak rekordu nie pobił od 2021 roku, czyli… sezonu olimpijskiego.

Historia może się więc powtórzyć.

Kto jeszcze może powalczyć o rekordowe rezultaty? Z pewnością Femke Bol. Holenderka już raz w tym sezonie pobiła (zresztą własny) halowy rekord świata na 400 metrów, nie trzeba więc nikogo przekonywać, że może to zrobić ponownie. Teoretycznie można by takiego rezultatu oczekiwać też po bardzo mocnej sztafecie Holandii, ale Spodenkiewicz tłumaczy, czemu wydaje się to mało prawdopodobne.

– W przypadku Femke nieco można obawiać o program zawodów, bo te potrwają trzy dni, a Bol będzie mieć dużo biegów. Gdyby to nie był trzydniowy program z eliminacjami, to można by sobie wyobrazić, że Holenderki biją rekord świata w sztafecie, suma czasów ich najlepszych biegaczek na papierze daje na to szansę. Myślę jednak, że zmęczenie eliminacjami i wszelkimi biegami to uniemożliwi.

Jest też pewien paradoks – bo o ile narzekamy na obsadę męskich 400 metrów i to, jak dużo było wycofań, to… tam też może paść rekord świata. Na tym dystansie wystartuje bowiem fenomenalny Karsten Warholm, znany oczywiście głównie z biegów przez płotki, ale i na płaskiej czterysetce piekielnie szybki.

Mało się o tym potencjalnym rekordzie mówi, a skoro zdecydował się na start w Glasgow, to chyba nie po to, by pobiec tam przeciętnie. Ten rekord w dodatku jest do pobicia, co pokazały nam wyniki z ostatnich dni, gdy niespodziewanie lepiej od rekordu pobiegł młody Kanadyjczyk, Christopher Morales-Williams. Rekordzistą jednak nie zostanie, bo aparatura nie była przystosowana do mierzenia falstartu. Wynik trafi do tabel, jest oficjalny, ale rekordem nie zostanie. Więc ten rekord jest absolutnie w zasięgu czołowych czterystumetrowców – twierdzi Spodenkiewicz.

Ogółem w tym sezonie rekordy świata padły już zresztą w czterech konkurencjach (w jednej nawet najpierw został ustanowiony, a potem wyrównany), do tego jest też kilka innych, w których mogą być one zagrożone – jak tyczka, kula, 400 metrów mężczyzn czy choćby skok wzwyż kobiet, choć tam potrzebny byłby idealny skok na przykład Jarosławy Mahuczich. Czy jednak cztery rekordy w sezonie halowym to dużo?

To w miarę normalna liczba, ale można liczyć, że się powiększy. Bardzo bym się zdziwił, gdybyśmy się na tej czwórce zatrzymali. Pamiętajmy, że to jeszcze nie koniec sezonu halowego. Glasgow nie będzie jego zwieńczeniem. W zeszłym roku najlepszą imprezą sezonu halowego pod względem poziomu wyników według World Athletics były halowe mistrzostwa NCAA, nie jest wykluczone, że w tym roku też będą stać na bardzo wysokim poziomie [rozpoczynają się 8 marca – przyp. red.]. Często startują tam zawodnicy, którzy są na dorobku, studiują w Stanach, jak wspominany Kanadyjczyk, który pobiegł lepiej od rekordu świata. Więc gdyby nadal był w formie, to ten legalny rekord może paść właśnie na mistrzostwach NCAA. O ile wcześniej nie wyśrubuje go Karsten Warholm.

Tak więc trzymajcie się mocno, bo sezon halowy rozpędzał się, by w ostatnich tygodniach mknąć bardzo szybko. A najszybciej tam, gdzie po drodze są płotki.

Płotki ponad wszystkim

Nie ma w tym sezonie halowym ciekawszej konkurencji niż biegi na 60 metrów przez płotki. I u kobiet, i u mężczyzn padły już rekordy świata. W dodatku w obu mamy też swoich przedstawicieli, którzy marzą o medalach – ale o tym więcej piszemy w tym miejscu. W każdym razie – biegi z płotkami w hali powinny rozgrzać fanów.

U mężczyzn głównie za sprawą jednego człowieka. Zwie się Grant Holloway i jest absolutnym fenomenem.

– Holloway jest we własnej lidze, to fenomen na skalę historii lekkiej atletyki. On jest niepokonany w hali w całej swojej karierze! Nie chcę być pesymistą, ale uważam, że dopóki nie popełni dużego błędu, to nie da się go pokonać. Błędy mu się właściwie nie zdarzają, a nawet jak się zdarzy, to i tak biegnie 7.39 s, reszta za nim nie nadąży. Technicznie nie jest może najlepszy, ale jego anatomia jest taka, jakby ktoś go stworzył do biegania przez płotki – ma bardzo długie nogi i krótki tułów. On nie jest dużo wyższy ode mnie, a nogi ma pewnie o 10 centymetrów dłuższe od moich. Poziom bioder w trakcie biegu jest u niego w linii, my musimy nieco skakać góra-dół – mówił Krzysztof Kiljan, jeden z naszych płotkarzy.

Holloway faktycznie nie przegrał jeszcze w karierze w hali, a startował na niej… około 60 razy. Jego rekord świata z tego sezonu wynosi 7.27 s, poza tym pobiegł jeszcze dwukrotnie 7.29 s. Nikt inny w całej historii tego dystansu nie zszedł poniżej 7.30 s – dokładnie tyle wynosił poprzedni rekord świata, autorstwa Colina Jacksona, z 1994 roku. Z kolejnych dziesięciu najlepszych czasów w dziejach, osiem należy do Hollowaya.

– To ikona płotków. Ja się cieszę, że jestem tak młody i może zbliżę się do tego niemożliwego poziomu. W hali jest nie do pokonania, ma idealne warunki na takie biegi. Ale na stadionie przez to, że ma tak długie nogi, po piątym płotku dzieją się różne rzeczy. On się niekoniecznie mieści w tych rozstawach, które inni normalnie biegają. Na halę jednak jest stworzony – dodaje Jakub Szymański, czyli jedna z naszych medalowych nadziei na HMŚ, który mówił też, że marzy nie o tym, by Hollowaya pokonać, a żeby móc… przegrać z nim o mniej niż jedną dziesiątą.

I to pokazuje, jak bardzo Amerykanin odskoczył reszcie stawki. W kobiecych płotkach też padały rekordy świata, ale stawka tam jest nieco bardziej wyrównana, a przy okazji HMŚ – przetrzebiona.

– Z dziewięciu najlepszych zawodniczek tego sezonu, na mistrzostwach będą cztery, ale jest wśród nich Devynne Charlton z Bahamów, czyli rekordzistka świata [7.67 s]. Startuje też Pia Skrzyszowska z medalowymi aspiracjami. Nieco szkoda, że tak powypadały niektóre rywalki. Tia Jones [współrekordzistka świata – przyp. red.] nie wystartuje z powodu kontuzji, nie ma Tobi Amusan [rekordzistka świata na stadionie – przyp. red.] czy zawodniczek z NCAA. Mogłaby być mocniejsza stawka, ale Bahamka jest w formie, ostatnio zabrakło jej setnej sekundy, żeby wyrównać swój własny rekord. W walce o złoto pewnie jest przed resztą grupy, ale na pewno będzie to konkurencja interesująca. Zresztą uważam, że ten halowy rekord świata nie jest jeszcze aż tak bardzo wyśrubowany i jeśli nie w Glasgow, to w kolejnym sezonie powinno się go udać pobić – mówi Spodenkiewicz.

Tak więc na płotki polecamy uważać w trakcie mistrzostw szczególnie. Bo powinny przynieść wielkie emocje i to z Polakami w obsadzie. A abstrahując już od medalowych szans czy pogoni za rekordami, to czy mistrzostwa mogą nam dać coś jeszcze?

Kwestia igrzysk

W teorii tak. Halowe MŚ liczą się w końcu do rankingów olimpijskich, dobre miejsca mogą pomóc części zawodników zapunktować, ale… nie będzie o to łatwo. Jak już mówiliśmy – minima w niektórych konkurencjach są wyśrubowane, tam właściwie wszyscy albo już mają, albo zapewnią sobie bez większego problemu w najbliższych tygodniach kwalifikację olimpijską. Nie mają więc potrzeby myśleć o rankingu.

Prawda ogółem leży więc pośrodku.

– Dokładnie, trzeba pamiętać o tym, że wiele osób ma kwalifikację do igrzysk na podstawie minimum, a dopiero potem zostają wolne miejsca (lub, jak w maratonie pań, tych miejsc tak naprawdę nie ma) dla pozostałych. A że dużo osób w Glasgow te minima ma, to mistrzostwa w tym kontekście nie mają aż takiego znaczenia. Choć gdy spojrzymy na reprezentantów Polski, to tacy mniej znani, jak Weronika Nagięć na 60 metrów przez płotki, mogą zyskać. Do tego trzeba jednak zająć przyzwoite miejsce, bo punktowana jest tylko pierwsza „12”. Nie jest to więc kluczowa impreza w tym kontekście.

Innymi słowy – trzeba trzymać kciuki, by dobrze zaprezentowali się ci Polacy, którym punkty w rankingu mogą pomóc. Ogółem jednak w walce o igrzyska HMŚ będą mieć znacznie mniejsze znaczenie niż mityngi na stadionie czy też czerwcowe mistrzostwa Europy. Stąd pod tym względem, a nierzadko i pod kątem obsady, to zawody mniej prestiżowe.

Możemy jednak skończyć ten tekst podobnie, jak go zaczęliśmy. To wciąż mistrzostwa. Do tego świata. A medal MŚ, nawet pod dachem, to coś, o co warto powalczyć.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
2
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Lekkoatletyka

Polecane

Niestety, to koniec. Polscy hokeiści przegrali z Kazachstanem i spadli z Elity

Sebastian Warzecha
6
Niestety, to koniec. Polscy hokeiści przegrali z Kazachstanem i spadli z Elity
Polecane

Siatkarki jak walec w Lidze Narodów. Czy można już mówić o szansach na medal olimpijski?

redakcja
6
Siatkarki jak walec w Lidze Narodów. Czy można już mówić o szansach na medal olimpijski?

Komentarze

5 komentarzy

Loading...