Reklama

Wymarzony dyrektor sportowy. Losy Antonio Cordona

Paweł Ożóg

Autor:Paweł Ożóg

19 maja 2023, 09:50 • 18 min czytania 6 komentarzy

Zna się na swoim fachu, jak mało kto. Zdaniem właściciela Villarrealu każdy prezes marzy o takim dyrektorze sportowym. Człowiek z klasą, łowca talentów, entuzjasta pozostawania w cieniu i tworzenia długofalowych planów – to określenia, które można przypisać Antonio Cordonowi. W jego bogatym CV znajdziecie budowanie potęgi Villarrealu, przywrócenie blasku Betisowi i sukcesy z AS Monaco. W ostatnim czasie Hiszpan był wymieniany w gronie kandydatów do zastąpienia Mateu Alemany’ego w roli dyrektora sportowego FC Barcelony. Sam zainteresowany odcinał się od pogłosek. Podkreślał, że przedstawiciele katalońskiego klubu nie kontaktowali się z nim. Ale w futbolu niczego nie można być pewnym, a negocjacje – zwłaszcza te trudne – lubią ciszę. I o ile negocjacje ją lubią, tak Cordon ją miłuje.

Wymarzony dyrektor sportowy. Losy Antonio Cordona

O jego dotychczasowych losach, o największych sukcesach, o metodyce pracy, o podejściu do tematu komunikacji z mediami, o budowaniu zaufania wśród piłkarzy, o podejściu do życia, o sposobie bycia i o poszukiwaniu trudnych wyzwań. Zapraszamy do kompendium wiedzy na temat Antonio Cordona, postaci, którą wypada znać, jeśli uważa się za miłośnika futbolu z Półwyspu Iberyjskiego.

Kim jest Antonio Cordon?

Gdy mowa o dyrektorach sportowych z Hiszpanii zwykle pierwszy przychodzi na myśl Monchi, nad którym przez lata rozpływali się piłkarscy eksperci z całego świata. Od początku rzucał się w oczy i przyciągał spojrzenia. Dyrektora sportowego Sevilli zawsze napędzał blask fleszy, karmił się uwagą mediów i po prostu lubił być w centrum uwagi. Ale jest równie ciekawa postać z tej samej grupy zawodowej, która stanowi przeciwwagę dla łasego na rozgłos Monchiego.

Mowa o Antonio Cordonie, który zawsze pozostawał nieco w cieniu i postępował zupełnie inaczej, niż dyrektor sportowy Sevilli. Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że stronił od kontaktu z innymi ludźmi, ale poświęcał swoją uwagę przede wszystkim pracy, którą miał do wykonania. Nie szukał poklasku, medialnego szumu czy kontrowersji. To typ człowieka, o którym można powiedzieć, że całej jego działalności przyświeca motto „czyny, nie słowa”.

Reklama

Być może Cordonowi nieco brakowało przebojowości, lekkiego parcia na szkło, by jego nazwisko znał każdy, nawet niedzielny kibic hiszpańskiego futbolu, ale on nie dostrzegał w tego typu kwestiach wartości. Zawsze cenił sobie dyskrecję i pozostanie do pewnego stopnia anonimowym. Zawsze podkreślał, że ceni sobie możliwość wtapiania się w tłum. Kiedyś w jednej z rozmów podał ciekawy przykład sytuacji, gdy dobrze nie rzucać się w oczy. Opowiadał o uczestnictwie w świętowaniu sukcesów pośród tłumu kibiców pozostając na ulicy niemal nierozpoznanym i obserwację z bliska ich nieskrępowanych emocji. Takie drobnostki w jego kodeksie postępowania skalują się do istotnych i niezapomnianych przeżyć, które koduje w swoje głowie.

Rzadko udziela wywiadów, w przestrzeni publicznej nie zwykł opowiadać o tajnikach swojej pracy, ale pod względem warsztatu i doświadczeń nie ma prawa czuć kompleksów względem bardziej znanych twarzy. Ot, o Cordonie nie mówiło się po prostu tak wiele, co było i jest mu na rękę. Ale jeśli już się mówiło to w samych superlatywach. Prywatnie jest człowiekiem uśmiechniętym i życzliwym. Ciężko doszukać się osób, którym zaszedł za skórę, chyba że podciągnie pod to dyrektorów sportowych, których uprzedził z zamiarem pozyskania jakiegoś piłkarza i sprzątnął im go sprzed nosa. Nie jest tajemnicą, że dużo wymaga od swoich współpracowników, ale jest bardzo konkretny i transparentny w działaniu.

Opisane podejście – nazwijmy to taktyką zachowania ciszy – jest spójne z jego sposobem prowadzenia negocjacji. Nie zwykł rzucać nazwiskami, zanim kontrakt z danym piłkarzem nie został podpisany. Bardzo dba też o to, żeby klub w którym pracuje był szczelny i inni ludzie nie puszczali pary, gdy jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment. Zwykle wokół serwowanych przez media pogłosek, budował aurę omylności dziennikarskich informatorów, by przedstawiciele mediów myśleli, że są nawet blisko trafienia, kto dołączy do jego zespołu.

Działając w ten sposób nie wyzłośliwiał się. Zawsze ważył słowa, bez wyjątków zachowywał najwyższy poziom kultury i nie dawał się ponieść emocjom, by nawet powieka nie drgnęła. A gdy dostawał niewygodne pytania, potrafił inteligentnie uciec w stronę żartu, żeby osiągnąć swój cel — niezdradzenia zamiarów.

Hiszpan w grudniu będzie świętował sześćdziesiąte urodziny, więc ma już swoje lata, ale wciąż nie mówimy o staruszku. Raczej o dojrzałym człowieku z umysłem jak brzytwa i bogatym bagażem doświadczeń, które pozwalają mu przewidywać przyszłe zdarzenia.

Konstruktor “Żółtej Łodzi Podwodnej”

Każdy dyrektor sportowy na przestrzeni swojej kariery powinien stworzyć długofalowy projekt, który uszlachetni jego CV i uwiarygodni jego kompetencje. W przypadku Antonio Cordona ten punkt sprowadzał się do wieloletniej pracy w Villarrealu. Hiszpan idealnie odnalazł się w klubie niewielkiego miasteczka, ale z wielkimi piłkarskimi marzeniami i zdrowymi fundamentami.

Reklama

Każdy dyrektor sportowy ma w sobie coś ze spekulanta. Tyle że jego obiektem zainteresowania nie są przykładowo papiery wartościowe, lecz zawodnicy i zespół, który tworzą. Cała zabawa polega na tym, by przewidzieć przyszłość i możliwie dużo zyskać przy racjonalnym podejściu do ryzyka. Zgranie wielu czynników równocześnie. Czasu, etapu kariery, potrzeb drużyny i wizji trenera. Cordon rozumiał to jak mało kto.

Zaczynał od pracy nauczyciela wychowania fizycznego w szkole nieopodal Estadio Santiago Bernabeu. Do pewnego momentu łączył tę aktywność z trenowaniem dzieci. Zawsze miał smykałkę do wypatrywania talentów i na przestrzeni lat ta cecha zaczęła się u niego wyostrzać. Naturalnym dla niego krokiem było skoncentrowanie swojej uwagi na skautingu. Początkowa zajawka do obserwacji piłkarzy przemieniła się w sposób na życie, aż pewnego dnia suma doświadczeń Cordona sprawiła, że został dyrektorem sportowym Villarrealu.

Współtworzył tam potężną siatkę specjalistów, która kształtowała kadrę pierwszego zespołu “El Submarino Amarillo”. Dbał o płynne przejście młodych piłkarzy z akademii do pierwszego zespołu i był odpowiedzialny za kontraktowanie ludzi z zewnątrz. W obu tych rzeczach był naprawdę dobry, ale skupmy się na pozyskiwaniu zawodników.

Villarreal nigdy nie mógł konkurować z najlepszymi drużynami nakładami na transfery, więc szukał przewag w wyszukiwaniu piłkarskich perełek, zanim te znajdą się poza zasięgiem finansowym klubu. Na koncie Cordona znajdziemy wiele transferów, które wpisują się w ten rys działań. Dowodem na to było pozyskanie Diego Godina w 2007 roku. W trzy lata Villarreal zarobił na środkowym obrońcy dziesięciokrotność kwoty, którą zapłacił urugwajskiemu Nacionalowi. A takich ruchów było zdecydowanie więcej. Zwłaszcza na rynku południowo-amerykańskim, na którym rozłożył swoje macki i czerpał z niego regularnie.

Ale hiszpański rynek też nie był mu obcy, podobnie jak naprawianie błędów. W 2006 roku Manuel Pellegrini, ówczesny trener Villarrealu, odstrzelił Santiego Cazorlę, który odszedł za śmieszne 400 tysięcy euro do Recreativo Huelva. Cordon i spółka zabezpieczyli jednak tę transakcję klauzulą odkupu za 1,2 miliona euro, w przypadku nagłego progresu pomocnika. I już po roku Cazorla wrócił na „El Madrigal” jako dużo lepszy piłkarz. Takie odzyskiwanie piłkarzy jest typową praktyką dla tego klubu. W ostatnich latach było więcej takich przypadków, lecz nie zawsze po wpłaceniu umyślnie wplecionych klauzul. Do Villarrealu po ograniu w innych klubach wracali np. Gerardo Moreno i Moi Gomez, którzy w 2021 roku wznosili nad głowę trofeum za wygranie Ligi Europy na gdańskiej ziemi.

Alternatywny scenariusz zakładał poszukiwanie wartościowych zawodników, którym nie poszło gdzieś indziej, ale można ich szybko odbudować. Tak było z Diego Forlanem. Na Old Trafford wszyscy – na czele z samym Fergusonem – zwątpili w Urugwajczyka. A w Villarrealu z walecznego, eksplozywnego, dającego się lubić, ale potwornie nieskutecznego napastnika, zrobiono maszynkę do ładowania goli, która w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy po transferze do ligi hiszpańskiej zapracowała na “Złotego Buta”.

Więc znów zwyciężył Cordon. Ot, najdroższe oczy Villarrealu na początku tego stulecia.

[SYLWETKA DIEGO FORLANA]

Ale piłkarzy, których Cordon w tamtej erze ściągnął za grosze i sprzedał z dużą przebitką, można wymienić zdecydowanie więcej. Oto lista najjaskrawszych przykładów (kwoty wyrażone w milionach euro):

  • Diego Forlan przyszedł za 3,2 mln, odszedł za 21 mln
  • Martin Caceres przyszedł za 0,9 mln, odszedł za 16,5 mln
  • Luciano Vietto przyszedł za 5,5 mln, odszedł za 20 mln
  • Santi Cazorla przyszedł za 1,2 mln, odszedł za 23 mln
  • Mateo Musacchio przyszedł za 1 mln, odszedł za 18 mln
  • Diego Godin przyszedł za 0,8 mln, odszedł za 8 mln
  • Gabriel Paulista przyszedł za 3,3 mln, odszedł za 15 mln
  • Juliano Belletti przyszedł za darmo, odszedł za 6 mln
  • Pepe Reina przyszedł za 0,75 mln, odszedł za 9,8 mln
  • Eric Bailly przyszedł za 5,7 mln, odszedł za 38 mln

Forlan i Godin w kolejnych klubach radzili sobie nawet lepiej, ale nie było tak, że każda sprzedaż oznaczała katalizator wzrostu dla karier wymienionych piłkarzy. Kilka z tych nazwisk po drodze pobłądziło. Ba, taki Luciano Vietto od lat tuła się po przeróżnych klubach i już mając 26 lat wylądował w Arabii Saudyjskiej, którą w piłkarskim świecie raczej traktuje się jako „dom spokojniej starości”, niż super miejsce dla zawodników w sile wieku. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy transfer z „listy Cordona” spełnia warunek – kup tanio, sprzedaj drogo. A tak też trzeba umieć działać.

Cordon przez siedemnaście lat pracy w Villarrealu poznał na wylot futbol profesjonalny. Doświadczył sukcesów „Żółtej Łodzi Podwodnej” (przykładowo awans do półfinału Ligi Mistrzów), ale i goryczy spadku do drugiej ligi, po którym szybko udało się powrócić do hiszpańskiej elity. Spędził w tym klubie wystarczająco czasu, by utwierdzić się w przekonaniu, że może dać sobie radę wszędzie. W 2016 roku ogłosił swoje odejście z tego klubu jako człowiek spełniony, ale potrzebujący nowych bodźców. Pożegnał się słowami: – Villarreal to moje życie, więc trudno było mi podjąć tę decyzję, ale zamierzam podjąć nowe wyzwania.

Z prowincji do księstwa

Długo nie było wiadomo, do jakiego portu ostatecznie zawinie. Przez wiele lat był łączony z przenosinami do topowych klubów w Hiszpanii, jednak obrał alternatywną ścieżkę. Chciał pracować poza krajem, w którym się wychował i poznać od podszewki inne ligi. Dochodziły głosy, że może zasilić PSG lub Chelsea, ale okazało się, że Cordon znów zaskoczył media.

Ostatecznie złożył podpis pod kontraktem z AS Monaco. Zrobił, jak chciał! Głosił, że potrzebuje nowych wyzwań i faktycznie dokonał odważnego wyboru. Przypadła mu w udziale misja zastąpienia Luisa Camposa, który cieszył się dużą estymą i stworzył podwaliny pod przyszłe sukcesy Monaco, które nadeszły po zatrudnieniu jego następcy. Za kadencji Cordona zespół grający na Stadionie Ludwika II wygrał mistrzostwo Francji i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, po drodze eliminując Manchester City i Borussię Dortmund. Dopiero Juventus okazał się przeszkodą, której nie dało się usunąć ze ścieżki do finału, ale i tak Monaco znalazło się na ustach całej piłkarskiej Europy. I w pełni na to zasługiwało.

[NIESAMOWITY WYCZYN MONACO W SEZONIE 16/17]

Trafiono z transferami Djibrila Sidibe, Benjamina Mendy’ego i Kamila Glika, ale według wielu źródeł za te ruchy była odpowiedzialna jeszcze poprzednia świta. Cordon miał odpowiadać dopiero za pozyskanie Youriego Tielemansa, Terence’a Kongolo, Diego Benaglio i Soualiho Meite. Czy były to bomby transferowe? Raczej nie, ale trzeba na nie spojrzeć nieco inaczej. Różnie układały się losy tych zawodników, ale na żadnym z nich Monaco nie straciło. Zatem za skuteczność na rynku należy wystawić Cordonowi dobre noty.

I wspomniana skuteczność nie brała się z powietrza. Była poparta ciężką pracą. Skala obserwacji zawodników w tamtej erze robiła na wszystkich wrażenie. Cordon w swoim najbliższym otoczeniu, w każdym tygodniu miał do dyspozycji czternastu zwiadowców, którzy analizowali minimum piętnaście spotkań w skali siedmiu dni pod kątem wzmocnień zespołu. Zatem materiał, na którym zajmował trudną do wyobrażenia liczbę terabajtów.

Jednak główną misją Cordona było zatrzymanie exodusu najlepszych piłkarzy. To się Hiszpanowi udało i dzięki temu Monaco dało sobie szansę na chwile chwały. Co więcej, dyrektor sportowy odegrał kluczową rolę w zatrzymaniu Kyliana Mbappe. Miał z nim pierwszą styczność, gdy Francuz nadal nie był etatowym piłkarzem pierwszego zespołu – wówczas jeszcze Luis Campos poświęcał mu bardzo dużo uwagi. Po czasie Cordon okazał się takim przedłużeniem ręki Portugalczyka w kwestii opieki nad perłą francuskiej piłki i nie pozwolił na jego przedwczesne odejście.

W pewnym momencie negocjacje pomiędzy klubem a otoczeniem przyszłej gwiazdy znalazły się w martwym punkcie. Wówczas Cordon z uporem maniaka przekonywał, że trzeba spełnić oczekiwania Francuza i jego rodziny, bo Mbappe w przyszłości jest w stanie dać Monaco zdecydowanie więcej korzyści, niż przyniesie chwilowa oszczędność. W wyniku konsekwentnych działań zdołał zatrzymać piekielnie zdolnego zawodnika na kolejną kampanię. Dziś wiemy, że była to genialna wiadomość dla sympatyków AS Monaco i jeden z ważnych czynników na ścieżce sukcesów.

Cordon miał popracować w klubie z księstwa trzy lata, ale po nieco ponad roku ogłoszono jego odejście. Rozstał się z Monaco w dobrych relacjach, nie pozostawiając po sobie spalonej ziemi. Z sukcesami na koncie, ale i z poczuciem przedwcześnie zakończonej misji. Motywów odejścia było kilka. Można odnieść wrażenie, że nie czuł się tam do końca komfortowo. Kilku poszlak w tej sprawie dostarcza fragment rozmowy opublikowanej na łamach EFE:

– Nie lubiłem dużo mówić. Naprawdę lubiłem pracować w cieniu. To właśnie robiłem w Villarrealu. Tutaj (w Monaco) postać dyrektora sportowego jest ważniejsza na poziomie medialnym. W Villarrealu dyrektor sportowy nie musiał się tyle komunikować z prasą.

Ale to nie wszystko. W innych wywiadach na temat pracy z zespołem Ligue 1 przemycał, że miał wpływ wyłącznie na sferę sportową i nie ma dostępu do finansowej. To mogło być dla niego lekko krępującą nowością. W Villarrealu jego zakres obowiązków, a szczególnie władzy – był bardzo szeroki. W Hiszpanii mógł pociągać za więcej sznurków i przy tym pracować w cieniu. Monaco stawiało nieco inne wymagania, być może potrzebowało nieco innego człowieka, więc rozstanie na wczesnym etapie wydawało się logicznym ruchem.

Multitasking po chińsku

Hiszpan po opuszczeniu klubu z księstwa spróbował nieco innego trybu pracy niż dotychczas. Tym razem zajął się kilkoma klubami równocześnie. Przyjęcie propozycji chińskiego właściciela z Hope Group oznaczało dla niego naukę działań na szeroką skalę. Holding, dla którego pracował po opuszczeniu klubu Ligue 1, był odpowiedzialny za cztery kluby (Granadę, Chongqing Lifan, Parmę i Tondelę). Jednak nie ma zbyt wiele szczegółów dotyczących pracy Hiszpana z tego okresu. Wiele kwestii po dziś dzień pozostaje poszlakowych.

Natomiast wiadomo, że w tamtym czasie miał duży wpływ na wyciągnięcie Granady z Segunda Division. Według hiszpańskich mediów to on wytypował na stanowisko trenera Diego Martineza, który nie dość, że zrobił błyskawiczny awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, to jeszcze potem jego zespół rozpychał się łokciami w hiszpańskiej elicie i europejskich pucharach, aż dotarł do ćwierćfinału Ligi Europy. Nie da się ukryć, że był to wynik ponad miarę i największy sukces w historii tego klubu.

Cegiełkę do tego dołożył Cordon. Pytanie, jak dużą?

Ekwadorska pułapka

Cordon po zakończeniu przygody z chińską grupą kapitałową na krótko zawitał do świata południowo-amerykańskiej piłki. Powierzchownie zdążył go już poznać za pośrednictwem prężnie działającej siatki Villarrealu, ale to na co się porwał na przełomie 2019 i 2020 roku, chyba nieco go zaskoczyło. Został dyrektorem sportowym ekwadorskiej federacji. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że wpakował się w system, który będzie daleki od wyznawanych przez niego wartości.

Ekwadorski futbol wymaga reformacji i z tego względu opracowano program naprawczy, który miał dać tamtejszej piłce kopa. W procesie unowocześniania skostniałego systemu miał uczestniczyć Cordon. Jednak oczkiem w głowie miała być praca wokół kadry. Jedną z pierwszych decyzji Cordona było postawienie na Jordiego Cruyffa w roli selekcjonera. Panowie prywatnie utrzymują bliskie relacje, ale pewnie w momencie podania sobie dłoni, nie spodziewali się, że długo w Ekwadorze nie popracują. To miał być przecież początek nowej ery, a ta okazała się dla tego duetu niezwykle krótka.

Na początku 2020 roku wybuchła pandemia i działania Cordona były ograniczone, a już w lipcu opuścił szeregi federacji (tak samo jak Jordi Cruyff). Ale nie było to klasyczne rozstanie. Zrodziło się gargantuiczne zamieszanie. Najpierw głoszono, że Hiszpan chce w tym trudnym czasie być bliżej domu. Potem ten punkt został uzupełniony o kwestie, które skompromitowały ekwadorskich działaczy. I nie ma w tym krzty przesady.

Już wtedy dużo mówiło się o bałaganie wewnątrz struktur Ekwadorskiego Związku Piłki Nożnej. Do tego stopnia, że nie było wiadomo, kto tam tak naprawdę rządzi. Równocześnie dwóch ludzi twierdziło, że sprawuje władzę – Francisco Egas wybrany na początku 2019 roku i Jaime Estrada ogłoszony rok później. Jak łatwo się domyślić – federacja była spolaryzowana i komunikacja wewnętrzna pozostawiała wiele do życzenia.

Wszechobecny bałagan ujawniał się na każdym kroku – zwłaszcza w kwestii odejścia Cordona, gdy łączono go z pracą w Betisie, gdzie ostatecznie trafił. Jednak przeciąganie liny i kwestie formalne trochę potrwały. Jedni twierdzili, że w umowie dyrektora sportowego widnieje zapis o możliwości odejścia w przypadku zgłoszenia się chętnego na jego usługi. Inna wersja zakładała, że chętny musiałby najpierw wyłożyć pieniądze na stół. Kolejna, że w ogóle nie było zapisów dotyczących odejścia w kontrakcie. A na koniec Jaime Estrada wzywał Cordona do wyjaśnienia sprawy.

Cyrk na kółkach, który ostatecznie udało się opuścić byłemu dyrektorowi sportowemu Villarrealu.

Hiszpan na pożegnanie napisał list, w którym wspomniał, że nigdy wcześniej nie spotkało go coś takiego, żeby któryś z jego pracodawców do tego stopnia nie przestrzegał zasad poufności. Dodał, że ma nadzieję, że kiedyś wewnątrz ekwadorskiego związku zagości pokój i pewni ludzie zrozumieją, że wzajemny szacunek jest podstawą rozwoju.

Sprzątanie bałaganu i budzenie giganta

Gdy już Antonio Cordonowi udało się wydostać z ekwadorskiego piekiełka, nareszcie mógł skupić się na futbolu. Dołączył do klubu z zielono-białej części Sewilli niejako tworząc konkurencję dla Monchiego. Natomiast dołączył do Betisu w bardzo trudnym momencie. Wpakował się w coś w rodzaju łamigłówki dla zaawansowanych, przy której większość dyrektorów doznałaby przepalenia zwojów mózgowych.

Od pierwszego dnia Cordon podkreślał, że jego zadaniem jest “wybudzenie giganta”. To hasło padało z jego ust niezwykle często i pokazywało, że dostrzegał potencjał, jaki tkwił w tym klubie. Konsekwentną pracą dążył do realizacji założenia. Działania Cordona mocno ograniczały nadwyrężone wcześniej finanse klubu. Do tego doszła podła atmosfera wynikająca z rozczarowującego sezonu 2019/20. Ale dla chcącego nic trudnego. Odpowiedni zestaw ludzi i podjęcie właściwych działań sprawiło, że klub odwrócił negatywny trend. Szybko ludzie zdali sobie sprawę, że Cordon nie zdążył jeszcze zardzewieć.

W Betisie zastał starego druha — Manuela Pellegriniego. Panowie razem pracowali już w Villarrealu, gdy ten niespodziewanie dotarł do półfinału Ligi Mistrzów 2005/06. W Andaluzji ich ścieżki ponownie się przecięły, co przyniosło “Los Verdiblancos” wiele korzyści. Ten duet odcisnął duże piętno na ostatnich sukcesach Betisu, który za moment zagwarantuje sobie trzeci sezon z rzędu z europejskimi pucharami, co wydarzy się po raz pierwszy od początku istnienia tego klubu. Ponadto w poprzednim roku piłkarze Betisu zdobyli Puchar Króla, więc do gabloty trafiło ważne trofeum. Świetna praca trenera popłaciła, ale nie byłoby tych sukcesów, gdyby nie dyrektor sportowy, który zapanował nad wielopłaszczyznowym chaosem.

Cordon zawsze godnie reprezentował andaluzyjski klub i miał wyczucie w rozwiązywaniu delikatnych spraw. Dzięki temu był w Betisie bardzo ważną i wielowymiarową postacią. Zawsze wiedział, jak się zachować. Gdy dowiedział się o śmierci ojca Ruiego Silvy, pojechał do Portugalii, aby uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej. Ze względu na tego typu gesty zawsze był bardzo ceniony w szatni. Regularnie podkreślał, że dobra atmosfera jest podstawą sukcesu, ale nie były to puste słowa. Za nimi szły czyny, które tylko podbijały jego notowania.

Budowane stopniowo zaufanie procentowało od samego początku. Hiszpan okazał się niezbędny, gdy należało ciąć pensję i w empatyczny sposób znaleźć nić porozumienia z zawodnikami. Cordon miał też duży wpływ na rozwój futbolu młodzieżowego podobnie jak w Villarrealu. Angażował się w projekt stworzenia nowego miasteczka sportowego, które niebawem powstanie. W ten sposób pozostawił po sobie ślad, którego nikt nie będzie w stanie wymazać.

Ale najważniejsza w jego przypadku była i jest skuteczna polityka kadrowa – bez niej reszta stanowiłaby pomijalne didaskalia. Cordon musiał bazować na darmowych transferach, co tym bardziej wskazuje, że uprawiał transferowy surviwal. A przy tym oferował piłkarzom pensje, które nie były wygórowane, ale miał dar przekonywania, więc zawodnicy chętnie podpisywali z nim umowy. W pierwszym sezonie nie mógł dokonać żadnego transfery gotówkowego. Rok później pozyskał Germana Pezzellę za nieco ponad trzy miliony euro i to był jedyny płatny ruch w rozgrywkach 21/22. W tym sezonie już mógł sobie pozwolić na nieco więcej. Wykupił za 10 milionów euro Williana Jose, latem ściągnął błyskotliwego Luiza Henrique za 8 milionów, a zimą Abnera za 7. I to są – serio – wszystkie transfery gotówkowe przeprowadzone przez niego na przestrzeni sześciu okienek transferowych.

Oprócz tego był w stanie zatrzymać w drużynie największą gwiazdą – Nabila Fekira – choć niektórzy wieszczyli szybkie odejście Francuza. Mało tego, wciąż nie nastąpiło, a Francuz czuje się potrzebny w stolicy Andaluzji i już raz przedłużył swój kontrakt Betisem.

Ale wszystko się kiedyś kończy. Fekir nadal jest w klubie, ale Cordona już nie ma.

Odszedł z Betisu w lutym. Całą operację wyjścia przeprowadził na swoich warunkach. Planował opuścić klub już wcześniej, bo pozwalał mu na to klauzula w umowie, ale wolał przygotować grunt dla swojego następcy, aby doszło do płynnego przejścia. Kiedy ogłosił, że kończy kolejny rozdział swojej kariery zawodowej, podkreślał, że jego misja przywrócenia klubu na właściwe tory została już wykonana:

– Przyszedłem, aby dołożyć swoją cegiełkę, która dla jednych będzie większa, a dla innych mniejsza. Myślę, że jestem zadowolony ze swojej pracy. Obiecałem, że obudzimy olbrzyma i zrobiliśmy to razem. Ten piękny cel został osiągnięty.

Z perspektywy czasu można nieco żałować, że nie dostał narzędzi, by móc odważniej podziałać na rynku, bo naturalnie w naszych głowa tworzy się projekcja, co mógłby wówczas wyczarować na Estadio Benito Villamarin. Być może przygody jego drużyny w europejskich pucharach byłyby dłuższe i nie kończyłyby się na dotarciu do 1/8 finału Ligi Europy. Pozostawiamy was z takim pytaniem otwartym.

Z drugiej strony Hiszpan pokazał, że wciąż wie, jak obracać się w świecie poważnej piłki. Zawsze ma plan i go realizuje. Po okresie, w którym wypadł z radarów, udowodnił, że można ślepo zawierzyć jego pracy. Szef, pan dyrektor, nazewnictwo jest w tym przypadku dowolne.

W kuluarach sugerowano, że praca z „Los Verdiblancos” dała mu mocno w kość. Zapewne tak było, bo nie ma podstaw ku temu, by zadać kłam tej hipotezie. Choć nie pracuje już w klubie z Estadio Benito Villamarin nadal mieszka w Sewilli. Świetnie się tam czuje i zbiera siły na kolejne wyzwania. Niewykluczone, że ma już jakiś papier na swoim biurku i tylko czeka na odpowiedni moment, by przekazać wieści światu. Ale tak w swoim stylu, po cichu i gdy już wszystko będzie dopięte na ostatni guzik.

WIĘCEJ O HISZPAŃSKIM FUTBOLU:

Fot. Newspix.pl

Redakcyjny defensywny pomocnik z ofensywnym zacięciem. Dziennikarski rzemieślnik, hobbysta bez parcia na szkło. Pochodzi z Gdańska, ale od dziecka kibicuje Sevilli. Dzięki temu nie boi się łączyć Ekstraklasy z ligą hiszpańską. Chłonie mecze jak gąbka i futbolowi zawdzięcza znajomość geografii. Kiedyś kolekcjonował autografy sportowców i słuchał do poduchy hymnu Ligi Mistrzów. Teraz już tylko magazynuje sportowe ciekawostki. Jego orężem jest wyszukiwanie niebanalnych historii i przekładanie ich na teksty sylwetkowe. Nie zamyka się na futbol. W wolnym czasie śledzi Formułę 1 i wyścigi długodystansowe. Wierny fan Roberta Kubicy, zwolennik silników V8 i sympatyk wyścigu 24h Le Mans. Marzy o tym, żeby w przyszłości zobaczyć z bliska Grand Prix Monako.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Hiszpania

Laporta: Uratowaliśmy instytucję z ruiny, jesteśmy najlepszym klubem na świecie

Damian Popilowski
2
Laporta: Uratowaliśmy instytucję z ruiny, jesteśmy najlepszym klubem na świecie

Komentarze

6 komentarzy

Loading...