Na ślad bodaj jedynego polskiego trenera, który prowadził pierwszoligowy zespół w Ameryce Łacińskiej, natrafiłem zupełnym przypadkiem. Podczas przeglądania listy trenerów niedawnego mistrza Meksyku, Atlasu z Guadalajary, moją uwagę przykuło znajomo brzmiące nazwisko. Wasilewski, 1986 rok. Wklepanie mnóstwa kombinacji do wyszukiwarki zarówno po polsku, jak i po hiszpańsku, nie dało prawie żadnych efektów. Ów Wasilewski wydawał się zupełnie zapomniany w Polsce i w Meksyku, a to rozbudzało ciekawość jeszcze bardziej. Kim był? Jak znalazł się na drugim końcu świata? Jakie były jego losy? Czy w ogóle jeszcze żyje? Ta sprawa wręcz prosiła się o zbadanie.

Z Łomży do Guadalajary. Jak polski trener modernizował meksykańską piłkę

Po tygodniach grzebania w archiwalnych wydaniach meksykańskich gazet, korespondencji z tamtejszymi dziennikarzami i historykami futbolu powoli odkrywałem życiorys tej postaci. To – w myśl powiedzenia o nitce i kłębku – była właśnie nitka. A kłębkiem i uwieńczeniem poszukiwań okazała się rozmowa z nim samym. Trener Waldemar Wasilewski wspomina swoją intrygującą życiową drogę z peerelowskiej Łomży do kolorowego Meksyku.

***

Było słoneczne, październikowe popołudnie 1982 roku. Atmosfera przed ośrodkiem treningowym meksykańskiej federacji jest tak gęsta, że można by ją kroić nożem. I nie chodzi tylko o unoszący się w powietrzu smog, który już wtedy był utrapieniem ogromnej aglomeracji Mexico City. Mężczyzna stara się rzeczowo odpowiadać na pytania dziennikarzy, choć z trudem ukrywa złość i bezsilność. Wygląda na obcokrajowca, nie włada perfekcyjnym hiszpańskim, na oko jest przed czterdziestką i raz po raz nerwowo puszcza dym z papierosa. „Muszę teraz porozmawiać z chłopakami. Wiem, że to dla nich ogromny cios. Poświęcili mnóstwo czasu, zostawili swoje szkoły, rodziny, pieniądze, a zrezygnowano z nich z dnia na dzień. Nie wiem, co teraz zrobią. Po prostu zabito ich ideały” – tłumaczy zgromadzonym. „Tyle włożonej pracy i środków, tyle nadziei… A tymczasem tę reprezentację najzwyczajniej wyrzucono do kosza na śmieci” – napiszą nazajutrz meksykańskie gazety.

***

Nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy Waldemar Wasilewski musiał zmierzyć się z chaosem i zacofaniem panującym wówczas w meksykańskim futbolu. -Plan rozwoju? A gdzie tam. Nic takiego nie istniało. Talentów w Meksyku było mnóstwo, ale nie miał ich kto szlifować. Nie mieli nawet własnej szkoły trenerskiej. Zajęcia to był aerobik. Sale gimnastyczne, gumy, ciągle zajęcia bez piłki. Inny świat – opowiada 78-letni dziś Wasilewski, z którym spotkałem się zdalnie w kawiarni w Guadalajarze.

Jego opowieść jest doskonałym dowodem na to, że cztery dekady w piłce nożnej to wręcz lata świetlne. Wówczas Meksyk pod względem szkolenia młodzieży był piłkarskim trzecim światem, a w seniorskiej piłce „wiecznym nastolatkiem”. Wasilewski harował miesiącami, aby wprowadzić tam wyższe standardy. Kiedy na początku lat 80. polski trener przyleciał do kraju Azteków, El Tri w dotychczasowych ośmiu startach na mundialach wyszli z grupy tylko raz. Kiedy o gwiazdach Górskiego mówił cały świat, ich po eliminacyjnym blamażu z Haiti zabrakło nawet na mistrzostwach świata. Cztery lata później w Argentynie skończyli na ostatnim miejscu w grupie. Za Polską i RFN, ale nawet za Tunezją. Do historii przeszła anegdota z meczu z Niemcami. Meksykański bramkarz Pilar Reyes po starciu z Karlem-Heinzem Rummenigge musiał zejść z boiska przy stanie 0:3 i resztę spotkania spędził w gabinecie lekarskim przy stadionie. Jego zmiennik Pedro Soto odwiedził go po meczu.

– I co, Pedrito, ile było? – zapytał podekscytowany Reyes.

– Zremisowaliśmy.

– Jak to? Zremisowaliśmy 3:3 z Niemcami? To wspaniale!

– Nie, Pilarico. Strzelili trzy gole tobie i trzy mnie. Zremisowaliśmy.

Dziś to już nie 0:6 z Cordoby jest w Meksyku najczęściej wspominanym wynikiem z Niemcami, ale słynne 1:0 po bramce Hirvinga Lozano. I choć żadna z El Tri światowa potęga, to i tak możemy z zazdrością patrzeć na ich siedem z rzędu udanych przepraw przez fazę grupową. Albo na osiągnięcia w piłce młodzieżowej. W XXI wieku to cztery finały mistrzostw świata U-17 (z czego dwa wygrane), półfinał mistrzostw świata U-20, złoty i brązowy medal igrzysk olimpijskich, federacja wydająca dużą kasę, aby młodzieżówki były starannie przygotowane do dużych turniejów. No i wreszcie bogata, mocna i wyrównana Liga MX, najchętniej oglądana liga piłkarska w USA, która zestawiona z Ekstraklasą wygląda jak przysłowiowy syn koleżanki mamy każdego z nas.

Waldemar Wasilewski przez te wszystkie lata oglądał z bliska postęp meksykańskiej piłki. I choć sam pewnie tego nie przyzna, dołożył do niego swoją cegiełkę. Przenieśmy się więc do tamtych czasów, by zobaczyć, jak szkoleniowiec z Łomży nauczał Meksykanów nowoczesnego futbolu.

***

– Meksyk to był przypadek – zaczyna swoją historię trener Wasilewski. Mówi płynnie po polsku, choć cztery dekady spędzone w Ameryce Łacińskiej zrobiły swoje i wtrąca czasem słowa po hiszpańsku. W dalszej części rozmowy przeszliśmy zresztą na ten język. – Skończyła mi się umowa w klubie, a za sprawą Polskiego Komitetu Olimpijskiego pojawiła się okazja na kontrakt zagraniczny.

Początkowo jednak nie za Atlantyk, a w zupełnie innym kierunku. – Miałem lecieć do Kataru. Wszystko było dogadane, ale w ostatniej chwili coś się wysypało. W PKOl-u powiedzieli mi o opcji z Meksyku. Usłyszałem od nich: „albo jedziesz do Meksyku, albo nigdzie. Masz trzy dni na decyzję”. No więc spakowałem się i poleciałem. Byłem już po rozwodzie, więc pewnie przyszło mi to łatwiej niż innym – wspomina.

W chwili opuszczenia kraju Wasilewski miał 37 lat, świetne wykształcenie i pierwsze samodzielne sukcesy trenerskie. Zaczynał grać w piłkę w rodzinnej Łomży, występował w reprezentacji województwa białostockiego. Następnie podjął decyzję o wyjeździe na studia do stolicy. Ukończył warszawski AWF z tytułem magistra i grał na niższych szczeblach ligowych w tamtejszym AZS-ie. Kształcił się pośród najtęższych umysłów trenerskich Polski Ludowej i nie tylko. W tamtym czasie z AWF-em byli związani Andrzej Strejlau, Antoni Piechniczek, Waldemar Obrębski czy Andrzej Zamilski, a to zaledwie początek wyliczanki. -Wzięli nas, młodych chłopaków z AWF-u, do Gwardii Warszawa. Byłem tam asystentem Bogusia Hajdasa i trenowałem rezerwy – opowiada Wasilewski. Stamtąd przeniósł się do Błonianki Błonie, a później był FSO Polonez Warszawa, z którym zrobił awans do II ligi. Na pierwszoligowym zapleczu prowadził jeszcze Poloneza do końca rundy jesiennej.

pastedGraphic_1.pngZdj. polska-pilka.pl

Za ocean poleciał samotnie, bez znajomości języka, choć to nie on jako pierwszy zaszczepił tam polską myśl trenerską. Polskiemu i meksykańskiemu komitetowi olimpijskiemu zdarzały się już podobne współprace. – W Meksyku pracowali już wtedy z lekkoatletami Jerzy Hausleber i Tadeusz Kępka. Trafili tam w latach 60., przed igrzyskami w Mexico City. Później był Edmund Potrzebowski [trener przygotowania fizycznego u Bory Milutinovicia w klubie Pumas UNAM i reprezentacji Meksyku – przyp. MM], a na końcu przyleciał Andrzej Skiba od podnoszenia ciężarów. I to tyle – wylicza Wasilewski, który na starcie został jedną z twarzy nowego projektu.

Na czym on polegał? Cóż, obrazowo rzecz ujmując Meksykanie walnęli pięścią w stół. Gigant Ameryki Północnej właśnie został upokorzony po raz kolejny – El Tri nie potrafili awansować na Mistrzostwa Świata 1982, oglądając w kwalifikacjach plecy maluczkich z Hondurasu i Salwadoru. Nie pomógł nawet arcyzdolny Hugo Sánchez, który dopiero co przeniósł się z rodzimej ligi do Atlético Madryt. Na spalonej ziemi zamierzano zasadzić nowe plony, a tak się składało, że Meksykowi przyznano organizację młodzieżowych mistrzostw świata w 1983 roku. Meksykański związek zakończył współpracę z dotychczasową kadrą trenerską i postawił na nowe rozdanie.

Zadanie skompletowania i poprowadzenia meksykańskiej młodzieżówki na domowym mundialu przydzielono właśnie Waldemarowi Wasilewskiemu. Wykształcony fachowiec z Polski, wówczas z lepszego piłkarskiego świata, chociaż nie na wszystkich robiło to wrażenie. „Nie ma odpowiednich kompetencji” – oceniał dziennik El Informador. „Wolałbym zająć ostatnie miejsce z meksykańskim trenerem, niż pierwsze miejsce z zagranicznym” – grzmiał legendarny szkoleniowiec Ignacio Trelles. Tego typu nieprzyjemności były jednak tylko drobnym akcentem. – Szczerze? Nigdy nie odczułem tam, żebym był gorzej traktowany z powodu bycia obcokrajowcem – wyjaśnia Wasilewski.

Do młodzieżowego mundialu zostało półtora roku. Polski trener zakasał więc rękawy i… już na starcie zderzył się z brakiem profesjonalizmu. „Inny świat” – to określenie padnie jeszcze podczas naszej rozmowy nie raz i nie dwa. – Piłkarskie talenty są w Meksyku na każdym kroku, ale zupełnie nie potrafiono z nimi pracować. Brakowało trenerów, nikt nie rozpisywał planów treningowych. W szkołach nie było WF-u. Dopiero lata później utworzono ligi młodzieżowe. Do tego różnica w mentalności. W Meksyku na piłkarzy nie mogłeś krzyczeć. Kiedy kazałeś im zrobić dziesięć powtórzeń, robili siedem. Działacze ciągle się między sobą spierali – narzeka Wasilewski. W nowych realiach szybko został zaszufladkowany jako „el polaco con mano dura”.

Polak z twardą ręką.

***

pastedGraphic_2.pngZdj. El Informador

I jak przy takim zamieszaniu organizacyjnym zebrać i wyszkolić trzydziestu chłopaków z kraju wielkości Europy? Punktem wyjścia miał być turniej im. Benito Juáreza. Coroczne święto piłki młodzieżowej, kiedy do stolicy zjeżdżały reprezentacje wszystkich 36 stanów Meksyku. Daje to plus minus 780 piłkarzy. Z nich Wasilewski wyselekcjonował najzdolniejszych. Planował dorzucić do nich jeszcze najlepszych juniorów z czołowych meksykańskich klubów, ale tutaj pojawiły się schody. Niekończące się konflikty pomiędzy działaczami z sektora profesjonalnego i amatorskiego doprowadzały polskiego szkoleniowca do białej gorączki. „Wygląda to tak, jakby klubom zależało, żeby nasza reprezentacja się skompromitowała. Nie rozumiem, z jakiego powodu odmawia się nam wszystkiego i rzuca się kłody pod nogi. Nasze postępy są powolne i prawie niezauważalne, ale naprawdę możemy coś osiągnąć. Nawet bez pomocy sektora profesjonalnego” – wściekał się w rozmowach z dziennikarzami.

A to dopiero początek problemów. Młodzieżówka Wasilewskiego miała lecieć na mecze towarzyskie do ZSRR i Chin. Zostały jednak odwołane przez meksykańską federację. Powód? Brak pieniędzy. Priorytetem działaczy było wtedy ubieganie się o organizację mistrzostw świata 1986 i pozostałe sprawy traktowano – delikatnie mówiąc – drugorzędnie. Związku nie było stać na opiekę medyczną w ośrodku treningowym reprezentacji. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Kiedy podczas zajęć kontuzji doznał jeden z piłkarzy, pomocy musiał udzielić mu sam Wasilewski. Innym razem na treningu jego podopieczny złamał kość w stopie. W ośrodku nie było nawet apteczki! Szczęśliwie w pobliżu przebywał akurat lekarz juniorów amerykańskiego San Diego Sockers. Skombinowano prowizoryczne bandaże z koszulek piłkarzy, a pechowca przeniesiono do szpitala na… ławce rezerwowych. Bo przecież o noszach nikt z działaczy nie pomyślał.

Nawet przy takich warunkach podopieczni Polaka wygrali turniej w belgijskim Mons. – Wracając z Belgii do Meksyku, mieliśmy przesiadkę w Madrycie. Tam na lotnisku przypadkowo spotkaliśmy Leo Beenhakkera. To było zaraz przed mistrzostwami świata w Hiszpanii. Podszedłem do niego i spytałem, czy nie przywitałby się z meksykańskimi piłkarzami. „To seniorzy czy juniorzy?” – zapytał. Kiedy odpowiedziałem, że juniorzy, odmówił – wspomina Wasilewski.

Pomimo triumfu w Belgii wyniki jego kadry nie napawały jednak optymizmem. Młodzieżówka potrafiła wysoko przegrywać sparingi z meksykańskimi klubami – 1:3 z Deportivo Neza czy 0:5 z Tolucą. To wzbudzało niepokój, choć Wasilewski tonował nastroje w myśl maksymy „trust the process”.

Próbą generalną przed młodzieżowym mundialem miał być Torneo João Havelange, zaplanowany na listopad 1982 w Acapulco. Mocna obsada – swoje talenty miały przysłać Argentyna, Brazylia czy ZSRR. Oczywiście i tutaj nie mogło się obejść bez meksykańskiego miszmaszu. Turnieju o mały włos nie odwołano, bo federacja zażądała zbyt dużo kasy od władz miasta.

Największe wariactwo miało jednak dopiero nadejść. Mianowicie władze federacji 20 dni przed Torneo João Havelange doszły do wniosku, że tak w zasadzie to najważniejsze jest wygranie tego turnieju, a jako że reprezentacja Wasilewskiego gra za słabo, to po prostu ją… rozwiązano. Ot tak, z dnia na dzień. Zostawiono na lodzie piłkarzy, którzy od miesięcy pracowali pod okiem polskiego trenera, a dla kariery piłkarskiej zostawili szkołę i często przeprowadzili się do Mexico City z innych części kraju. A młodzieżowy mundial? No, jakoś to będzie. Coś do tego czasu wymyślimy.

Nawiasem mówiąc, cała historia z Torneo João Havelange zakończyła się w takim samym stylu. Jak donosił El Informador, w miejsce ekipy Wasilewskiego działacze zapragnęli wystawić rezerwy klubu Deportivo Toluca, dopóki Bora Milutinović, ówczesny dyrektor sportowy reprezentacji Meksyku, przytomnie nie zauważył, że… dziesięciu z nich przekracza dozwolony wiek (19 lat i 11 miesięcy). Niestety trzeźwego oka Bory zabrakło sześć lat później, kiedy za wystawianie zbyt starych piłkarzy w młodzieżówce Meksyk został wykluczony przez FIFA z MŚ 1990.

Na młodzieżowym mundialu 1983 drużyna Meksyku, prowadzona już przez Mario Velarde, zajęła oczywiście ostatnie miejsce w grupie.

***

pastedGraphic_3.pngZdj. El Informador

– Grzegorz Lato? Pomagałem jego rodzinie załatwiać wszystkie sprawy, kiedy przeprowadzał się do Meksyku – trener Wasilewski przywołuje czasy, gdy przenosiny polskiego gwiazdora do klubu Atlante z Mexico City skradły czołówki meksykańskich gazet. Lata 80. były okresem, kiedy polskim drużynom dość często zdarzało się przylatywać do Ameryki Północnej. Pomoc rodaka na miejscu była nieoceniona. Organizował, służył kontaktami i poradą, był tłumaczem na konferencjach. – Podczas Mistrzostw Świata w 1986 roku jeździłem z reprezentacją Piechniczka. Załatwiałem im wszystko. Dzięki mnie zbudowano im od zera boisko treningowe – opowiada szkoleniowiec z Łomży. Innemu koledze z czasów AWF-u, Waldemarowi Obrębskiemu, asystował podczas tournée prowadzonej przez niego olimpijskiej reprezentacji Polski po Ameryce.

Odsunięcie Wasilewskiego od przygotowań do młodzieżowego mundialu nie oznaczało jego odejścia z federacji. Jeszcze przez półtora roku pracował przy kadrach różnych kategorii wiekowych, a także olimpijskiej. Poprowadził Meksyk na turnieju w Cannes. – Potem działacze znowu powymieniali trenerów, a nam podziękowano – mówi Wasilewski. Pytany o najsłynniejszych piłkarzy, z którymi pracował, rzuca właśnie nazwiskami z meksykańskiej młodzieżówki: Missael Espinoza czy Francisco „Abuelo” Cruz, którzy w przyszłości mieli zagrać dla El Tri na mistrzostwach świata. To właśnie pod okiem Polaka zaczynali karierę w narodowych barwach.

***

Nadszedł czas na nowe wyzwania. Już nie w Mexico City, ale w drugiej co do wielkości aglomeracji w Meksyku, mateczniku mariachi i tequili, Guadalajarze. Tamtejszy klub Atlas zatrudnił Wasilewskiego na stanowisku trenera przygotowania fizycznego. To duży klub, niedawny mistrz kraju. Swoje mecze rozgrywa na 56-tysięcznym Estadio Jalisco. Jeden z popularniejszych zespołów w Meksyku, z ambicjami sięgającymi czołowych lokat, choć zwykle niemającymi pokrycia w sile składu. Tak było i tym razem.

W sezonie 1986/87 Atlas radził sobie słabiutko. W październiku wyleciał ówczesny trener, Alfredo „Pistache” Torres, piłkarska legenda klubu. W kuluarach mówiono, że był zbyt miękki. Pobłażliwy pan, bardzo lubiany przez zawodników, ale brakowało mu silnego charakteru i drużyna widziała, że o trofea raczej z nim walczyć nie będą. Ponoć to sami piłkarze chcieli kogoś z bardziej surowym podejściem. Polak tymczasowo poprowadził zespół w duecie z młodym José Luisem Realem (w przyszłości Real jako trener Chivas Guadalajara dotrze do finału Copa Libertadores i mocno postawi na niejakiego Javiera Hernándeza). Wasilewski i Real wygrali mecz, ale Atlas wciąż szukał nowego szkoleniowca. W mediach przewijały się uznane nazwiska, jak Bora Milutinović czy Argentyńczyk Solari (zbieżność nazwisk z Santiago nieprzypadkowa).

Po dwóch tygodniach sondowania kandydatów działacze Atlasu ogłosili nowego szkoleniowca. Ku zaskoczeniu mediów okazał się nim nie kto inny, jak właśnie Waldemar Wasilewski. „Po odejściu trenera Torresa Waldemar poprosił nas o szansę. Opowiedział nam o swoim doświadczeniu z pracy w Polsce” – tłumaczył później działacz klubu Alberto de la Torre. Dziennikarze dziwili się nieco eksperymentowi z przekazaniem sterów specowi od przygotowania fizycznego, ale podkreślali poparcie, które miał wśród piłkarzy i dobrą znajomość składu. W końcu pracował w klubie już od paru lat.

***

pastedGraphic_4.png18 października 1986 r. W pewnym sensie historyczny nagłówek dla naszej piłki – prawdopodobnie pierwszy i jedyny raz polski trener objął klub z Ameryki Łacińskiej. Zdj. El Informador.

Wasilewski od razu zaczął wprowadzać swoje porządki. Twardą ręką, z której był znany w Meksyku. Zaczął od zaordynowania dwóch sesji treningowych dziennie. – Uważaliśmy go za wielkiego profesjonalistę. Jego metodologia bardzo, ale to bardzo różniła się od pracy meksykańskich szkoleniowców. Był bardzo rygorystycznym trenerem – mówi mi jego ówczesny podopieczny Martín Castañeda. – Zdecydowana większość z nas postrzegała go jednak pozytywnie, bo choć zawsze wymagał od nas maksimum, uważaliśmy, że robi to dla naszego dobra. Zawsze zagrzewał nas podczas treningów, żebyśmy nie zwalniali tempa. Jego test Coopera siał wśród nas postrach.

Wtóruje mu ówczesna gwiazda Atlasu, Argentyńczyk Roberto Masciarelli. – Był bardzo wymagającą, ale przy tym bardzo dobrą osobą. Stosował zupełnie inne metody pracy niż te, do których byliśmy przyzwyczajeni. Wprowadził na treningi drewniane ścianki do odbijania piłki i pachołki. Można powiedzieć, że w Meksyku wyprzedzał wtedy swoje czasy. Myślę, że nie jest doceniany tak, jak na to zasługuje. Bardzo dobry szkoleniowiec i świetny trener przygotowania fizycznego.

Piłkarze wylewali siódme poty, ale doceniali warsztat Polaka. – Pewnego razu napastnik Sergio Pacheco podziękował mi i powiedział, że nigdy przedtem nie trenował tyle z piłką – wspomina Wasilewski.

Nie zdołał jednak odmienić kiepskiego momentu Atlasu. Na stanowisku wytrwał zaledwie sześć spotkań, nie wygrał żadnego z nich (trzy remisy, trzy porażki). – Próbował zmienić wyjściowy skład, po części się udało, ale słabe wyniki szybko wróciły. Byliśmy raczej młodą drużyną, brakowało nam doświadczenia – tłumaczy Castañeda. Innych przyczyn niepowodzenia upatruje Masciarelli. – Trener przywiązywał wagę do taktyki, odbioru piłki, aspektów technicznych, ale byliśmy przetrzebieni przez kontuzje. Zespół miał krótką ławkę rezerwowych – opowiada Argentyńczyk.