Reklama

Trudna sztuka zejścia z piedestału. Jak upadali ligowi dominatorzy?

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

24 lutego 2024, 14:42 • 18 min czytania 7 komentarzy

Cięcia finansowe, śmierć właściciela, chaos na ławce trenerskiej… Różne były powody, dla których najwięksi europejscy dominatorzy ligowych rozgrywek spadali z piedestału. Obecnie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w Bundeslidze zdetronizowany zostanie wkrótce Bayern Monachium, który nieprzerwanie od 2013 roku kończył ligowe zmagania na najwyższym stopniu podium. Ta fenomenalna passa stawia rzecz jasna Bawarczyków w gronie najdłużej panujących hegemonów w ligach Starego Kontynentu. Przyjrzyjmy się zatem, jak wzlatywali i jak upadali inni dominatorzy. Przy zastrzeżeniu, że rozstawiali oni przeciwników po kątach w ligach znacznie słabszych od niemieckiej.

Trudna sztuka zejścia z piedestału. Jak upadali ligowi dominatorzy?

Łotewski hegemon z agentem KGB u steru

Tylko siedmiu europejskim drużynom udało się zatriumfować w najwyższej klasie rozgrywkowej przeszło dziesięć razy z rzędu. Rekord – czternaście kolejnych mistrzowskich tytułów – należy obecnie do dwóch ekip. Jedna z nich to łotewskie Skonto Ryga, którego historia jest dość nietuzinkowa. Klub powstał bowiem w 1991 roku, od razu zatriumfował w łotewskiej ekstraklasie i nie dał się zepchnąć z tronu aż do roku 2005. Przez ten czas przez Skonto przewinęły się największe gwiazdy reprezentacji Łotwy: Marians Pahars, który trafił do Southamptonu; Maris Verpakovskis, bohater eliminacji do Euro 2004; no i chociażby Vitalijs Astafjevs, który rozegrał aż 167 meczów w narodowych barwach, a podczas mistrzostw Europy w Portugalii nosił na ramieniu kapitańską opaskę. Wypada też dodać, że Aleksandrs Starkovs – szkoleniowiec Skonto w latach 1993-2004 – zasiadał również na ławce trenerskiej zespołu narodowego, gdy ten wykręcał historyczne wyniki w walce o awans na Euro 2004. Nie trzeba chyba przypominać, komu Łotysze najmocniej zagrali na nosie w trakcie tej pamiętnej eliminacyjnej kampanii.

Widać zatem wyraźnie, że w łotewskiej piłce lat 90. i początków XXI wieku wszystko kręciło się wokół Skonto.

Architektem sukcesu był niejaki Guntis Indriksons – biznesmen, który doskonale się odnalazł na rynku po upadku Związku Radzieckiego. Klasyczny przykład beneficjenta transformacji ustrojowej, jakich i w Polsce mieliśmy przecież całą masę. Indriksons to jednak przypadek specjalny, ponieważ w latach 80. mężczyzna był bardzo częstym gościem ryskiego oraz moskiewskiego oddziału KGB. Do zadań Indriksonsa należało rozpracowywanie i neutralizacja organizacji podziemnych, marzących o Łotwie wyzwolonej spod sowieckiego panowania. – Był ostatnim oficerem prowadzącym, z jakim miałem do czynienia. To on rekrutował mnie do współpracy z tajnymi służbami. Zrekrutował też jednego z moich kolegów – przyznał Dzintars Kļava, członek jednej ze studenckich grup oporu w latach 80., w programie „Nic osobistego” – Nakładał na mnie presję psychologiczną. Z jednej strony groził brutalnym śledztwem, a z drugiej zapewniał, że państwo mnie potrzebuje – mojego umysłu i moich znajomości. Powiedziałem mu jednak, że nie jestem gotowy, by ze zwierzyny stać się łowcą. Odmówiłem mu.

Indriksons wyśmiewa tę opowieść. – Dzisiaj każdy wielki bohater opozycji opowiada o swojej niezłomności – skwitował. – Sprawę tej organizacji znam słabo, zostałem dołączony do śledztwa dopiero na końcowym etapie, gdy trzeba było uspokoić sytuację. Nie ja ich rozpracowywałem.

Reklama

Tak czy owak – widać wyraźnie, z jakim człowiekiem i biznesmenem mamy tutaj do czynienia.

„Król łotewskiej korupcji piłkarskiej, Oļegs Gavrilovs, dożywotnio wykluczony ze wszystkich aktywności piłkarskich, co piątek jeździł z Indriksonsem na golfa do miejscowości Ugāle. Tam, w domu Viļņisa Baltiņša (były przewodniczący łotewskiego komitetu olimpijskiego), zasiadali w saunie wraz z innymi postaciami ze świata łotewskiej piłki nożnej. Trwało to kilka lat”

„Bałtycki Futbol” w tekście poświęconym Skonto

Indriksons na kilkanaście długich lat niemal całkowicie zawładnął łotewską sceną piłkarską – jego Skonto co sezon miażdżyło ligową konkurencję, oferując zawodnikom zdecydowanie najwyższe wynagrodzenia w kraju, a przy okazji właściciel klubu dochrapał się również stanowiska prezesa federacji piłkarskiej. Wszystkie sznurki znalazły się zatem w jego dłoni, co otworzyło przed nim mnóstwo możliwości. I tak wybuchały na Łotwie kolejne skandale i skandaliki. A to stadion zbudowany na terenach podarowanych przez miasto i za pożyczone pieniądze, które Indriksons zwrócił dopiero po tym jak… sprzedał ten stadion z potężną przebitką. A to obszar, na którym miała powstać baza treningowa Skonto, ale powstało osiedle mieszkaniowe. Do tego mnóstwo pomniejszych kontrowersji, takich jak choćby oferowanie drużynom „premii motywacyjnych” za zwycięstwa w meczach z głównymi ligowymi rywalami Skonto.

O ile jednak w latach 90. Indriksons mógł jeszcze być przez kibiców Skonto postrzegany jako dobrodziej, choć z szemraną przeszłością i zamiłowaniem do kręcenia nieczystych geszeftów na boku, tak w XXI wieku Łotysz zaczął już w sposób dość oczywisty oszczędzać na klubie.

22 lata temu było 0:1 z Łotwą. “Za dużo optymizmu, za mało taktyki”

Jego biznesowa kariera przyhamowała, co poskutkowało bardzo znaczącymi cięciami finansowymi w Skonto. Te z kolei w sposób naturalny przełożyły się na sportowy regres zespołu. Oponenci najzwyczajniej w świecie prześcignęli ryską ekipę – w 2005 roku mistrzowski tytuł padł łupem Liepājasu Metalurgs, co zamknęło okres ligowej hegemonii Skonto. Czternastokrotni mistrzowie kraju zdołali później dołożyć do kolekcji jeszcze tylko jeden złoty medal w sezonie 2010. Sześć lat później Skonto zbankrutowało i zniknęło z piłkarskiej mapy Łotwy, choć najzagorzalsi kibice nieistniejącego formalnie klubu wciąż wierzą w jego reaktywację. Indriksons nie sądzi jednak, by miał się czego wstydzić. – W 1996 roku mieliśmy na Łotwie tysiąc piłkarzy, teraz jest ich kilkanaście razy więcej, a futbol stał się najpopularniejszym sportem w kraju. To moje dziedzictwo jako prezesa federacji i prezesa najbardziej utytułowanego klubu na Łotwie – ocenił po latach.

Reklama

Juris Laizāns to wychowanek Skonto Ryga

Potknięcie norweskiego giganta

Drugim z klubów, który przez czternaście lat z rzędu utrzymywał się na szczycie krajowych rozgrywek, jest gibraltarskie Lincoln Red Imps. Zespół z Victoria Stadium kończył ligowe zmagania na pierwszym miejscu w tabeli w latach 2003-2016. Zresztą po potknięciu w sezonie 2016/17 Red Imps szybko powrócili na krajowy szczyt i zostali mistrzami Gibraltaru także w 2018, 2019, 2021, 2022 i 2023 roku. Z kolei w sezonie 2019/20 nikomu nie przyznano tytułu, ponieważ sezon nie został dokończony z powodu pandemii. Niewiele zatem brakowało, by Red Imps naprawdę mocno wyśrubowali rekord mistrzowskich sezonów z rzędu.

Za plecami Łotyszy i Gibraltarczyków plasuje się z kolei Rosenborg BK, mistrzowie Norwegii w latach 1992-2004. Choć tak naprawdę początek złotej ery w dziejach Rosenborga należy datować raczej na rok 1985, gdy ekipa z Trondheim – po czternastu latach bez ani jednego trofeum na koncie – sięgnęła po upragnione mistrzostwo kraju, pokonując Lillestrøm w ostatniej serii ligowych zmagań i wyprzedzając je ostatecznie w tabeli o jeden punkt. Zwycięstwo miało wyjątkowo słodki smak, ponieważ zostało odniesione na własnym stadionie, na którego trybunach zasiadło tego dnia przeszło 28 tysięcy widzów. To do dziś rekordowa frekwencja na meczu norweskiej ekstraklasy. Trudno było zatem o wyraźniejszy sygnał dla publiczności z Trondheim, że Rosenborg wraca do regularnej gry o najwyższe cele.

Być może jeszcze ważniejszy okazał się jednak dla Rosenborga rok 1988.

Na ławkę trenerską „Troillongan” po raz czwarty trafił wówczas Nils Arne Eggen – charyzmatyczny, złotousty szkoleniowiec, mocno inspirujący się dorobkiem Rinusa Michelsa i zafascynowany ideą „futbolu totalnego”. Mało tego, równolegle Rosenborg zyskał także bardzo znaczące wsparcie ze strony prywatnych inwestorów i w niezwykle szybkim tempie się sprofesjonalizował, pod względem organizacyjnym dystansując głównych ligowych rywali o kilka długości. Przełożyło się to rzecz jasna na rezultaty – w 1988 roku ekipa z Trondheim wywalczyła dublet, w 1990 roku kolejny, a 1992 roku jeszcze jeden. Sezon 1992 zapoczątkował także pełną dominację Rosenborga w Tippeligaen. „Troillongan” kompletnie odjechali konkurencji, często sięgając po mistrzostwo z kilkunastopunktową przewagą nad peletonem. W drugiej połowie lat 90. podopiecznym Eggena udało się zresztą również mocniej zaznaczyć swoją obecność w europejskich pucharach. Rosenborg stał się bowiem stałym bywalcem fazy grupowej Ligi Mistrzów, a w sezonie 1996/97 dotarł nawet do ćwierćfinału najważniejszych rozgrywek Starego Kontynentu.

„Muszę to oddać Realowi Madryt – przynajmniej próbowali z nami wygrać”

Nils Arne Eggen po pokonaniu „Królewskich” 2:0

Oczywiście na Lerkendal Stadion nie brakowało również zawirowań. Eggen często popadał w konflikty z zawodnikami, którym nie zawsze odpowiadał cięty język szkoleniowca i jego niestandardowe metody treningowe. Norwega regularnie krytykowała także prasa, której z kolei nie pasował nacisk Eggena na ofensywę. Wielu ekspertów przekonywało, że to w gruncie rzeczy naiwna i łatwa do rozszyfrowania strategia, prowadząca drużynę donikąd. Dopiero europejskie sukcesy skutecznie pozamykały usta krytykom. Inna sprawa, że sam Eggen czynnie uczestniczył w medialnych wojenkach. – Gratulerer, rævva-fotball! – wypalił pod adresem Åge Hareide, gdy prowadzone przez tego drugiego Molde wyeliminowało Rosenborg z Pucharu Norwegii. Termin „rævva-fotball” zrobił w prasie furorę i szybko trafił do słownika norweskich powiedzonek piłkarskich. Oznacza on w wolnym tłumaczeniu: „ośli” lub „dupny” futbol.

Słynne cytaty Eggena można zresztą mnożyć. – Myślę, że więcej ludzi umiera ze zmartwienia o palaczy niż od palenia papierosów – stwierdził, gdy potępiano jego skłonność do popalania podczas meczów. – Jeśli miałby trafić do Norwegii, to lepiej do klubu położonego bliżej ośrodka leczenia uzależnień – skomentował plotki transferowe, jakoby Rosenborg planował zatrudnienie Paula Gascoigne’a. – Nie podoba im się, że trenują od południa? Ja trenuję od 1960 roku! – wykrzyczał, kiedy do dziennikarzy przeciekły pogłoski o buncie jego podopiecznych, którzy nie chcieli uczestniczyć w wydłużonych sesjach treningowych.

Koniec końców Norweg ustąpił ze stanowiska w 2002 roku, po wywalczeniu jedenastego mistrzostwa kraju z rzędu.

“Zabójca o twarzy dziecka” w Molde – Ole Gunnar Solskjaer zaczyna wspinaczkę na szczyt

Co ciekawe, w jego miejsce działacze zatrudnili szkoleniowca, z którym Eggen przez lata ostro rywalizował – wspomnianego już Åge Hareide. Ten drugi w 1999 roku sięgnął po mistrzostwo Szwecji z Helsingborgsem, a niedługo potem zdobył krajowy tytuł w Danii, prowadząc Brøndby. Wydawał się zatem najwłaściwszym kandydatem do przejęcia sterów w Rosenborgu. I rzeczywiście, „Troillongan” pod wodzą Hareide ponownie pozamiatali krajowe podwórko. Tylko że wkrótce po 50-latka zgłosiła się norweska federacja, no i Hareide natychmiast popędził, by wyciągać z dołka drużynę narodową. W Trondheim zrobiło się zamieszanie – siłą rozpędu Rosenborg w 2004 roku również uplasował się na najwyższym stopniu podium Tippeligaen, ale w kolejnej kampanii hegemon wreszcie się potknął. Per Joar Hansen, któremu powierzono misję przebudowania zespołu, skapitulował i podał się do dymisji jeszcze w trakcie sezonu. – Klub znalazł się w całkowitej zapaści. Brakowało nam wszystkiego – entuzjazmu, woli walki. Tego, co w futbolu najważniejsze. Przegrywaliśmy w żałosny sposób – przyznał Hansen.

Kryzys Rosenborga nie trwał długo. Już w 2006 roku mistrzostwo ponownie trafiło na Lerkendal Stadion, a choćby w latach 2015-2018 „Troillongan” zdobyli aż cztery tytuły z rzędu. Nigdy więcej nie udało im się jednak osiągnąć na krajowej i europejskiej scenie równie mocnej pozycji, jak na przełomie wieków.

sztab szkoleniowy Rosenborga przed meczem z Legią w Lidze Mistrzów

Jak to się robi na Białorusi?

Trzynaście lat (2006-2018) trwała natomiast dominacja BATE Borysów w lidze białoruskiej.

Pisaliśmy na Weszło: „1995 rok, Borysów. W prowincjonalnym mieście futbol nie istnieje, odkąd w 1981 roku z piłkarskiej mapy zniknęło BATE. Anatolij Kapski jest jedną z głów fabryki Borisovskiy Zavod Avtotraktornogo Elektrooborudovaniya, produkującej części do traktorów. Juryj Puntus pracuje jako asystent w malowniczo nazywającym się rosyjskim klubie Rybak Starodupskoje. Wiktor Gonczarenko jest zaś juniorem, a zarazem potem zostaje studentem. Niedługo życie ich wszystkich zmieni BATE. Podnoszące się z popiołów i wjeżdżające na poziom, jakiego białoruska piłka nigdy wcześniej nie zasmakowała. […] Zbudować w takiej dziurze poważny klub, grający regularnie w Lidze Mistrzów, przywożący skalpy z prestiżowych stadionów, to cud. Cud wielokrotny, cud rozciągnięty w czasie. Tak należy określić budowę trwałych fundamentów silnego piłkarskiego klubu na piasku i błocie. Na rodzimych piłkarzach, choć Białoruś, w przeciwieństwie do chociażby Chorwacji, z seryjnego wypuszczania supertalentów nie słynie. Na rodzimych pieniądzach, choć tutejszy przemysł światowej gospodarki nie podbija”.

Droga od niebytu do Ligi Mistrzów. Jak to się robi w Borysowie

I faktycznie, BATE rozwinęło skrzydła w sposób spektakularny. Wskrzeszony w 1996 roku klub szybciutko wskoczył bowiem na najwyższy szczebel rozgrywek, gdzie na przełomie wieków nie występował żaden zespół wyraźnie wybijający się ponad ogólną mizerię. Po rozpadzie Związku Radzieckiego białoruską ekstraklasę zdominowało wprawdzie tradycyjnie mocne Dynamo Mińsk, ale seryjne sukcesy „biało-niebieskich” wynikały głównie z tego, że konkurencja kompletnie wówczas raczkowała. Szybko się jednak okazało, że nietrudno można stołeczną ekipę zdetronizować. W efekcie mistrzowskie tytuły zaczęły zgarniać takie zespoły, jak choćby Dniapro-Transmasz Mohylew, Sławija Mozyrz, Biełszyna Bobrujsk czy FK Homel. Dla BATE była to wprost wymarzona sytuacja – klub Anatolija Kapskiego nie musiał się mierzyć z żadnym naprawdę potężnym oponentem, więc – dzięki przemyślanej organizacji – z miejsca wyrósł w lidze na najsilniejszego wśród równych.

Pod wodzą Juryja Puntusa BATE sięgnęło po dwa tytuły mistrzowskie, Ihar Krywuszenka w latach 2006-2007 zapoczątkował ligową dominację klubu, natomiast Wiktor Gonczarenko (Wiktar Hanczarenka) pchnął ekipę z Borysowa ku znaczącym europejskim sukcesom. Za jego sprawą BATE stało się niemalże etatowym uczestnikiem fazy grupowej Ligi Mistrzów, gdzie potrafiło pokonać u siebie Bayern Monachium, Romę czy Athletic Bilbao.

Premierowy występ BATE w fazie grupowej Champions League we wrześniu 2008 roku był historyczny z dwóch powodów. Po pierwsze, drużyna z Białorusi, piłkarskiego kraju trzeciego świata, debiutowała w elitarnych rozgrywkach. Po drugie, Gonczarenko został najmłodszym trenerem w historii rozgrywek, który poprowadził zespół w fazie grupowej – miał wówczas raptem 31 lat. Mniej niż Fabio Cannavaro czy Ruud van Nistelrooy, którzy w tym samym spotkaniu biegali po boisku w barwach Realu Madryt. Jak to się jednak stało, że tak młody szkoleniowiec w ogóle zasiadł na ławce czołowej drużyny w swoim kraju? Odpowiedzią jest polityka, którą wcześniej obrano w Borysowie.

Gdy w 2007 roku BATE na rzecz wysokiego kontraktu w Dynamie Mińsk porzucił Ihar Krywuszenka, jego następcą mianowano trenera zespołu rezerw, czyli właśnie Gonczarenkę. Nikt nie zaglądał mu w metrykę, nikt nie zważał na to, że trzydziestki dobił ledwie kilka miesięcy wcześniej. Dla władz najważniejsze było, że nowy szkoleniowiec to człowiek “stąd”, który zna klub jak własną kieszeń i nie potrzebuje czasu na wdrażanie się w związanie z nim tematy. Zresztą Krywuszenka, zanim otrzymał posadę pierwszego trenera, także terminował w rezerwach. Z kolei następcą Gonczarenki, gdy ten w październiku 2014 roku przeniósł się do Kubania Krasnodar, został Aleksander Jermakowicz, dotychczasowy asystent pierwszego trenera.

Alaksandr Łukaszenka, białoruski dyktator, z aprobatą spoglądał na osiągnięcia BATE i ochoczo wykorzystywał je do celów propagandowych. Przede wszystkim dlatego, że w Borysowie stworzono zespół „po swojemu”, czyli: „po białorusku”. W oparciu o rodzimą myśl szkoleniową, wychowanków i lokalny kapitał.

„Powinni się cieszyć i mi dziękować, że są zwolnieni z płacenia podatków”

Aleksandr Łukaszenka o BATE Borysów

Skoro jednak było tak pięknie, to dlaczego się skończyło?

Cóż, po pierwsze – liga zwyczajnie sporo się od BATE nauczyła i pozostałe kluby zaczęły kopiować rozwiązania stosowane w Borysowie. Na białoruską scenę piłkarską wkroczyli kolejni zamożni inwestorzy – czasem indywidualni, czasem reprezentujący państwowe spółki – którym też zamarzyła się Liga Mistrzów. Po drugie, w 2018 roku zmarł Anatolij Kapski, a wraz z jego śmiercią BATE utraciło sporą część finansowego potencjału i wpływów na „dworze” Łukaszenki. – Teraz bossem jest jego syn, ale to nie to samo. Mawiają, że “przyroda odpoczywa na dzieciach”. W tym wypadku się to potwierdza. Kapski jako działacz był gigantem. On ten klub zbudował, zawsze potrafił się dogadywać z ludźmi. Z jednej strony prowadził BATE twardą ręką, mówił mocno i szczerze, gdy coś mu się nie podobało. Z drugiej, mocno interesował się sprawami piłkarzami, również tymi rodzinnymi. Pytał, czy wszystko w porządku w domu, jeśli trzeba było, starał się pomóc. Krótko mówiąc, zawsze trzymał rękę na pulsie. Dziś tego nie ma. Mocno klubowi zaszkodziły niepowodzenia w europejskich pucharach. Od dwóch lat nie było żadnej fazy grupowej, stracono sporo pieniędzy – analizował na łamach Weszło Piotr Runge, znawca białoruskich realiów. – Eksperci i dziennikarze coraz częściej twierdzą, że wielkie BATE się skończyło. Może nie będzie ligowym średniakiem, bez przesady, ale zwykłym klubem – jednym z kilku, który może powalczyć o czołowe lokaty.

kibice BATE przed spotkaniem z Juventusem w Lidze Mistrzów (fot. FotoPyk)

Mafijne układy w Chorwacji

W opowieści o drużynach królujących nieprzerwanie na własnym podwórku nie sposób byłoby nie wspomnieć o Dinamie Zagrzeb, które w latach 2006-2023 sięgnęło po mistrzostwo Chorwacji aż siedemnastokrotnie. Dlaczego zatem nie zaczęliśmy od opisania losów Dinama? Ano dlatego, że w sezonie 2016/17 ekipa z Zagrzebia została niespodziewanie zepchnięta z piedestału przez Rijekę. „Modri” mogą się więc pochwalić odpowiednio jedenastoma i sześcioma tytułami z rzędu.

Ponoć z mafią nie da się wygrać, ale… Rijeka właśnie tego dokonała

Sukces Rijeki był naprawdę niebagatelny. Należy bowiem pamiętać, że w Chorwacji z Dinamem walczyli nie tylko ligowi przeciwnicy, ale i policja, prokuratura oraz sądy. Klub zdominował ligę, wykupił najgroźniejszych przeciwników – właściwie wchłonął całą chorwacką piłkę. Wydawało się, że stworzony przez zagrzebian – ze Zdravko Mamiciem na czele – mechanizm jest zwyczajnie niemożliwy do rozbicia. Oto szef klubu, doskonale rozumiejący się z działaczami najwyższych szczebli w krajowej federacji piłkarskiej, ma w swojej stajni zarówno brata-trenera, jak i syna-menedżera. Potężny klub skupuje talenty z całego państwa – nie tylko ściąga najbardziej obiecujących graczy do drużyny, ale również do własnej agencji menedżerskiej. Jeśli młodzik chce się liczyć na Zachodzie i w reprezentacji – musi przejść przez Dinamo. Jeśli zaś chce przejść przez Dinamo – musi w ten lub inny sposób współpracować z klanem Mamiciów. Najbardziej ekstremalny przypadek? Ten Eduardo da Silvy, który według kontraktu zawartego  Mamiciem miał mu… dożywotnio oddawać procent swojej pensji niezależnie od klubu, w którym grał. Po wieloletnim procesie udało mu się wywinąć z tego cyrografu, ale cała sprawa pokazała bardzo dokładnie, jakiego rodzaju biznesmenem jest Zdravko Mamić.

“Organizacja przestępcza GNK Dinamo”

tytuł chorwackiej gazety pod zdjęciem byłego prezesa Dinama

Rijeka zdołała zagrać na nosie mocarzom z Zagrzebia, postępując w myśl klubowego hasła: „sami protiv svih”. „Sami przeciw wszystkim”. Końcowa faza rywalizacji o tytuł wzbudzała jednak głębokie zażenowanie. Wszelkie granice przyzwoitości przekroczył Marijo Tot, trener Istry, który zarządził, że akurat na mecz z Dinamem da “odpocząć” swym najbardziej doświadczonym piłkarzom. Cel tej zagrywki wydawał się jasny – chodziło o udzielenie taryfy ulgowej przeciwnikowi, który desperacko potrzebował wówczas punktów w gonitwie za Rijeką. Piłkarze Istry, oburzeni próbą tak jawnego podłożenia się gigantowi ze stolicy, przed pierwszym gwizdkiem obrócili się plecami do szkoleniowca na znak protestu wobec jego działań. – Trener po spotkaniu z piłkarzami miał złamać zawarte z nimi ustalenia i ulec presji przedstawicieli klubu, którzy żądali wystawienia w tym meczu najmłodszych zawodników. Piłkarze zaprotestowali wobec takiego rozwiązania i ogłosili, że na Maksimirze grają bez trenera. Nie wpuścili go do autokaru i pojechali do Zagrzebia bez niego – relacjonował portal net.hr.

Wielkie znaki zapytania do dziś krążą również wokół innego klubu z rodziny „Dynama”.

Chodzi mianowicie o Berliner FC Dynamo, dziesięciokrotnych mistrzów NRD w latach 1979-1988. Wspieraną przez Stasi drużynę regularnie oskarżano o stosowanie nieczystych zagrywek względem rywali i zakulisowe zapewnianie sobie przychylności wśród arbitrów. Po jednym z sędziowskich skandali awantura była tak potężna, że interweniować na szczeblu politycznym musiał sam Erich Honecker. – Mieliśmy najlepszych zawodników i piłkarzy. Pochodziliśmy ze stolicy, mieliśmy dostęp do bananów i pomarańczy. Resentyment społeczny względem Dynama i Stasi był gigantyczny. Po prostu nam zazdroszczono – uważa Frank Rohe, były obrońca „Die Weinroten” oraz reprezentacji NRD. Tak czy owak, stołeczna ekipa stała się najbardziej znienawidzoną w całym kraju, a wielką popularność wśród kibiców pozostałych drużyn zyskało paskudne hasło: „Cyklon B dla BFC”. – Te wrogie reakcje tylko nas wzmacniały – sądzi trener Jürgen Bogs.

W 1989 roku berlińczycy musieli się już zadowolić wicemistrzostwem kraju. Na szczyt wdrapało się wówczas Dynamo Drezno, które sięgnęło zresztą po tytuł również rok później. Ostatnim mistrzem Niemieckiej Republiki Demokratycznej w 1991 roku została zaś Hansa Rostock.

gracze Dinama Zagrzeb świętują wraz z kibicami

Koniec passy Bayernu?

Pełna lista drużyn z największą liczbą krajowych tytułów z rzędu prezentuje się następująco:

  • 14 mistrzostw – Skonto Ryga (Łotwa) – 1991-2004
  • 14 – Lincoln Red Imps (Gibraltar) – 2003-2016
  • 13 – Rosenborg BK (Norwegia) – 1992-2004
  • 13 – BATE Borysów (Białoruś) – 2006-2018
  • 12 – Łudogorec Razgrad (Bułgaria) – 2012-trwa
  • 11 – Dinamo Zagrzeb (Chorwacja) – 2006-2016
  • 11 – Bayern Monachium (Niemcy) – 2013-trwa
  • 10 – MTK Budapeszt (Węgry) – 1914; 1917-1925
  • 10 – BFC Dynamo (NRD) – 1979-1988
  • 10 – Dinamo Tbilisi (Gruzja) – 1990-1999
  • 10 – Piunik Erywań (Armenia) – 2001-2010
  • 10 – Sheriff Tyraspol (Mołdawia) – 2001-2010
  • 10 – Red Bull Salzburg (Austria) – 2014-trwa

Co zwraca uwagę w tym zestawieniu?

Przede wszystkim, że łapią się do niego w dużej mierze drużyny z obszaru Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie rozgrywki piłkarskie przechodziły co najmniej potężne turbulencje, a często całkowitą reorganizację po rozpadzie ZSRR. No i łatwo też dostrzec, że wieloletnia ligowa dominacja to całkiem świeży wynalazek – nie licząc historii MTK Budapeszt oraz BFC Dynamo, mamy tu do czynienia ze stosunkowo niedawnymi historiami z lat 90. i bieżącego stulecia. Bayern Monachium, reprezentujący jedną z tradycyjnie najsilniejszych lig Starego Kontynentu, naprawdę się na tym tle wyróżnia.

Należy też podkreślić, że tempa nie zwalniają Łudogorec Razgrad oraz Red Bull Salzburg – jedni i drudzy prowadzą obecnie w swoich ligach. Choć Bułgarzy mają na swoim koncie tyle samo punktów co Czerno More Warna i CSKA Sofia, a Red Bull ma tylko dwa oczka przewagi nad Sturmem Graz.

***

Rzućmy jeszcze okiem na najdłuższe serie triumfów w topowych europejskich rozgrywkach:

  • 11 mistrzostw – Bayern Monachium (Niemcy) – 2013-trwa
  • 9 – Juventus FC (Włochy) – 2012-2020
  • 7 – Olympique Lyon (Francja) – 2002-2008
  • 5 – Real Madryt (Hiszpania) – 1961-1965; 1986-1990
  • 5 – FC Porto (Portugalia) 1994-1999

Jeśli chodzi o Holandię, trzykrotnie – dwa razy dokonało tego PSV Eindhoven, raz Ajax Amsterdam – udało się komuś zdominować Eredivisie na cztery sezony z rzędu. Z kolei w Anglii, licząc całą historię tamtejszych rozgrywek, a nie tylko erę Premier League, wciąż nikt nie skompletował więcej niż trzech kolejnych mistrzowskich tytułów. Choć to się może oczywiście wkrótce zmienić, jeżeli w bieżącej kampanii zatriumfuje Manchester City. Czyżby Pep Guardiola miał upolować kolejny rekord?

Czy to wszystko oznacza, że Bayern nie powinien się niepokoić swoją kiepską postawą w bieżącej odsłonie Bundesligi? No jasne, że nie. Powodów do niepokoju działacze ze stolicy Bawarii całe mnóstwo, tym bardziej że już w poprzednim sezonie utrzymanie się na szczycie przyszło ich klubowi z trudem. Ale utrata tytułu – o ile w ogóle od niej dojdzie – po jedenastu latach dominacji to jeszcze nie katastrofa, chyba że jej następstwem okaże się głębszy kryzys albo trwała niemoc w walce o najwyższe miejsce w stawce, której we Francji doświadczył choćby Olympique Lyon. To jednak raczej Bayernowi nie grozi. Choć zapewne słynne słowa poety Ludwiga Jacobowskiego – „nie płacz, że coś się skończyło – ciesz się, że się wydarzyło” – są dzisiaj ostatnim, co sfrustrowani kibice z Monachium chcą słyszeć.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

 fot. NewsPix.pl

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Media: Bayern Monachium zaniepokojony spadkiem formy Alphonso Daviesa

Damian Popilowski
1
Media: Bayern Monachium zaniepokojony spadkiem formy Alphonso Daviesa

Piłka nożna

Niemcy

Media: Bayern Monachium zaniepokojony spadkiem formy Alphonso Daviesa

Damian Popilowski
1
Media: Bayern Monachium zaniepokojony spadkiem formy Alphonso Daviesa

Komentarze

7 komentarzy

Loading...