Reklama

Mit „garra charrua” wiecznie żywy. Urugwaj wraca do domu

Mateusz Janiak

Autor:Mateusz Janiak

02 grudnia 2022, 18:52 • 4 min czytania 8 komentarzy

Urugwaj wygrał, ale przegrał. Bilans bramkowy wyrasta na najmocniejszą kartę w talii, bo kolejna ekipa została wyeliminowana za sprawą goli, a nie różnicy punktów. La Celeste zabrakło jednej bramki.

Mit „garra charrua” wiecznie żywy. Urugwaj wraca do domu

„Garra charrua” to niezłomność. To wola walki nawet, kiedy nie idzie, a może przede wszystkim wtedy. To siła, która pozwala postawić się mocniejszym. To spryt, która pomaga przechytrzyć niesprzyjający los. To duch zwycięstwa. To dosłownie „pazur Charrua”, od nazwy plemienia zamieszkującego Urugwaj dawno, dawno temu, które hardo stawiało się Hiszpanom, Portugalczykom, Brytyjczykom i wreszcie Brazylijczykom. To część tożsamości Urugwajczyków, która znowu dała o sobie znać i wystarczyła do odniesienia pierwszego zwycięstwa w trwającym mundialu.

Ghana – Urugwaj 0:2. Znowu Suarez

Po dwóch słabiutkich występach bez strzelonego gola większość świata widziała Urugwaj wracający do domu bez punktów. Ale w listopadzie 2021 po czterech porażkach z rzędu poniesionych w eliminacjach mundialu większość świata nie widziała La Celeste w turnieju w Katarze, więc nie ma znaczenia, co widzi większość świata. Nie w przypadku tego niespełna 3,5-milionowego narodu, który wyrósł w cieniu Argentyńczyków i Brazylijczyków.

W krytycznym momencie „pazur Charrua” pokazał Luis Suarez. Znowu Luis Suarez – z perspektywy Ghany. Przecież to jego ręka 12 lat temu zatrzymała w ostatniej minucie dogrywki piłkę lecącą do bramki, a Asamoah Gyan spartolił karnego i później w serii jedenastek awans do półfinału mistrzostw świata w RPA zapewnił sobie Urugwaj. Znowu on, choć tym razem po prostu błyszczał w ofensywie. Może i 35 lat na karku, kopie już w słabej ojczystej lidze, sylwetka i szybkość nie ta, co kiedyś, ale ciągle ma to coś.

Reklama

Suarez dwukrotnie wykorzystał słabość defensywy Black Stars. Raz – zatańczył w polu karnym, jak za najlepszych czasów, i uderzył w ten sposób, że nawet obdarzonym fenomenalnym refleksem Lawrence Ati-Zigi nie zdołał interweniować całkowicie skutecznie. Co prawda odbił piłkę, ale tak, że zdążył do niej dopaść Giorgian de Arrascaeta. Dwa – genialnie podał głową do niepilnowanego de Arrascaety, a ten świetnym wolejem dobił chwiejnych przeciwników. Dobił, bo mimo że do końca razem z doliczonym czasem brakowało dobrze ponad godzinę, Ghana nie dała rady odwrócić wyniku.

Jednak to nie wystarczyło Urugwajowi do awansu do 1/8 finału ze względu na wygraną Korei Południowej z Portugalią 2:1. Zabrakło jednej zdobytej bramki i tym samym mit „garra charrua” dał o sobie znać w pełnej okazałości. Bo waleczne plemię Charrua faktycznie było harde i niezłomne, do czego chętnie wielokrotnie nawiązywali reprezentanci La Celeste, ale przecież ostatecznie nie zdołało oprzeć się najeźdźcom. Finalnie wyginęło w latach 30. XIX wieku w walce lub niewoli. Silniejsi wygrali, a dzisiaj ich potomkowie – Portugalczycy – nie pomogli.

Ghana w slow motion

Inna sprawa, że Urugwaj powinien mieć pretensje głównie do siebie, a może przede wszystkim do selekcjonera. W trakcie drugiej połowy Alonso zmienił Suareza, de Arrascaetę i Darwina Nuneza, czym znacznie zmniejszył siłę rażenia. Istotnie zespół z Ameryki Południowej i tak nie sprawiał wrażenia zainteresowanego ofensywą, ale gdyby musiał nagle zacząć zaprzątać sobie głowę atakowaniem, przynajmniej miałby kto to zrobić. A tak kiedy faktycznie nagle – gdy Korea Południowa w równoległym spotkaniu strzeliła drugiego gola – musiał, nie było komu szturmować pola karnego przeciwników. Minimalizm został brutalnie ukarany, bilans bramkowy zadecydował o eliminacji. Tym razem większość świata jednak widziała dobrze…

Aczkolwiek największymi przegranymi tej grupy są Black Stars. Przy takim zwycięstwie Koreańczyków z Południa im każdy remis dawał awans, a zaprezentowali się słabiutko. Najlepszym podsumowaniem ich postawy był karny Andre Ayew. Tak, tak, była jedenastka, przy 0:0, koncertowo zmarnowana przez kapitana, a obroniona przez Sergio Rocheta. Ayew wykonał ją w trybie slow motion i właśnie tak ruszali się jego koledzy (no, może poza Mohammedem Kudusem). Wielki regres względem pierwszych dwóch kolejek i zasłużona porażka.

Podsumowując – dla jednych i drugich to pożegnanie z turniejem.

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ O MISTRZOSTWACH ŚWIATA:

foto. FotoPyk

Rocznik 1990. Stargardzianin mieszkający w Warszawie. W latach 2014-22 w Przeglądzie Sportowym. Przede wszystkim Ekstraklasa i Serie A. Lubi kawę, włoskie jedzenie i Gwiezdne Wojny.

Rozwiń

Najnowsze

Mistrzostwa Świata 2022

1 liga

Motor w wielkim finale barażu o Ekstraklasę. „Oni już byli. Teraz pora na nas!” [REPORTAŻ]

Jakub Radomski
14
Motor w wielkim finale barażu o Ekstraklasę. „Oni już byli. Teraz pora na nas!” [REPORTAŻ]

Komentarze

8 komentarzy

Loading...