Reklama

Podliński: Gdy cofałem się do trzeciej ligi, były momenty zwątpienia

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

22 listopada 2021, 09:57 • 10 min czytania 2 komentarze

Karol Podliński w rok wspiął się z trzecioligowej Legionovii przez pierwszoligowego Radomiaka do ekstraklasowego Zagłębia Lubin. 24-letni napastnik opowiada nam o początkach i podążaniu śladem Łukasza Teodorczyka, nieudanych testach w Legii Warszawa, wejściu do seniorskiej szatni w Mławiance czy też zwątpieniu, gdy musiał cofnąć się do Legionowa, żeby wskoczyć na trampolinę do kariery. Zapraszamy.

Podliński: Gdy cofałem się do trzeciej ligi, były momenty zwątpienia
Jest 2013 rok, Łukasz Teodorczyk debiutuje w reprezentacji Polski i strzela bramkę za bramką dla Lecha Poznań, a Karol Podliński strzela 18 goli dla Wkry Żuromin. Myślałeś wtedy, że chcesz być jak Teo?

Stare czasy! Pamiętam, że gdy byłem w Żurominie, to o Łukaszu Teodorczyku było bardzo głośno. To chłopak stąd, jeździliśmy z gimnazjum na mecze Polonii Warszawa, w których grał. Była chęć tego, żeby się wybić, podążyć jego śladem. To była może nie inspiracja, ale dowód na to, że nawet będąc w małej miejscowości, można osiągnąć coś więcej. Dla Żuromina, dla Wkry to, że Łukasz stamtąd wyszedł i osiągnął sukces w piłce, sporo znaczyło. Trenerzy pokazywali nam, że można i warto próbować.

Porównywano was? Warunki fizyczne macie podobne, można pomyśleć, że Wkra ma taśmę do produkcji wysokich napastników.

Faktycznie. Być może porównywano naszą posturę czy grę, ale nie zapamiętałem takich sytuacji. Ja też nie pochodzę dokładnie z Żuromina tak jak Łukasz, tylko z mniejszej miejscowości — Jonne.

Od czego zaczęła się twoja przygoda z piłką?

Właśnie od Wkry, bo to za sugestią jej trenera poszedłem do gimnazjum do Żuromina. W podstawówce jeździłem do innej Wkry, Wkry Bieżuń, to było obok. Tam stawiałem pierwsze kroki, ale debiut w juniorskich rozgrywkach to już Żuromin.

Czyli późno zacząłeś treningi.

Tak, to nie było jak teraz, że dzieci w wieku 5-6 lat zaczynają coś kopać w akademiach. W rodzinnej miejscowości grałem z chłopakami, to oczywiste, ale pod opieką trenera znalazłem się późno. Dlatego też dość późno trenerzy mogli u mnie coś poprawiać, profilować. Z jednej strony trochę tego żałuję, być może gdybym od najmłodszych lat był w systemie szkolenia, wyglądałoby to trochę inaczej.

Reklama
Pierwsza pozycja?

Napastnik, dziewiątka. Od samego początku tak było, nie było większych roszad. W juniorach trochę bramek strzelałem.

Miałeś wzorce sportowe w domu?

Brat był w juniorach Wisły Płock. Jego kariera nie potoczyła się tak, jak chciał, ale lubiliśmy grać w piłkę. Nie byliśmy zafiksowani, ale my we dwójkę wyglądaliśmy najlepiej. Tata w klubie nie grał, nikt z rodziny też. Brat też był napastnikiem.

To musiała być rywalizacja jak u Inzaghich.

Przyznam szczerze, że nie. Mamy sporą różnicę wieku — cztery lata. Kiedy brat był w trampkarzach, ja byłem sporo mniejszy, więc nie mogłem z nim rywalizować bezpośrednio. Ale na pewno brat zapalał taką lampkę, że chciało się być lepszym od niego.

Dość szybko zauważyła cię Legia Warszawa. Zostałeś zaproszony na testy, gdy miałeś 16 lat.

Strzeliłem wtedy 18 bramek dla Wkry, to dlatego. Pamiętam, że byłem na testach przy ul. Obrońców Tobruku, tam później trenowałem w liceum. To było fajne uczucie, że ktoś się zainteresował. Ale tak naprawdę to było dwa dni testów, nie wyszło. Wtedy pojawiła się opcja dołączenia do UKS-u Białe Orły i pójścia do liceum w Warszawie, gdzie trenowali szkoleniowcy z MPZN-u. Chodziliśmy do szkoły, a potem raz, dwa razy dziennie trenowaliśmy pod ich okiem. Dużo się tam nauczyłem, to był już wyższy poziom. Trochę żałowałem, że trafiłem tam dopiero w liceum, bo niektórzy byli w tej szkole już od gimnazjum i mocno się rozwinęli.

RAPHAEL ROSSI – OD KRZYWEGO BOISKA W NON-LEAGUE DO PORTUGALSKIEJ EKSTRAKLASY

Reklama
W UKS-ie byłeś jednak krótko, bo w wieku 18 lat trafiłeś do seniorów Mławianki.

Fizycznie wyglądałem trochę inaczej niż rówieśnicy. Miałem widocznie lepsze warunki, pewnie dlatego tak szybko wciągnęli mnie do seniorów. Bardzo dobrze mnie tam przyjęto, może też dlatego, że byłem z okolic, do Mławy miałem 40 kilometrów. Bramki po treningu, zbieranie i pompowanie piłek było, wiadomo, ale nie stałem z boku dlatego, że „młody”. Nie było też żadnych nacisków. Pamiętam, że w Mławiance grał wtedy Mariusz Walczak, który występował tam od zawsze. Zahaczył nawet o czasy, gdy Mława miała klub w starej drugiej lidze (obecna pierwsza – przyp.). Był już chyba grubo po 30-stce, ale widać było, że potrafił grać w piłkę i dawał mi cenne rady, starał się pomóc. Też grał w ataku.

Jakie miałeś wtedy podejście do piłki?

Różne. Zawsze chciałem grać, dążyłem do tego, żeby się rozwijać, dotrzeć wysoko. Ale też nie było tak, że olewałem przez to szkołę. Na przykład, zanim poszedłem do Znicza Pruszków, chciałem normalnie zdać maturę. Miałem już dość przenosin, bo najpierw byłem rok u Warszawie, potem była Mława i gdy Mateusz Stryjewski przeszedł z Mławianki do Znicza i pojawił się temat, żebym do niego dołączył, nie chciałem trzeci raz zmieniać szkoły, wolałem poczekać. Traktowałem to tak, że szkoła też jest ważna, trzeba ją skończyć. Ale sodówki nie miałem, w sumie nigdy. Może bardziej załamanie, gdy nie szło, że może lepiej poszukać stabilnej pracy, bo z tej piłki to nic nie będzie.

Karol Podliński i Piotr Krawczyk świętują gola dla Legionovii
W Mławiance dało się utrzymać z piłki?

Nie, nie utrzymałbym się z tego. Drobna wypłata wpadała, dla mnie — jak na tamten czas — było to wystarczające. Ale miałem dobre warunki, bo załatwili mi mieszkanie w bursie szkolnej za darmo, miałem tam też posiłki. Stamtąd było blisko do klubu, więc niczego mi nie brakowało.

Trafiłem na takie zdanie w lokalnej prasie: „Tajemnicą poliszynela jest fakt, że napastnik długo w Mławie już nie zagości. Trener Adam Fedoruk właśnie został trenerem III-ligowych rezerw Lechii Gdańsk, a dyrektorem sportowym tamtejszego klubu jest Marek Jóźwiak, menedżer Podlińskiego”.

Były takie pomysły, był taki temat. Nie do końca pamiętam już, czemu ten transfer nie doszedł do skutku. Co do Marka Jóźwiaka – zacząłem z nim pracować już wtedy, gdy kończyłem gimnazjum w Żurominie. Po części dzięki niemu znalazłem się na testach w Legii, a potem w szkole MZPN. Dzięki niemu też trafiłem do Mławy, bo pan Marek grał kiedyś w Mławiance, znał się z Adamem Fedorukiem.

Okres w Zniczu traktujesz jako zmarnowany czas? W wieku, w którym wspomniany na wstępie Teodorczyk zostawał królem strzelców Młodej Ekstraklasy i debiutował w najwyższej lidze, dopiero przebijałeś się na zapleczu.

Nie, absolutnie. Gdy tam przyszedłem, Znicz Pruszków grał w pierwszej lidze. Traktowałem to wtedy jako sukces: wyszedłem z małej miejscowości, dotarłem na taki poziom. To była cenna nauka, w pierwszej rundzie nie grałem w ogóle. Dopiero po pół roku zaliczyłem sześć czy siedem spotkań. Musiałem dojrzeć, przeskok z czwartej do pierwszej ligi był spory. W drugiej lidze grałem już więcej.

Cały czas było wokół ciebie trochę szumu. Polecano cię wyżej, a jednak w Zniczu się nie przebiłeś, trafiłeś tylko do trzeciej ligi.

Znicz już mnie u siebie nie widział, ja też czułem, że stanąłem w miejscu. Kiedy zobaczyłem ofertę z Legionovii, stwierdziłem, że to może być mój ostatni moment, ostatnia szansa. To wtedy był ten moment zwątpienia, o którym mówiłem. Widziałem, że to tylko trzecia liga, ale czułem, że mogę się tam odbudować. W jakimś względzie to tam się ukształtowałem, zacząłem wykorzystywać swój potencjał — mówię tu o wzroście i sile. Dużo dało mi to, że praktycznie zawsze grałem od pierwszej minuty. To mi dało pewność siebie, w meczach rozwijasz się szybciej niż podczas treningów. Trener Marcin Sasal też obiecał mi, że gra będzie opierała się na tym, żebym utrzymywał piłki z przodu, wygrywał pojedynki. To był krok w tył, ale potem były dwa kroki do przodu.

Twoim kolegą był Piotr Krawczyk, ale tylko przez chwilę, bo po sezonie odszedł do Górnika Zabrze.

To też pokazało, że jeszcze nic straconego. Że nawet z trzeciej ligi można trafić do Ekstraklasy. Wtedy też zacząłem współpracę z Kamilem Burzcem, który na pewno pomógł mi w wielu aspektach. Z Legionovią awansowaliśmy do drugiej ligi i było trochę… dziwnie. Uważaliśmy, że graliśmy dobrze w piłkę, ale przegraliśmy jeden mecz, potem drugi, głupie błędy, sytuacje i ciężko było się z tego odgrzebać, podnieść. Miałem też świadomość, że ode mnie mogą zależeć wyniki drużyny i brałem to do siebie, gdy nie strzelaliśmy bramek.

PIOTR KRAWCZYK: GÓRNIK TO ŻYCIOWA SZANSA

Żałowałeś trochę, że dwie bramki na Widzewie strzeliłeś akurat przy pustych trybunach? Uciszyć pełny stadion w Łodzi — to byłoby coś.

Nie, ale ten moment mnie podbudował, bo właśnie wtedy się przełamałem i dostałem motywacyjnego kopa.

Jak trafiłeś do Radomiaka?

Po sezonie w Legionowie pojechałem na testy do Zagłębia Lubin. Nie zdecydowano się na mnie, a ja stwierdziłem, że dobrze byłoby spróbować chociaż szczebel niżej. Było kilka tematów, ale Radomiak był najbardziej konkretny. Widziałem, że byli przed rokiem w barażach, Kamil mówił mi, że mogę się tam rozwinąć. Trener Dariusz Banasik powiedział mi, że pamięta mnie ze Znicza Pruszków, mimo że się tam nie spotkaliśmy. To dało mi poczucie, że skoro trener wie, kim jestem, to nie trafiam tam przez przypadek.

Karol Podliński w barwach Radomiaka

Trener Banasik umie napompować zawodnika? Często wcielałeś się w rolę jokera.

Ma ciekawe podejście. Już w debiucie strzeliłem bramkę, znowu Widzewowi. Wiadomo, że każdy zawodnik chce zaczynać wszystkie mecze w pierwszym składzie, ale nie obrażałem się na decyzje trenera, bo widziałem, że będę dostawał szanse i trener ma plan.

Zimą miałeś dylematy? Walczyłeś z Radomiakiem o awans, ale dostałeś ofertę z Ekstraklasy „na już”.

Gdy pojawiła się oferta z Zagłębia Lubin, to długo się nie zastanawiałem. Byłem tutaj, widziałem, jaki to klub, jaka jest baza i otoczka, spodobało mi się to. Już wtedy rozmawialiśmy z menedżerem, że szkoda, że się nie udało, ale może jeszcze tu wrócę. Wiosną przeskok był spory, ale myślę, że sobie z nim poradziłem. Zacząłem od razu grać, nie odstawałem od innych, pomogłem drużynie. Być może nie strzeliłem wielu bramek, ale traktowałem to jako dobry początek.

Bardzo porozbijałeś obrońców Radomiaka na treningach? Będą chcieli się zemścić?

Wiadomo, że moja gra polega na tym, że lubię być w kontakcie z obrońcami. Było zaangażowanie, ale bez złośliwości, więc zemsty chyba nie będzie! Ogółem dobrze wspominam okres w Radomiu, z niektórymi chłopakami nadal mam dobry kontakt. Fajnie, że się z nimi zobaczę, fajnie, bo dzięki Radomiakowi trafiłem tutaj. Dariusz Banasik to świetny człowiek i trener. Cieszyłem się, że udało się awansować w dobrym stylu. Na pewno jakąś cegiełkę w tej rundzie, w której grałem w Radomiu, dołożyłem. To było dla mnie bardzo udane pół roku — na boisku, w drużynie. Same superlatywy, żadnych zastrzeżeń.

Jak dziś patrzysz na swoją karierę? Już nie musisz się martwić o to, czy klub załatwi bursę za darmo.

Podchodzę do tego na spokojnie, bez chaosu. Mam nadzieję, że nikt nie powie, że jestem dzisiaj kimś innym niż kiedyś, że się zmieniłem — negatywnie. Teraz muszę jeszcze poprawić skuteczność, pracuję nad tym. Śmieję się, że czasami wyglądam jak defensywny napastnik, od brudnej roboty. Nadal jestem młody, więc to, jak się rozwijam, jest teraz kluczowe.

CZYTAJ TAKŻE:

Zagłębie Lubin – Radomiak Radom. Typy, kursy bukmachera Fuksiarz.pl

SZYMON JANCZYK: Dzisiejszy mecz to gratka dla typujących. Zarówno za zwycięstwo gospodarzy, jak i gości Fuksiarz.pl oferuje kurs powyżej 2.50. Teoria Ekstraklasy podpowiada, że skoro Radomiak nie przegrał od sześciu gier, a ostatnie trzy wygrał, dziś przełamie się Zagłębie. Moim zdaniem radomianie nie poddadzą się tak łatwo i jeszcze przed przerwą trafia do siatki. Radomiak over 0,5 gola w 1. połowie – kurs 2,13 w Fuksiarz.pl.

ROZMAWIAŁ SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

2 komentarze

Loading...