Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Rafał Smalec: Nie potrzebuję pomników. Chcę spokojnie pracować

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

22 lipca 2023, 10:44 • 17 min czytania 13 komentarzy

Rafał Smalec wejście na szczebel centralny wywalczył sobie sam. Przejmował Polonię Warszawa w trzeciej lidze, łącząc pracę w klubie z byciem nauczycielem wf-u w szkole. Teraz powalczy z nią o awans do Ekstraklasy. W rozmowie z nami opowiada o bliskich relacjach ze swoim sztabem szkoleniowym i właścicielem klubu, o podejściu, filozofii oraz kulisach dwóch promocji z rzędu.

Rafał Smalec: Nie potrzebuję pomników. Chcę spokojnie pracować

Od kogo ostatnim razem usłyszał pan słowa: “dziękuję, że jesteś”?

Od prezesa.

Rok temu?

Nie, prezes często to powtarza. To taki jego “korporacyjny” zwrot. Zdajemy sobie sprawę z tego, że wykonujemy dobrą pracę, nieskromnie mówiąc. Czujemy, że jest to docenione.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Czyli kiedy prezes Gregoire Nitot powiedział to panu w wywiadzie na swoim kanale, publicznie, to nie był jednorazowy wyskok.

Jesteśmy częścią czegoś fajnego, dużego, co się rodzi na nowo i cieszymy się, że możemy w tym uczestniczyć. Prezes bardzo często powtarza te słowa, ale pod adresem wszystkich pracowników klubu.

Relacje z szefem, zwłaszcza w klubie, bywają skomplikowane. Trzeba coś wychodzić, wywalczyć.

Zawsze mówią, że wyniki budują relacje i myślę, że to kluczowe, bo ciężko powiedzieć, jakby to wyglądało bez nich. Ich brak czasami zamyka pewne możliwości, kierunki. Nie mogę jednak powiedzieć złego słowa. Jako trener czuję duże wsparcie od prezesa, dyrektora sportowego i całego pionu sportowego, sztabu, drużyny, dlatego pracuje się łatwiej. Atmosfera wokół Polonii pozwala pracować w komfortowych warunkach.

Czy trener po sukcesie może więcej?

Coś w tym jest. Na kanwie dobrych wyników można zbudować więcej, można powiedzieć, gdzie są deficyty i w którym kierunku trzeba pójść, żeby uzyskać więcej. Wszystko łączy się z wynikiem sportowym. Gdy on jest, to można się uśmiechnąć, liczyć, że prezes przychylniej spojrzy na pewne sprawy.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Zwiększy możliwości.

W granicach możliwości.

Lechia bez piłkarzy, Wisła bez marginesu błędu. Przewodnik po 1. lidze 2023/2024

Prezes Gregoire Nitot powiedział, że ceni pana system wartości.

Pod jakim kątem?

Niech pan mi powie.

Najważniejsza jest rodzina, to punkt pierwszy, wokół którego budujemy. Drużyna jest na swój sposób rodziną, więc tak jak w domu, tak i w klubie. Chciałbym też, że jeśli ktoś będzie o mnie mówił, to powie, że jestem uczciwy. To jedna z wartości, którą bardzo cenię. Chciałbym, żeby zawodnicy byli uczciwi wobec mnie, bo jeśli do każdego treningu podchodzę profesjonalnie, jestem przygotowany, to tego samego oczekuję od nich. Sprawiedliwość — jeśli zawodnik chce wiedzieć, dlaczego nie gra on, tylko ktoś inny, to muszę umieć mu to wyjaśnić. Oczywiście on może myśleć inaczej, ale sąd sądem, sprawiedliwość musi być po mojej stronie.

We wspomnianym wywiadzie z prezesem zainteresowało mnie też to, jak Gregoire Nitot dopytuje o szczegóły. To człowiek, który bardzo chce zrozumieć futbol?

Chciałbym użyć tego słowa w pozytywnym znaczeniu: jest ciekawski. Bardzo ciekawski w kontekście wszelkich zagadnień związanych z treningiem, meczem. Dopytuje. Czasami wybiera średnie momenty… Ale dopytuje, chce wiedzieć jak najwięcej o tym, jak gramy. Doceniam to, aczkolwiek jest w tym tyle detali, że czasami brakuje czasu, żeby wszystko wyjaśniać. Staramy się służyć informacją i to, co jesteśmy w stanie wyjaśnić, wyjaśniamy.

Świeży moment oznacza chwilę po meczu?

Praktycznie równo z gwizdkiem. Rozmawialiśmy wiele razy o tym, żeby dać sobie chwilę, bo jestem impulsywny i nie chcę powiedzieć czegoś nieodpowiedniego, dlatego zawsze “na pięć minut do lodówki” i idziemy dalej. Pytania o to, dlaczego tak, a nie inaczej, to dla mnie nic strasznego. Skoro trener podejmuje decyzje, to musi być w stanie je wytłumaczyć. Pytanie o to, dlaczego nie gramy na dwóch napastników, tylko na jednego, nie jest dramatem.

Impulsywność bardziej panu pomaga czy przeszkadza?

Kiedyś miałem z tym duży problem, bo szalałem przy ławce. Z wiekiem przyszło wyciszenie. Na treningach staram się grać z zespołem, podkręcać, podpowiadać. Wiem, że na meczach nie zawsze to pomaga, z czasem się o tym przekonałem. Podczas meczu trzeba wykorzystywać moment, wstrzelić w jakąś chwilę, bo latając przy ławce cały czas nie skupisz się na najważniejszych rzeczach. Wchodząc do szatni, najchętniej usiadłbyś razem z zawodnikami i odpoczął, zamiast coś powiedzieć.

Sam pan wpadł na to, żeby się uspokoić, czy to podpowiedź od piłkarzy?

Efekt własnych obserwacji. Jak oglądasz swój mecz i widzisz, co robisz przy linii to…

Wstyd?

Może nie wstyd, ale zastanawiasz się, o co autorowi chodziło. Patrzę na to przez pryzmat dorosłości, założenia rodziny, dzieci, może nawet pracy w szkole.

Impulsywność była powodem?

Charakteru. Jestem bardzo ekspresyjny, zawsze taki byłem. Kiedyś, gdy próbowałem grać w piłkę, stałem na bramce i było mnóstwo emocji, kazali od tyłu podpowiadać, pompować. Potem przeniosło się to na ławkę, a z kolejnymi latami pracy, kursami, szkoleniami, dostrzegałem, że na przygotowanie do meczu masz tydzień, a mecz grają zawodnicy, nie ty. Grają na podstawie tego, co włożyłeś im do głowy przez dany mikrocykl, więc to, że będziesz stał z boku i machał rękami, nie musi się przełożyć na coś lepszego.

Zaciekawił mnie pański performance na koniec sezonu. Zaprosił pan sztab na konferencję prasową i oddał im głos.

Oni na to zasłużyli. Cały rok są w cieniu, wykonują katorżniczą pracę z tyłu, a wszyscy chcą pierwszego trenera przed kamerę, do wywiadu. Oni w tym czasie tyrają, robią wszystko, żeby drużyna się rozwijała. Chciałem pokazać, że Polonia Warszawa to nie Rafał Smalec, tylko Rafał Smalec i jego sztab. Zawsze twierdziłem, że trzeba otaczać się ludźmi lepszymi od siebie; ludźmi, od których można się czegoś nauczyć. Takich ludzi mam wokół siebie.

Jako media powinniśmy częściej zwracać na nich uwagę?

Zdecydowanie tak.

Ma pan doświadczenie z trzeciej ligi, gdzie trzeba było robić więcej. W Polonii ma pan duży sztab.

To grupa ludzi maksymalnie oddana sprawie, to dla mnie bardzo istotne. Wiem, że mogę na nich mocno polegać i nawet kiedy zdarzają się momenty, gdy coś mnie zatrzyma, wiem, że zostawiam drużynę w rękach właściwych, kompetentnych osób.

Co to są za momenty?

W tamtym roku byłem na kursie UEFA Pro, trzeba było to dokończyć, załatwić. Przez ostatnie dwa lata pobytu w Polonii Warszawa byłem jednocześnie nauczycielem wychowania fizycznego, więc były dni, gdy nie było mnie w klubie i wszystko było scedowane na chłopaków. Wiem, że kapitalnie się z tego wywiązywali, a drużyna im ufa.

Myślałem, że chodzi o zatrzymanie w kontekście wymyślania nowych rzeczy.

Maksymalnie dzielimy się obowiązkami, każdy ma prawo zaproponować coś od siebie, bo każdy widzi sprawy pod innym kątem. Wszystko robimy w ten sposób, żeby rozwijać i drużynę, i sztab. Rozważamy, dyskutujemy.

Dużo osób opisuje w taki sposób funkcjonowanie swojego sztabu, ale co to oznacza w praktyce?

Na przykład to, że daną sytuację meczową lub dany środek treningowy możemy rozpatrzeć na kilka sposobów. Pracujemy na naszym modelu gry i na nim odnosimy się do przeciwnika. Co swojego możemy dać w konkretnym spotkaniu, a co możemy zabrać przeciwnikowi swoim graniem. W jednym środku treningowym każdy może dać coś od siebie. Rysujemy ćwiczenie, trener mówi: może tędy? Z tej burzy mózgów powstaje kompleksowy środek treningowy w kontekście naszego grania pod kątem przeciwnika.

“Marzył mi się awans, mam dwa”. Kulisy awansu Polonii Warszawa

Stąd biorą się te dwie rzeczy, które co rundę dodajecie do sposobu grania Polonii?

Tak jest. Jeżeli robimy analizę naszej gry po zakończeniu rundy, to robimy ją wszyscy wspólnie. Każdy dodaje coś, co rzuciło mu się w oczy, co jest jego zdaniem do poprawy, co możemy udoskonalić, a co całkowicie zmienić. Spisujemy wszystkie te rzeczy i wybieramy najistotniejsze. Nie chcemy, żeby było ich zbyt wiele, bo się z nimi nie wyrobimy.

Co dołożyliście zimą?

Zmieniliśmy pewne aspekty jeśli chodzi o nasz model obrony pola karnego. Nie wiem, czy mogę zdradzać wszystkie kruczki taktyczne, ale one są.

Śmiało, to już za nami.

Zmieniliśmy obronę pola karnego z indywidualnej na strefową, co w naszej ocenie zdecydowanie pomogło nam w bronieniu.

Jak pomogło?

Skuteczność obrony pola karnego była zdecydowanie wyższa. Zawodnikom łatwiej było odnaleźć się w danych sytuacjach, nie musieli szukać zawodnika, tylko zajmowali odpowiednie miejsce.

Zawsze są to rzeczy zauważalne gołym okiem czy czasami są to małe usprawnienia?

Za każdym razem powtarzamy, że piłka nożna to detale. W obecnych czasach, na obecnym poziomie, jeśli spotykają się drużyny o podobnych umiejętnościach techniczno-taktycznych, decydują detale. Staramy się w miarę możliwości skupiać na pojedynczych rzeczach. Ustawienie względem przeciwnika, względem piłki. Nawet na rotacji bioder, gdy mówimy o uderzeniu piłki czy wybiciu. To są detale, ale one decydują o tym, czy obronisz sytuację lub strzelisz bramkę.

Ile w tym wszystkim frazesów, a ile realnego wpływu? Czy na poziomie drugiej ligi faktycznie da się poprawić ustawienie bioder piłkarza tak, żeby on dzięki temu zdobył bramkę?

Rozpatrujemy to indywidualnie. Staramy się wpajać to zawodnikom w każdej jednostce treningowej. Pracujemy na analizie treningowej, nagrywamy każde zajęcia i jesteśmy w stanie usiąść i pokazać zawodnikowi element, który w naszej ocenie jest do poprawy. Nawet jeśli chodzi o coś takiego, jak ułożenie stopy. Bardzo dużo zależy od piłkarza — jeśli jest świadomy, a uważam, że mamy świadomych zawodników, to nawet taki detal jest w stanie coś nam dać. Na podstawie takich rzeczy poprawiliśmy każdego z piłkarzy o kilka procent, co w skali całego sezonu jest w stanie dać nam coś ekstra.

Czyli piłkarze też mówią: dzięki, że jesteś.

Powiem uczciwie: nie potrzebuję tego. Jestem trenerem dla zawodników, chcę im służyć pomocą, żeby byli lepsi. Jeżeli sportowo pomogą drużynie i sobie, to może za rok, dwa da im to pozycję, jaką chcą mieć w polskiej piłce. To będzie dla mnie sukces.

A jaką pan chciałby mieć pozycję w polskiej piłce?

Spełniam marzenia, idę od początku drogi. Zaczynałem od pracy z dziećmi, wywalczyłem sobie awans do trzeciej ligi, do drugiej ligi, do pierwszej ligi. Nikt mnie nigdzie nie wziął za piękne oczy. Będę walczył o to, żeby trafić do Ekstraklasy. Czy się uda? Zobaczymy. Pracuję na swoje nazwisko.

Ma pan uczucie, że trochę długo zeszło? Żeby znaleźć się na szczeblu centralnym, musiał pan wziąć klub w trzeciej lidze i zrobić awans.

Ale to jest fajne, bo to smakuje. Wiem, że awansowaliśmy dzięki naszej pracy. Czasami jest tak, że ktoś cię wybierze i z trzeciej ligi trafisz do pierwszej, ale nie żałuję żadnego dnia spędzonego na boisku w żadnym klubie, w jakim byłem. Zawsze uczyłem się czegoś nowego — coś ekstra można wynieść z ligi okręgowej i czwartej ligi. Można zobaczyć, jakie to są trudne rzeczy i smakować to, gdzie jest się teraz.

Mówił pan, że w niższych ligach doceniał pan to, że zawodnikom chciało się przyjść na trening w zimę o 20:30 i ćwiczyć. Co pan docenia teraz?

To, że zawodnicy na treningach są pełni pasji, energii i chęci do uczenia się. Jesteśmy w stanie zarazić ich naszym pozytywnym nastawieniem i wierzę, że nie odcinają kuponów, tylko są zaangażowani.

Wszystkich udaje się zarażać?

Każdy może mieć słabszy moment, dzień, chwilę. Musimy to uszanować i spojrzeć na to z takiej perspektywy, że to są tylko ludzie. Pewnie są rzeczy, w których zawodnicy czują się lepiej i gorzej; które im bardziej lub mniej pasują. Wiedzą jednak, że jeżeli coś przynosi korzyść drużynie, to czasami trzeba iść równo z maszyną, żeby to działało. Nie wolno się na chwilę odczepić, bo ucierpią na tym wszyscy. Za każdym razem chcemy, żeby piłkarze patrzyli na ogół, mimo że zawsze jest element egoizmu i walki o siebie. Powtarzamy im, że na szczycie piramidy jest drużyna, a to w drużynie jest siła.

Smak sukcesu, o którym pan mówił, czasami jest gorzki. Najgorszą stroną sukcesu są rozstania z zawodnikami?

Jest to bardzo przykre i bardzo trudne. Nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko poddajemy analizie, żeby wiedzieć co i dlaczego. Za każdym razem chcemy mieć argument za tym, czemu kogoś żegnamy. Jeśli kogoś w naszej drużynie nie będzie, to dlatego, że nie spełnia określonych warunków piłkarskich w wyższej lidze — tak działamy.

Po tylu latach i okienkach żegna pan piłkarzy mechanicznie?

Niestety jestem uczuciowym człowiekiem, skonstruowanym tak, że za każdym razem jest to przykra sytuacja. Nie jest łatwo powiedzieć zawodnikowi, że awansowaliśmy, ale dla ciebie nie będzie miejsca. To są ludzkie odruchy, ale trzeba to robić dla dobra drużyny i rozwoju. Nie da się tego uniknąć, to część życia piłkarskiego. Trudna część.

Słyszałem, że działa pan z drużyną na zasadzie dystansu. Twardy szef, nie kolega.

Staram się być partnerem, ale wszystko ma swoje granice. Nie działam na zasadzie dyktatury, ale jestem mega wymagający. Nie wiem, jakie jest o mnie zdanie, ale najważniejsze jest dla mnie bycie sprawiedliwym; utrzymywanie dobrych relacji z piłkarzami. Rozmowa, jak najwięcej rozmowy. Czy twarda ręka? Zdecydowana. Zawodnicy muszą znać zasady i być świadomym konsekwencji ich naruszenia.

Co to za zasady?

Wszyscy wiemy, jak to wygląda w kontekście dyscypliny organizacyjnej. Spóźnień, funkcjonowania na treningu, w dniu meczowym. Nie są to nie wiadomo jakie tematy, każdy ma podobnie, jeśli chodzi o telefony komórkowe czy odnowę biologiczną…

Brak telefonów w szatni?

Mamy XXI wiek, nie dajmy się zwariować. Albo inaczej: każdy może tak powiedzieć, jego prawo. U nas dogadaliśmy się tak, że – w zależności od tego, gdzie trenujemy – godzinę, czterdzieści pięć minut przed, wolelibyśmy, żeby zawodnicy skupiali się na treningu. Ewentualnie na spotkaniu drużynowym. Rzutki. Rozmowy. Szachy. Żeby spędzali ze sobą jak najwięcej czasu. Nie siedzę jednak nad nimi i nie patrzę, czy używają telefonu. To są dorośli ludzie, jeśli się na coś umawiamy, to muszą pilnować sami siebie. Jeśli kogoś złapię, to jest kara.

I częściowa utrata zaufania, a słyszałem, że trzeba mocno zapracować, żeby wejść do pańskiego kręgu zaufania.

(śmiech) Nie wiem, kto tak powiedział! Jeżeli wchodzę jako nowy do drużyny i mam przed sobą dwudziestu pięciu zawodników, to każdy musi się poznać i wkupić się w łaski. Ja w łaski drużyny, drużyna w łaski moje. Ale chodzić na palcach nie trzeba, zamordystą nie jestem. Chyba.

Chyba!

Tak jak powiedziałem: jestem bardzo wymagający. Od siebie, współpracowników, drużyny. Jeżeli chcemy coś zbudować i mamy wspólny cel, to nie możemy podchodzić do tego tak, że każdy ma swój strój, jak to się mówi. Nie chcę powszechnego bałaganu.

Temat pracy w szkole. Chciało się panu?

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jakie są realia polskiej piłki. Nie wiem, czy powiem ładnie, ale traktowałem to jako zabezpieczenie. Jestem na początku swojej drogi trenerskiej, mimo że to jest już pierwsza liga. Chciałem mieć zabezpieczenie na wypadek tego, gdyby coś się nie udało. Wiedziałem, że mogę wrócić do szkoły i moja rodzina będzie zabezpieczona.

Czyli bardziej wyższa konieczność niż frajda i przywiązanie.

Zawsze lubiłem pracować w szkole, nie było to dla mnie zło konieczne. Jeżeli do niej szedłem, to z uśmiechem na twarzy. Opuszczałem trening, ale to było koniecznie. Nie “zło konieczne”, ale konieczne. Wszystko było zaplanowane, władze klubu wyraziły na to zgodę. Trzeba było tak zrobić, więc tak robiłem.

Nikt w klubie nie miał nic przeciwko?

Dzień, w którym byłem w szkole, to był poniedziałek, który w klubie przeważnie był wolny. Jeżeli graliśmy mecz w sobotę, to w niedzielę mieliśmy trening, a poniedziałek mieliśmy wolny. W pojedynczych dniach się to pokrywało, ale nie było tak, że przez cały sezon nie było mnie na treningach.

Ciężko było się przestawiać z pracy z seniorami na pracę z dziećmi?

Korzyść miały dzieci w szkole, bo jak graliśmy dwa dni wcześniej, to przychodziłem spokojny. Bez emocji. A jeszcze jak miałem zajęcia z ósmą klasą, profil sportowy, piłka nożna, to jeszcze wymienialiśmy poglądy, bo znali wyniki, śledzili.

Starali się dopiec?

Nawet jeżeli próbowali coś zaśpiewać czy pokazać “eLeczkę”, to było to miłe dokuczanie. Przyjmowałem to z uśmiechem.

Dochodzimy do istotnego aspektu pracy w Polonii – żyje pan w mieście, gdzie większość stanowią jednak kibice drugiego zespołu.

Mam kolegę, kibica Polonii Warszawa, który mieszka na osiedlu fanów Legii. Wszyscy o tym wiedzą, chodzi w koszulce, czasami podrą łacha i tyle, jest w porządku. Żyjemy w czasach, gdy za rogiem można dostać gonga, tak po prostu, natomiast jeśli ktoś jest tolerancyjny, to kibicowanie drugiemu klubowi powinno się mieścić w ramach kultury. Jeżeli uszczypliwości są w ramach rozsądku, to czemu nie.

Gongi za rogiem zdarzają się już chyba rzadziej niż w czasach pańskiej młodości.

Trzeba mówić o tym głośno: w trzeciej lidze mieliśmy dwie wizyty kibicowskie. Jedną na treningu, drugą po meczu.

Swojej drużyny?

Tak.

Ale gongi nie leciały?

Obyło się bez. Kibice przyszli zaniepokojeni sytuacją, a że to były „aż cztery kolejki”, to mieli prawo się zaniepokoić. Ale na koniec sezonu wynik był zgodny z oczekiwaniami, więc obyło się bez.

Po awansie pewnie chcą panu stawiać pomniki, a nie wymagania.

Nie potrzebuję pomników, chcę spokojnie pracować. Piłka nożna nie znosi pychy. Mają prawo przyjść do nas trudne dni, z którymi trzeba będzie sobie poradzić. Na tę chwilę mamy trochę przedłużony miesiąc miodowy i trzeba z tego czerpać jak najwięcej. Zaufanie kibica potrzebne będzie w trudnej chwili.

Miał pan już kryzys w swojej karierze?

W trzeciej lidze z Polonią złapaliśmy serię trzech porażek z rzędu w rundzie jesiennej. To był moment, z którego musieliśmy wyjść i postawiliśmy wszystko do góry nogami. Zmieniliśmy całkowicie naszą grę, oddaliśmy piłkę przeciwnikowi i powiedzieliśmy sobie, że interesuje nas tylko wynik. Zrobiliśmy wszystko, żeby drużyna wyszła na prostą, nawet rezygnując z naszego stylu, najprostszymi sposobami.

Dość zaskakująca metoda, bo wielu trenerów stoi przy założeniu, żeby nie zmieniać pomysłu tylko dlatego, że kilka meczów się nie ułożyło.

Każdy pójdzie swoją drogą, nasza przyniosła skutek, bo w kolejnych pięciu meczach zanotowaliśmy cztery zwycięstwa i remis. Można zostać przy swoim, jak się uda, powiesz, że potrzebna była konsekwencja. Jakiej drogi byś nie wybrał, będzie ona ryzykowna.

Po sukcesie zawsze łatwiej dorobić ideologię. Po dwóch awansach z Polonią można na przykład dorobić tezę, że jest pan specjalistą od pościgów.

To nie ja goniłem, to drużyna.

?

Nasza praca w pewnym momencie usuwa się na drugi plan. Reszta spoczywa na barkach zawodników, za co my i tak finalnie bierzemy odpowiedzialność. Ułożyło się tak, że w trzeciej lidze goniliśmy z minus jedenastu, w drugiej też. Wiedzieliśmy, że musimy robić swoje. Trzy, trzy, trzy i liczymy na to, że rywal coś straci. Róbmy swoje, niech się martwi przeciwnik.

Przed startem drugiej ligi powiedział pan, że nie chcecie ruszać na nią z szabelką. Po zakończeniu sezonu, że byliście na tyle pewni, że mogliście rywali podpuszczać i kasować. Jak rozwinęło się wasze podejście?

Założenie było takie, że chcemy wylądować w barażach i spróbować przebić się do pierwszej ligi. Po pierwszej rundzie byliśmy na trzecim miejscu i przystępowaliśmy do przygotowań z dobrą pozycją wyjściową. Początek był w kratkę, w pewnym momencie załapało i przyznam uczciwie: gdy wskoczyliśmy na pierwsze miejsce, zaczęliśmy iść w boiskowy pragmatyzm. Jeśli trzeba będzie się cofnąć, oddać piłkę, to zrobimy to. 1:0 i mądra gra. Drużyna zobaczyła, że jest szansa skończyć “na zielonym” i to nas napędzało. Niektóre mecze mieliśmy pod swoją kontrolą, inne były pod kontrolą przeciwnika, ale najważniejszy był wynik i dojechaliśmy.

Idzie pan trochę na przekór, bo trenerzy o pragmatyzmie najchętniej by nie mówili.

Czy wynik poparty ładną grą zawsze jest możliwy? Chyba nie. Jak będziesz chciał grać w piłkę walcząc o utrzymanie i spakujesz się z ligi, to co ludzie powiedzą? Że spakowałeś się z ligi.

Że wariat.

I że trzeba było inaczej. Musieliśmy znaleźć złoty środek i to zrobiliśmy.

Jak Polonia Warszawa uciekła z własnego pogrzebu

Nie jest pan więźniem jednej ideologii.

Każdy chciałby grać w piłkę, ja także, ale uważam, że przez doświadczenie boiskowe doszliśmy do momentu, w którym umiemy to rozgraniczyć. Graliśmy z Jagiellonią, sparing, wygraliśmy 1:0. Graliśmy bardzo dobrze w obronie, bardzo średnio w ataku. Gdyby to był mecz ligowy, zastanawialibyśmy się, czy to dobrze, czy źle. Z punktu widzenia sparingu powiem, że szkoda, że nie daliśmy więcej w ofensywie, bo to sparing i można czegoś spróbować. Z drugiej strony tak dobrze broniliśmy, że jakiś środek jest. Zrobimy analizę, pokażemy drużynie, co można poprawić. Gdyby to był mecz ligowy i gdyby były trzy punkty, bylibyśmy zadowoleni.

Czyli na pierwszą ligę też ruszacie bez szabelki?

A nie wiem jeszcze. Zobaczymy, czy będziemy mieli dobrą szabelkę! Jak jest ostra szabla i dobra tarcza, to można wojować.

Tak to każdy by chciał.

Dlatego musimy zakryć nasze słabsze miejsca i wykorzystać to, co najlepszego możemy dać. Wiem, że to oklepane, ale jesteśmy beniaminkiem, mógłbym powiedzieć, że nie do końca wiemy, z czym to się je.

W ostatnich latach bycie beniaminkiem nie było przeszkodą. Beniaminkowie robili awanse.

Też tego tak nie traktuję, ale musimy mieć świadomość, że liga będzie najmocniejsza od lat i nie wskoczymy do niej od razu na główkę, tylko będziemy chcieli zmoczyć stopę, zobaczyć, jak głęboko jest i dopiero ocenimy, czy możemy wpływać.

Miałby pan argumenty, żeby obronić tezę o tym, że tak jak co roku jeden beniaminek zaskakuje, tak teraz zrobi to Polonia?

Będziemy chcieli się pięknie przedstawić, ale czy będziemy najlepszym z beniaminków? Ciężko powiedzieć, nie wiem, czy mi na tym zależy. Mierzymy siły na zamiary, nie jesteśmy pierwszym wyborem na rynku transferowym. Podchodzę do tego z delikatnym dystansem. Chcemy odznaczyć się w dobry sposób. Zależy mi na tym, żeby ludzie potrafili Polonię sklasyfikować. Żeby powiedzieli, że to drużyna, która ma pomysł na siebie i czy to będzie pragmatyzm, czy nie, chcemy być jacyś.

Jak sklasyfikuje pan Polonię po dwóch latach pracy?

Regularny postęp, progres w każdym aspekcie dziedziny funkcjonowania klubu. Nie ma zawodnika, który nie jest level wyżej, jeśli chodzi o granie. Ci, którzy nie byli w stanie tego zrobić, musieli odejść. Polonia to drużyna świadoma i przygotowana do gry na tym poziomie rozgrywkowym. Gotowa odnosić zwycięstwa w lidze.

Przykładamy dużą wagę do tego, żeby zawodnicy byli świadomi tego, co robią i po co to robią. Co ma im to dać w określonym momencie. Chcemy ich przygotować na chwile dobre i złe, jeżeli się da, bo wiadomo, że dopóki coś się nie zadzieje, to nikt tego do głowy nie dopuści. Jako sztab cały czas chcemy drużynę bodźcować, żeby była świadoma, pokorna i chciała więcej. Nie pokażemy tylko dobrych rzeczy, pokażemy też złe.

Jedna dobra, dwie złe?

Może dwie dobre, jedna zła. Żeby jednak ten bodziec był pozytywny.

WIĘCEJ O 1. LIDZE:

ROZMAWIAŁ SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Komentarze

13 komentarzy

Loading...