Reklama

Trela: Paradoks Francji. Mecz-alibi Michniewicza i zarazem paliwo dla jego krytyków

Michał Trela

Autor:Michał Trela

05 grudnia 2022, 09:31 • 9 min czytania 99 komentarzy

Polska uniknęła blamażu, można sobie nawet wyobrazić, że to spotkanie potoczyłoby się dla niej lepiej. Selekcjoner może pokazywać niektóre akcje z pierwszej połowy i mówić, że jego drużyna ma też bardziej ofensywną twarz. Ale to broń obosieczna. Bo na podstawie meczu z Francją da się też obronić tezę, że Polska naprawdę ma potencjał, którego nie wykorzystuje.

Trela: Paradoks Francji. Mecz-alibi Michniewicza i zarazem paliwo dla jego krytyków

Każdy kibic zna ten irracjonalny mechanizm w swojej głowie. Na tydzień przed meczem z bardzo silnym rywalem nie ma się żadnych złudzeń co do wyniku i marzy się tylko o honorowej porażce. W poranek dnia meczowego pojawia się nieśmiała myśl, że może akurat ten jeden raz na dziesięć się uda. A gdy piłkarze wchodzą na murawę, zaczyna się w to święcie wierzyć, przez co po nieuniknionej porażce znów zostaje się z uczuciem rozczarowania. I ze złością na samego siebie, że człowiek znów dał się owładnąć własnym złudzeniom oraz przyrzeczeniem, że zdarzyło się to ostatni raz. Ale przy kolejnym meczu cykl zwykle się powtarza.

Przed starciem Polski z Francją jednak nawet przy odgrywaniu hymnów trudno było się oszukiwać. Przepaść między obiema drużynami wydawała się zbyt duża, by w ogóle wyobrażać sobie jakąś niespodziankę. Brakowało fantazji, by nakreślić scenariusz, który mógłby doprowadzić do wyeliminowania przez Polaków mistrzów świata. Gdyby rywale bazowali na jednej wybitnej jednostce albo jakimś określonym sposobie gry, można by jeszcze liczyć, że uda się go jakoś zneutralizować. Jednak przy niesamowitej różnorodności i wachlarzu francuskich możliwości, ekstremalnie trudno było znaleźć punkt zaczepienia do optymizmu.

Tym bardziej zaskakujące było to, co działo się w pierwszych czterdziestu minutach spotkania, gdy zastosowanie znalazła jedna z najbardziej wyświechtanych, ale jednak prawd futbolu, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Z całego repertuaru sposobów, w jaki Francuzi mogli rozegrać ten mecz, wybrali akurat taki, który pozwolił Polakom się łudzić. I na którym mogli się nawet przejechać. O ile przed meczem trzeba było dużej fantazji, by wyobrazić sobie, jak Polska miałaby ten mecz wygrać, o tyle po nim można już sobie wyobrazić alternatywną rzeczywistość, w której to zawodnicy Czesława Michniewicza meldują się w ćwierćfinale. Prawdopodobieństwo takiego przebiegu meczu nie było wysokie, ale jednak istniało.

Reklama

Bierni rywale

Francuzi postanowili wykorzystać to, co dla wszystkich na świecie po trzech meczach tego mundialu było ewidentne: Polacy nie lubią mieć piłki przy nodze i nie wiedzą, co z nią zrobić. Najchętniej okopywaliby się w okolicach własnego pola karnego i tylko wybijali piłkę. Zawodnicy oraz trener zapowiedzieli inną grę w 1/8 finału, więc kolejny futbol na nie, jak w meczach z Meksykiem i Argentyną, nie wchodził w grę.

A rywale właśnie to postanowili wykorzystać: zaprosić Polaków do rozgrywania, pozostawić im złudzenie kontroli nad meczem, a samemu wbiegać w pozostawiane przestrzenie za plecami polskich obrońców. Francuzi bronili w sposób bierny, zdezorganizowany, Olivier Giroud i Kylian Mbappe w ogóle nie doskakiwali do rozgrywających polskich stoperów, Ousmane Dembele niechętnie wspomagał Julesa Kounde w obronie. Do tego sprawiali wrażenie zdekoncentrowanych. Źle weszli w mecz i nawet po przechwycie piłki rozgrywali ją gorzej, niż potrafią. Nie przeszkodziło im to stworzyć jednej stuprocentowej sytuacji (pudło Giroud z kilku metrów), ale dało się dostrzec, że oddanie kontroli nad meczem poszło o krok za daleko.

Reżyser Zieliński

Słabym punktem francuskiego planu było to, że okazało się, że to nie jest wcale tak, że Polacy kompletnie nie potrafią rozgrywać i zupełnie nie wiedzą, co zrobić z piłką. Ustawienie Piotra Zielińskiego w środkowej strefie, w roli środkowego pomocnika, a nie podwieszonego napastnika czy fałszywego skrzydłowego, a co najważniejsze, częste przekazywanie mu piłki, sprawiło, że polska gra nabrała większej ogłady. Tak dzieje się zawsze, gdy Zieliński często ma piłkę przy nodze, a nie jest zmuszony do biegania za nią albo patrzenia, jak przelatuje mu nad głową. Obecność Sebastiana Szymańskiego i zagrania Jakuba Kiwiora sprawiały, że nagle Polacy byli w stanie wykonać kilka podań, a nawet dostać się w okolice pola karnego. W żadnej z pięciu najczęstszych kombinacji podań tym razem nie było Wojciecha Szczęsnego.

Potrójna szansa

Lepsza gra z piłką przy nodze doprowadziła wreszcie do idealnej sytuacji. Po bardzo ładnej akcji z odrobiną szczęścia przy podaniu od Bartosza Bereszyńskiego Zieliński miał okazję przypominającą rzut karny. Nie wykorzystał jej, nie udało się też wepchnąć piłki do bramki z dwóch dobitek. Już wcześniej Polacy mieli kilka obiecujących akcji, których nie udało się wykończyć przez złe decyzje chaotycznego dziś Roberta Lewandowskiego — strzał z dystansu zamiast prostopadłego podania, a później rozgrywanie zamiast strzału — ale ta szansa była kluczowym momentem: gdyby udało się ją wykorzystać, bierność Francuzów i oddanie inicjatywy zostałoby skarcone. Można gdybać, że w takiej sytuacji mecz mógłby się potoczyć w inną stronę.

Atuty i deficyty

Ta bodaj najlepsza faza Polaków pozostawia poczucie straconej szansy, ale nie w kontekście tego meczu — nawet gdyby udało się ją zakończyć golem, Francuzi pewnie i tak by wygrali, zbyt dużą mają przewagę w umiejętnościach — lecz całego turnieju. Bo ta faza potwierdziła to, co wiele osób podejrzewało — że ta drużyna mogłaby grać inaczej. Że nie jest złożona wyłącznie z zawodników, którzy nie potrafią. Jednocześnie było przy tym widać, że nie jest łatwo nauczyć się dobrej gry atakiem pozycyjnym z dnia na dzień, gdy ćwiczy się ciągle coś zupełnie innego i wmawia się sobie, że trzeba grać tylko bezpiecznie.

Polacy próbowali często diagonalnych przerzutów, które niewiele dawały, ale nie wykorzystywali przestrzeni w środku i między liniami, którą Francuzi im zostawiali. Zieliński brał grę na siebie, na co przyjemnie się patrzyło, ale jednocześnie inni, jak Grzegorz Krychowiak, unikali inicjatywy jak ognia. Było w tym spotkaniu mnóstwo momentów, w których Krychowiak, zamiast próbować odwrócić się i sprawdzić dostępne opcje, natychmiast odgrywał do tyłu. Albo takich, w których Glik, zamiast stworzyć opcję do krótkiej gry Szczęsnemu, ustawiał się tak, że bramkarz musiał zagrywać długie podania. W ofensywie Matty Cash podejmował już znacznie gorsze decyzje niż w grze obronnej. A Jakub Kamiński pokazał, że na tym poziomie, bazując głównie na szybkości, nie jest w stanie zrobić różnicy, zwłaszcza gdy gra na przynajmniej równie szybkiego obrońcę, jak Theo Hernandez. Deficyty w różnych częściach zespołu przy takiej grze były aż nadto widoczne.

Reklama

Grzech pierworodny

Z drugiej jednak strony, można się zastanawiać, czy gdyby zespół już wcześnie nastawił się na granie w piłkę, a nie tylko przeszkadzanie, gdyby trener przy powołaniach dobrał zawodników mających więcej atutów z piłką przy nodze niż bez niej, gdyby przy wyborze składu było przyzwolenie na wstawienie w miejsce Glika stopera lepiej czującego się z piłką przy nodze, a w miejsce Krychowiaka kogoś, kto jak nawet Krystian Bielik, stara się z piłką przy nodze robić coś więcej, niż tylko oddać do najbliższego, deficytów nie byłoby dziś mniej, a w drugiej połowie, przy konieczności gonienia wyniku, nie byłoby więcej argumentów. Być może odważniej grający zespół w ogóle nie wyszedłby z grupy. Ale być może ten zespół miał grzech pierworodny, którym było przesadne nastawienie na defensywę. Tego się już nie dowiemy.

Seria drobnych pomyłek

Powodem tego, że takie rozważania trzeba ostatecznie snuć dzisiaj, a nie za kilka dni, było otrzeźwienie, które nastąpiło we francuskim zespole po tamtej potrójnej szansie dla Polski. Francuzi tuż przed golem mieli pierwszy w tym meczu moment, w którym dłużej wymienili piłkę, zmieniając strony ataku. Poczuli się pewniej i błyskawicznie wykorzystali błędy w ustawieniu polskiej obrony. Glik opuścił swoją strefę, próbując przeczytać grę i uwolnił przestrzeń, w którą wbiegł Giroud. Kiwior był blisko napastnika Milanu, ale nie pobiegł za nim do końca akcji. Bereszyński złamał linię spalonego, Cash nie doskoczył do zagrywającego Mbappe, Szczęsny zaś, spekulując, że napastnik przyjmie sobie piłkę bardziej do przodu, wyskoczył z bramki, też nie będąc ustawionym optymalnie. Cała defensywa w komplecie może się czuć współodpowiedzialna za tego gola. A gdyby choć jeden z jej członków zachował się lepiej, być może udałoby się dotrwać z bezbramkowym wynikiem do przerwy.

Radar Glika

Francuzi mieli, czego potrzebowali, ale do 74. minuty nie byli w stanie podwyższyć prowadzenia. Choć Polacy nie potrafili wykreować groźnych sytuacji, wynik wciąż był na styku, co z perspektywy faworyta rodziło jakieś ryzyko niepowodzenia. Zawodnicy Michniewicza nadziali się jednak na kontratak wyprowadzony przez Dembele, za którym w spacerowym tempie wracał Bielik, wprowadzony przecież chwilę wcześniej. Być może, gdyby ruszył na własną połowę z większym przekonaniem, zdołałby przeciąć podanie do Mbappe. Znów nie najlepiej przy golu zachował się Glik, który bardzo mocno zszedł do środka, do strefy, w której nie pilnował nikogo, zostawiając za plecami mnóstwo przestrzeni dla Mbappe.

Żadna drużyna, nawet goniąc wynik, nie może sobie pozwolić na to, by piłkarz tej klasy, nieatakowany przez nikogo, trzy razy poprawił sobie piłkę w polu karnym, starannie ustawił ją sobie na 15. metrze, jakby wykonywał rzut wolny, tyle że bez muru. Glik nawet po takim czasie nie doskoczył do piłkarza PSG, tylko schował ręce za plecy i wykonał próbę bloku, stojąc metr od gwiazdy Francuzów. Nic dziwnego, że po czwartym kontakcie francuskiej gwiazdy z piłką, Szczęsny musiał wyciągać ją z siatki. Podobną próbę bloku na alibi stoper Benevento podjął zresztą przy drugim golu Mbappe, a trzecim dla Francji. Dopóki Polacy na tym turnieju skupiali się na obronie pola karnego, weteran jeszcze jakoś sobie radził. Gdy jednak trzeba było bronić na większej przestrzeni, zagrał już znacznie słabiej.

Dobre wejście Grosickiego

Gola na otarcie łez Polacy strzelili po dośrodkowaniu Kamila Grosickiego, którego wejście należy ocenić bardzo pozytywnie. W krótkim czasie zrobił więcej niż większość polskich skrzydłowych na tym turnieju. Kamiński przeciwko Francji nie był w stanie zrobić żadnej różnicy, ale i tak prezentował się lepiej niż Nicola Zalewski, którego chyba przytłoczyła ranga turnieju i który nie pokazał żadnych atutów. Przemysław Frankowski imponował błyskawicznymi powrotami do obrony, po których było widać, że to zawodnik na co dzień grający jako wahadłowy. Stanowił w meczu z Francją nieocenione wsparcie dla Bereszyńskiego przy próbach neutralizowania Dembele. Ale w ofensywie Grosicki po raz kolejny okazał się dla reprezentacji pożytecznym piłkarzem. Polacy mogli dzięki niemu skorygować wynik na wyglądający trochę lepiej, a przy tym pożegnać się z turniejem strzeleniem gola.

Błędne założenie

Michniewicz meczem z Francją dostał alibi, bo na jego przykładzie może pokazać, że kadra nie gra tylko defensywnie i potrafi też pokazać z silnym rywalem inną twarz. Kibice, którzy obawiali się blamażu, mogli odetchnąć z ulgą. Dostali kilka momentów odważniejszej gry, które sprawiły, że Polska odpadła jak normalny zespół w starciu z silniejszym rywalem, a nie jakieś pośmiewisko niepasujące do towarzystwa.

W takim razie wszyscy zadowoleni? Nie do końca, bo można by spytać, czy naprawdę nie można było chociaż zalążka tej gry z pierwszej połowy pokazać choć trochę wcześniej? Bo przedmeczowe założenie sztabu Francji jednak okazało się błędne: Polacy, gdy odda się im piłkę, czasem jednak wiedzą, co z nią zrobić. Wcześniej po prostu tego nie chcieli.


WIĘCEJ O MISTRZOSTWACH ŚWIATA W KATARZE:

Fot. FotoPyK

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Mistrzostwa Świata 2022

Komentarze

99 komentarzy

Loading...