Dość dziwny mecz obejrzeli kibice w Lubinie. Padł remis 1:1, a przecież dwie bramki to zawsze nie w kij dmuchał, natomiast gdyby ograniczyć to spotkanie jedynie do doliczonego czasu pierwszej i drugiej połowy, nikt nie mógłby narzekać. Ot, oszczędność czasu. Paździerz doprawiony momentami, tak chyba trzeba nazwać to, co zobaczyliśmy.
Jeśli bowiem ktoś w sobotę zaliczył niezbyt przespaną noc, to piłkarze obu zespołów raczej go nie rozbudzili, bardziej nakazali dokładnie sprawdzić wygodę poduszki. Maciej Murawski w pierwszej połowie powiedział coś w stylu, że mamy mniej jakości piłkarskiej, a więcej starć fizycznych. To ładny eufemizm, gdyż stwierdzilibyśmy raczej, że oglądaliśmy po prostu kopaninę. Gdy było jeszcze 0:0, ani jedni, ani drudzy nie potrafili przejąć kontroli nad tym spotkaniem. Zagłębie niby chciało, ale chcieć to nie zawsze móc, a Korona – jak to Korona – dobrze czuła się w tym nieforemnym futbolu.
ZAGŁĘBIE LUBIN – KORONA KIELCE. NUDY I GOL ADAMSKIEGO
Wszystko, co ważne w pierwszej połowie, wydarzyło się właśnie w doliczonym czasie. Piłkę z prawej strony wrzucił Kopacz, najwyżej wyskoczył Adamski i mimo bliskiej odległości dwóch rywali, a także trudnej pozycji, strzałem głową pokonał Forenca – ten miał futbolówkę na rękach, ale jednak nie zdołał jej zbić poza bramkę.
I naprawdę dziękujemy Adamskiemu, że to wpakował, bo w innym wypadku przy opisie pierwszej części musielibyśmy szyć jak scenarzyści serialu „Lost” w ostatnich sezonach. No bo o czym można wspomnieć poza tym golem? Z dystansu uderzył Bohar, ale Forenc musiał to obronić. Po rzucie rożnym spróbowała Korona, ale niecelnie (zresztą skończyła tę część gry bez skierowania piłki w prostokąt).
Nudy, że hej.
ZAGŁĘBIE LUBIN – KORONA KIELCE. KORONA ODPOWIADA TEŻ W DOLICZONYM CZASIE
A jeśli ktoś liczył, że goście po przerwie rzucą się do huraganowych ataków, by odrobić straty, to niestety musimy zameldować co najwyżej drobny wiaterek, który mocowałby się z nieobciążonym niczym plastikowym kubkiem. Na początku było uderzenie Łukowskiego, z którym poradził sobie Bieszczad, ale potem kibice Korony mogli tracić nadzieję. Pod bramką Miedziowych działo się mało, mniej, aż w końcu… przyszedł doliczony czas gry.
I znów: gol z prostej wrzutki. Nojszewski wpakował piłkę w pole karne, futbolówka przeleciała nad Jachem, głowę dostawił Trojak, z kryciem nie nadążył Ławniczak. Wspomniany wiaterek zdmuchnął więc ten lubiński kubek, co jest dla Zagłębia pewnym wstydem, skoro nie trzeba było zrobić wiele, by się przed nim obronić.
Na przykład – wykorzystać to, co się jednak udawało wykreować po przerwie. Kopacz wrzucił do Gaprindaszwilego, ale Gruzinowi chyba zabrakło centymetrów i uderzając spod piłki, przeniósł ją nad poprzeczką. W końcówce z kolei patelnię miał Pieńko, ale skiksował. Można mówić, że futbolówka mu podskoczyła, ale z drugiej strony – tam nie trzeba było działać siła razy ramię. Mały zamach, pasówka i Forenc nie miałby zapewne wiele do powiedzenia, bo Pieńko zachowałby kontrolę nad piłką. No, ale to teoria, praktyka wypieprzyła to uderzenie gdzieś do chorągiewki.
Ach, dziwne jest to Zagłębie. Uraczy nas świetnym meczem w Zabrzu, ogra Wisłę Płock, a potem da sobie wyrwać zwycięstwo z przeciętną Koroną. Prosty futbol znów dał kielczanom punkt i pozwolił złapać minimalną przewagę nad strefą spadkową. Można wątpić, czy na dłuższą metę przyniesie to spodziewany efekt (utrzymanie), ale na dziś – Leszka Ojrzyńskiego i ekipy pod kreską nie ma.
Czytaj więcej o Ekstraklasie:
- Cuda! Cuda ogłaszają! Lechia wreszcie wygrała mecz
- Masłowski: Duet Imaz i Gual to najlepsza para ofensywnych piłkarzy w lidze
- Anonimowi. Zderzenie marzeń z realiami, czyli kulisy życia ekstraklasowych asystentów
- Czy Piast Gliwice zaliczy jeszcze kiedyś dobrą jesień?
Fot. FotoPyk