Legii Warszawa do pełni szczęścia na finiszu letniego okna transferowego zabrakło jeszcze zawodnika na prawe wahadło. Głównym celem był Deian Sorescu z Dinama Bukareszt. Negocjacje trwały przez wiele dni i ostatecznie nie przyniosły powodzenia. Teraz często współpracujący z polskimi mediami dziennikarz Emanuel Rosu szczegółowo tłumaczy, dlaczego.
Z jego tekstu wynika, że Legia w pewnym momencie oferowała 700 tys. euro kwoty podstawowej plus bonusy. W największym stopniu byłyby one uzależnione od dokonań “Wojskowych” w europejskich pucharach.
Sam piłkarz miałby zarabiać ponad 240 tys. euro rocznie, ale te warunki nie do końca go satysfakcjonowały. Był chętny na transfer do Polski, jednak liczył na to, że w większym stopniu skonsumuje bardzo dobry okres w swojej karierze. Udzielił dyspozycji kilku agentom oferującym go w ligach zachodnich, a także w USA, Turcji i Rosji. Koniec końców jednak konkrety miał jeszcze tylko z FCSB i Gaziantepsporu. Najlepszą propozycję i tak przedstawili mistrzowie Polski.
Szefowie Dinama stwierdzili, że ich piłkarz jest warty 1,4 mln euro. Opierali to przekonanie na wycenie dokonanej przez syndyka sądowego, który z kolei sugerował się… Transfermarktem.
Dochodziły tu ponadto inne wątki, o których Rosu opowiedział prawnik Cristian Cernodolea. – Niejasności dotyczące niewypłacalności i sytuacji finansowej klubu w Rumunii uniemożliwiły ten transfer. Spekulowano, że piłkarz nie mógł odejść, dopóki nie zostaną zakończone pewne kroki związane z postępowaniem upadłościowym, co uważam za prawdopodobne – stwierdził.
Legia więc musi obsadzić prawe wahadło po utracie na przestrzeni kilku miesięcy aż trzech zawodników występujących na tej pozycji: Pawła Wszołka, Marko Vesovicia i Josipa Juranovicia.
Fot. Newspix