Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Gdyby Aston Villa grała tylko u siebie, bukmacherzy straciliby pracę

Piotr Rzepecki

Autor:Piotr Rzepecki

09 grudnia 2023, 21:30 • 3 min czytania 7 komentarzy

Aston Villa grająca u siebie prezentuje poziom z Champions League. Na wyjazdach z kolei bardziej przypomina to ten z Championship. Takich szpilek najczęściej używają dziennikarze na Wyspach. Ale żarty na bok, bo należy się ekipie z Birmingham duże, soczyste, szczere, jedno wielkie: WOW! Piętnaście wygranych meczów z rzędu w Premier League – to jest coś. To jest rekord, bloody hell!

Gdyby Aston Villa grała tylko u siebie, bukmacherzy straciliby pracę

Kiedy zwykli zjadacze chleba raczyli się urokami grudniowej soboty (koc i serial), to na Villa Park, Matty Cash i spółka właśnie napisali historię. I choć reprezentant Polski zagrał tylko trzydzieści minut, to też dołożył swoją cegiełkę do tej wspaniałej liczby – piętnaście.

Piętnaście wygranych z rzędu na Villa Park w Premier League przez Aston Villę.

Trzynastu pokonanych rywali.

Trzydzieści dziewięć wbitych bramek.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Na rozkładzie Newcastle, Tottenham, Manchester City czy Arsenal…

WOW!

Nie mamy wątpliwości co do tego, że kiedy 4 marca Aston Villa pokonała u siebie Crystal Palace 1:0 po samobójczym trafieniu Joachima Andersena, to nikt, ale to absolutnie nikt, nie myślał o jakichkolwiek rekordach.

Tydzień wcześniej udało się wygrać na Evertonie, ale jeszcze wcześniej: Aston Villa przegrała trzy mecze z rzędu. Po prostu dramat. Ale w drużynie coś się wykuło. Cegiełka po cegiełce, pokonując Crystal Palace, Bournemouth i inne Nottinghamy podopieczni Emery’ego uwierzyli, że ten stadion bardziej przypomina twierdzę. Angielską, ale muśnięty kulturą baskijską, no bo przecież nie byłoby tego wszystkiego bez szkoleniowca “The Villains”.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Aston Villa – Arsenal 1:0. Chwilo trwaj, Cash i spółka pobili klubowy rekord

To jest naprawdę imponujące. To jak gra Aston Villa przed własną publicznością. Przekonała się o tym ostatnio Legia, choć temat Legii i Birmingham jest trochę jak afera premiowa podczas mundialu: nie ma co do tego wracać, bo każdy wie swoje.

Mecz z Arsenalem był trudny, ale perfekcyjnie rozegrany. Szybko zdobyty gol, oraz jedna z piękniejszych indywidualnych akcji w Premier League tego sezonu – to jak Bailey zatańczył w polu karnym “Kanonierów” i dograł do McGinna, było po prostu magiczne. Wykończył to reprezentant Szkocji, który buduje sobie w Birmingham pomnik.

Później to Arsenal szukał sposobu na bramkę, ale piłkarze z Londynu byli tacy… nijacy. Nie mogli znaleźć sposobu na przełamanie defensywy rywala, grali mozolnie, nie zaskakiwali.

Chociaż nie raz to Emiliano Martinez wyciągał do nich pomocną dłoń. Jak inaczej nazwać bezsensowne wyjście do piłki i proszenie się o przelobowanie?

Najgroźniej było w samej końcówce, kiedy wydawało się, że Arsenal trafi gola. W zasadzie to trafił, ale ten nie został uznany. Piłkarze zabawili się w zbijaka. Havertz, który był adresatem dośrodkowania, próbował się przebić przez mur, jakim był Matty Cash, ale piłka została skutecznie zablokowana przez reprezentanta Polski. Pomocnik Arsenalu zagrał nieprzepisowo ręką, finalnie piłka zatrzepotała w siatce (do bramki wleciał także sam Cash), ale gola sędzia nie uznał.

Aston Villa umacnia się na trzecim miejscu i mimo zapewnień Unaia Emery’ego, że przecież o tytuł nie walczą, trudno ignorować fakt, że szalenie skuteczna ekipa z Birmingham coraz mocniej rozpycha się łokciami na szczycie ligowej tabeli. Do tego, by myśleć o mistrzostwie, potrzebna jest wysoka skuteczność także w delegacjach. Ale – jak mówi zresztą sam szkoleniowiec – oni o mistrzostwo nie grają.

Poprawić wyniki na wyjazdach (9. miejsce w tabeli wyjazdowej Aston Villi) i będzie to hulało. Nie wiemy, czy sięgną po mistrzostwo, ale hej – Leicester City też nikt nie dawał szans, prawda?

Aston Villa – Arsenal 1:0

7′ McGinn.

WIĘCEJ O ANGIELSKIEJ PIŁCE:

Fot. Newspix

Urodził się dzień po Kylianie Mbappe. W futbolu zakochał się od czasów polskiego trio w Borussi Dortmund. Sezon 2012/13 to najlepsze rozgrywki ever, przynajmniej od kiedy świadomie śledzi piłkarskie wydarzenia. Zabawy z kotem Maurycym, Ekstraklasa, powieści Stephena Kinga.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Komentarze

7 komentarzy

Loading...