Reklama

Tomasz Kupisz: Dokonaliśmy z Salernitaną czegoś wielkiego

Przemysław Michalak

Autor:Przemysław Michalak

09 czerwca 2021, 13:43 • 11 min czytania 3 komentarze

Tomasz Kupisz po siedmiu latach znów stanie przed szansą pokazania się w Serie A, ponieważ awansował do niej z Salernitaną. W Chievo poprzestał na jednym 23-minutowym występie. Potem na długie sezony zapuścił korzenie w Serie B, a niedawno na moment zszedł nawet do trzeciej ligi włoskiej. Wreszcie w ósmym klubie na drugim szczeblu udało mu się wejść do Serie A, mając już na liczniku 31 lat. Rozmawialiśmy, gdy jechał do Lublina podziękować psychologowi sportowemu Kamilowi Wódce za współpracę, która pomogła mu się podnieść w najtrudniejszym momencie. Kiedy Kupisz najbardziej tej pomocy potrzebował? Co zadecydowało o awansie Salernitany? Czemu po odejściu z Ceseny przez półtora roku mu nie szło i to w dużej mierze przez jednego trenera? Dlaczego miał szczęście w nieszczęściu podczas ubiegłorocznej pandemii? Na jakiej podstawie uważa ten sezon za najlepszy w karierze, choć liczby na to nie wskazują? Jak przeżywał zasłabnięcia Patryka Dziczka? Zapraszamy. 

Tomasz Kupisz: Dokonaliśmy z Salernitaną czegoś wielkiego
Spadł ci kamień z serca po awansie czy nawet nie musiał, bo już na pewnym etapie kariery zdążyłeś się pogodzić z tym, że najpewniej drugiej szansy w Serie A już nie będzie?

Na pewno walka o awans była dla mnie czymś nowym. Wcześniej przeważnie walczyłem o inne cele, bo grałem w zespołach broniących się przed spadkiem lub będących w środku tabeli. Podczas mojego pobytu w Brescii na początku utrzymywaliśmy się na górze tabeli i jakieś nadzieje na awans się pojawiły, ale potem wszystko zostało zaprzepaszczone. Ten sukces jest więc dla mnie czymś bardzo ważnym. Po tylu latach wreszcie upór i ciężka praca dały rezultat.

Salernitana celowała w awans przed sezonem?

Trener Fabrizio Castori od razu mi zaznaczył, że będzie ciężko, ale przychodzę tutaj po to, aby bić się o Serie A. Zdawałem sobie sprawę, że taki jest cel, co nie zmienia faktu, że nasz awans jest niespodzianką. Myślę, że było wielu większych faworytów do znalezienia się na naszym miejscu. Generalnie dużej presji na bezpośredni awans nie było, kibice oczekiwali, żebyśmy przynajmniej dostali się do fazy play-off.

W trakcie sezonu jakichś większych kryzysów nie mieliście, może ewentualnie poza przełomem roku, gdy przegraliście trzy mecze z rzędu. Po 0:5 z Empoli pewnie w głowie kołatały różne myśli.

W tamtym meczu zostaliśmy totalnie zmiażdżeni i właśnie wtedy trener zdecydował się zmienić nasz system na 3-5-2. Postawił jeszcze bardziej na solidność i koniec końców się opłaciło. Po wyjeździe do Empoli zaliczyliśmy passę dwunastu z rzędu meczów bez porażki.

Euro 2020 już od piątku!

Obstawiaj je na Fuksiarz.pl

Reklama
Gołym okiem widać, że awansowaliście bardziej defensywą niż ofensywą. Strzeliliście 22 gole mniej niż pierwsze Empoli, za to w ośmiu kolejnych spotkaniach potrafiliście zagrać na zero z tyłu.

Na pewno ten sukces zawdzięczamy przede wszystkim solidności taktycznej i defensywnej oraz dużej fizyczności. Nie graliśmy spektakularnego futbolu, był on raczej ciężki w odbiorze. Najważniejsze jednak, że dawał efekty. Na koniec tylko to się liczy.

Indywidualnie jesteś zadowolony z sezonu? Poza kontuzją w lutym, grałeś praktycznie zawsze, choć nie zawsze w pierwszym składzie.

Do momentu kontuzji zdecydowaną większość meczów zaczynałem od początku. Tylko pięć razy wchodziłem jako zmiennik. Rozegraliśmy 37 spotkań, bo jedno wygraliśmy walkowerem – zagrałem 31, cztery opuściłem przez ten uraz i dwa razy do ostatniego gwizdka siedziałem na ławce. Gdy wróciłem do zdrowia, trener i tak szybko wstawił mnie do składu. Pod koniec trochę częściej mną rotował, ale po to miał wyrównany zespół, żeby również na mojej pozycji mieć alternatywę. Ogólnie ten sezon był dla mnie najlepszy w karierze, więc tym bardziej jestem zadowolony. Doszedłem do chwili, w której na wszystkie wydarzenia mogę patrzeć pozytywnie. Salerno czekało na Serie A od dwudziestu dwóch lat, dokonaliśmy czegoś wielkiego.

Na podstawie jakich odczuć mówisz o swoim najlepszym sezonie? Miałeś już okresy z dużo lepszymi liczbami.

Mówię też na podstawie osiągniętego sukcesu, przez pryzmat drużyny. Okej, w Brescii strzeliłem sześć goli i dałem jeszcze więcej asyst, ale graliśmy inny futbol. W Salernitanie często mieliśmy 35-40 procent posiadania piłki w meczu. Sytuacji też stwarzaliśmy mniej niż w moich poprzednich klubach, co siłą rzeczy wpływa na statystyki ofensywne. Nasz najlepszy napastnik zdobył 13 bramek, a następni na klubowej liście strzelców mieli już tylko po pięć. Jak mówiłem wcześniej, to zdecydowanie nie był wesoły futbol.

Mówiłeś, że wasz awans to wielkie wydarzenie dla Salerno. Zdążyliście poczuć radość kibiców?

Wiadomo, świętowanie było ograniczone, choć i tak działo się. Pierwszego dnia ludzie w centrum wyszli na ulice i praktycznie zablokowali ruch. Ale z pewnością w normalnych okolicznościach byłoby o wiele huczniej. Przez cały sezon czuliśmy wsparcie kibiców.

O Salernitanie zrobiło się w Polsce głośno, gdy Patryk Dziczek stracił przytomność na boisku. Domyślam się, że nie tylko dla niego było to traumatyczne przeżycie.

Bardziej pamiętam pierwsze omdlenie Patryka, podczas treningu. Razem z doktorem i kierownikiem pojechałem z nim wtedy do szpitala. Sytuacja wyjątkowo niefajna, można jedynie współczuć. W meczu z Ascoli Patrykowi w drodze do szpitala towarzyszył Paweł Jaroszyński. Ja jeszcze wtedy leczyłem kontuzję i nie znalazłem się w kadrze. Oglądałem to spotkanie z narzeczoną Patryka i ciarki mnie przeszły, gdy po raz drugi padł na murawę. Włosi ciągle pamiętają śmierć Piermario Morosiniego, który w 2012 roku będąc w Livorno doznał konwulsji w trakcie gry i zmarł w karetce pogotowia. Tutaj na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Reklama
Do Salernitany zostałeś wypożyczony z Bari z opcją transferu definitywnego. Zostajesz na sto procent?

Na sto procent nie, bo to Włochy (śmiech). A tak poważnie: w umowie znajdowała się klauzula wykupu w razie awansu do Serie A i weszła ona w życie. Rozmowy jednak trwają, bo na tę chwilę kontrakt mam tylko na rok i być może od razu go przedłużymy. Najpierw jednak muszą zostać dopięte sprawy związane z przekazaniem klubu przez Claudio Lotito. To też właściciel Lazio, a przepisy zabraniają posiadania dwóch klubów na tym samym poziomie rozgrywkowym. Wszystko ma się wyjaśnić niedługo – bodajże do 25 czerwca – i wtedy będziemy mogli wiążąco rozmawiać.

Gdy rozmawialiśmy zimą 2018, wspominałeś, że trenerem, który najmocniej na ciebie stawiał był Roberto Boscaglia. Teraz w to miejsce zapewne wchodzi właśnie Fabrizio Castori.

Zdecydowanie. Z nim współpracuję najdłużej i mam z nim najlepszy kontakt. W pełni mu odpowiadam swoją boiskową charakterystyką. Robię w trakcie gry to, o co prosi i wychodzi to na tyle dobrze, że Salernitana to już trzeci klub, do którego mnie wziął. Za każdym razem regularnie występowałem.

Wasza współpraca zaczęła się w Cesenie. Dostałeś tam trzyletni kontrakt, zapłacono za ciebie 700 tys. euro i początkowo wszystko wyglądało fajnie, aż tu nagle po pierwszym sezonie klub nie dostał licencji i zbankrutował. Mogłeś się tego spodziewać?

Mniej więcej zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja jest ciężka, ale nikt nie spodziewał się, że to rypnie akurat w tym okresie, w którym my przyszliśmy. Było to bardzo niemiłe zaskoczenie.

I znów zacząłeś wędrówkę. Najpierw poszedłeś do Ascoli, a później do Livorno. Sezon 2018/19 całościowo był dla ciebie najmniej udany w Serie B.

Gdy przychodziłem do Ascoli, mieliśmy grać w ustawieniu 5-3-2. I tak było na początku. Potem jednak trener Vincenzo Vivarini zmienił koncepcję na 4-3-1-2, w której nie widział mnie w żadnej roli i po prostu nie grałem. Uważał, że do tego ustawienia inni zawodnicy pasują bardziej. Cała historia. W Livorno sytuacja była trochę inna. Tam normalnie stosowaliśmy 3-4-1-2, szybko wskoczyłem do składu, ale po paru tygodniach doznałem kontuzji. Jeździłem na mecze, znajdowałem się w kadrze i siedziałem na ławce, ale w praktyce nie nadawałem się do występu. No i wypadłem z obiegu, wyniki generalnie były niezłe, więc później zaliczyłem jeszcze tylko parę spotkań. Tak jak mówisz, był to dla mnie najgorszy okres we Włoszech.

POLSKA ODPADNIE W FAZIE GRUPOWEJ EURO? KURS: 2,75 W FUKSIARZU!

Następnie zszedłeś do trzeciej ligi i związałeś się z Bari. Musiałeś zejść do Serie C czy trafiła się wyjątkowo ciekawa oferta?

Przedstawiono mi naprawdę świeży i ciekawy projekt. Klub przejął syn Aurelio De Laurentiisa, więc plany były ambitne i wszystko robiono na poważnie. Od razu, gdy Bari zgłosiło się z trzyletnim kontraktem, nie zastanawiałem się zbyt długo. Wiedziałem, ilu jest tam kibiców, jakie są możliwości klubu, jakich zawodników zaczął ściągać i co znaczy nazwisko De Laurentiis. Każdy aspekt wyglądał pozytywnie. Przychodziłem z nastawieniem, że wreszcie jestem w zespole, w którym zagoszczę na dłuższy czas. W praktyce wyszło zupełnie inaczej. Po kilku meczach zwolniony został trener, który mnie chciał i przyszedł trener Vivarini, z powodu którego odchodziłem z Ascoli. Znowu trzymał się swojego 4-3-1-2 i znów czekała mnie ławka.

Serie C pod względem poziomu i otoczki to był inny świat?

W wielu aspektach na pewno. Jeździło się na stadiony, które… nie były za ładne. Poziom też ewidentnie niższy niż w Serie B. Szedłem do Bari dla samego Bari, ale jednak całe rozgrywki w porównaniu do drugiej ligi to był inny świat. Zupełnie inaczej to wyglądało pod względem organizacyjnym i możliwości klubów.

Przytłaczało cię to?

Wiesz, jeśli idziesz do trzecioligowego klubu, z którym miałeś robić awans, a wyniki są poniżej oczekiwań i potem przychodzi trener, który na ciebie nie stawia, to jasne, że czujesz się przytłoczony. Po dłuższym czasie wróciłem wtedy do współpracy z psychologiem sportowym Kamilem Wódką, który bardzo mi pomógł. No i miałem szczęście, że trener Castori chciał mnie w Trapani i po pół roku mogłem odejść na wypożyczenie.

Tam grałeś praktycznie wszystko i zabrakło punktu, żebyście się utrzymali w Serie B. W ostatnich czternastu meczach przegraliście tylko raz.

Kiedy przychodziłem w styczniu, mieliśmy 16 punktów. Od chwili mojego przyjścia, wywalczyliśmy 30 punktów. W tabeli za wiosnę zajmowaliśmy czwarte miejsce. Wynikowo na pewno wykonaliśmy dobrą robotę i gdyby nie odjęli nam dwóch punktów, to byśmy się utrzymali. Klub stracił je, bo spóźnił się kilka dni z wypłatami. Regulamin jest tam bezlitosny. Tych dwóch „oczek” zabrakło na finiszu, żeby zostać w Serie B. Trapani spadło i upadło.

Jeśli dobrze liczę, dopiero w Trapani po raz pierwszy we Włoszech miałeś rodaka w szatni. Na tę samą rundę wypożyczony z Cracovii został Filip Piszczek.

Zgadza się, dopiero tam miałem przyjemność występować z rodakiem w tym samym zespole. Śmiesznie się złożyło, bo graliśmy razem ze trzy tygodnie i liga została przerwana przez koronawirusa. Obawiałem się, że więcej już razem nie zagramy, bo nie dokończymy sezonu. W pewnym momencie sytuacja ciągle się zmieniała. W jednym tygodniu zanosiło się na wznowienie rozgrywek, w drugim wręcz przeciwnie.

Jak dziś wspominasz tę covidową zawieruchę? Włochy były w epicentrum tego wszystkiego, od nich wszystko się w Europie zaczęło.

Na szczęście Sycylii koronawirus zbytnio nie dotknął. Wiadomo, restrykcje też były, ale wyglądało to inaczej niż na północy. Wcześniej zaczęliśmy trenować, praktycznie już po miesiącu mieliśmy dostęp do klubu i mogliśmy sobie trenować indywidualnie lub w małych grupach. To na pewno było na plus. Żeby się nie nudzić, zamieszkaliśmy z Filipem razem i jakoś ten czas zleciał. Bardzo brakowało mi żony, która tuż przed tym wszystkim wróciła do Polski. Poznałem Sycylię z innej strony, bo gdy graliśmy mecze w czerwcu i lipcu, była zapełniona turystami. No i doświadczyłem ciągłego grania przy 35 czy 37 stopniach. Inne zespoły przyjeżdżając do nas po dwudziestu minutach miały dość, znosiły to zupełnie inaczej niż my, którzy byliśmy już przyzwyczajeni.

Czyli zbytnio tej pandemii nie odczułeś?

Nie no, bez przesady. Były restrykcje, byliśmy zamknięci. Na pewno odczułem i Filip pewnie też, natomiast mieliśmy szczęście, że w porównaniu do innych rejonów Włoch Sycylię koronawirus dotknął w niewielkim stopniu. Restrykcje wprowadzono jednak na poważnie, cały czas pilnowano ich przestrzegania. Mieszkaliśmy dosłownie 20 metrów od plaży, a wystarczyło wyjść z domu i zaraz mogłeś spotkać carabinierich. Jak tylko kogoś zobaczyli, od razu wyganiali, nawet jeśli w pobliżu nie znajdowały się inne osoby. Chwilami aż się człowiek dziwił, że podchodzą do tego tak restrykcyjnie. Zdarzało się, że policjanci we trzech czy czterech łapali kogoś i wywozili z plaży. Dziwne sytuacje.

Okej, wróćmy do tematu awansu. Zakładam, że Salernitanę czeka ciężka walka o utrzymanie w Serie A.

Zapewne tak, ale trudno mi powiedzieć coś więcej, bo jak mówiłem, w najbliższym czasie musi się rozstrzygnąć kwestia właścicielska. Każdy beniaminek włoskiej ekstraklasy przeważnie ma te same problemy i nie jest mu łatwo się utrzymać. My raczej nie będziemy wyjątkiem. To byłoby coś historycznego dla Salernitany, gdyby również w następnym sezonie występowała w Serie A. Znając trenera Castoriego, nie będzie chciał wielu zmian kadrowych i wolałby jedynie kilka korekt. Ma doświadczenie na najwyższym szczeblu i wie, czego potrzeba. Z Carpi nie udało mu się utrzymać i zapewne wyciągnął wtedy wiele wniosków.

Serducho jeszcze mocniej zabije, gdy zagrasz Serie A?

Są mecze, które będą miały wyjątkowy smak. Może niekoniecznie serce szybciej mi zabije, ale będą to spotkania, w których bardzo będę chciał wziąć udział po tych wszystkich latach przeprowadzek. Musiałem przebyć długą drogę, żeby się tu znaleźć. O tym, że awans jest naprawdę blisko pomyśleliśmy dopiero w 34. kolejce, gdy wygraliśmy z Venezią 2:1 po golach w doliczonym czasie. Tym lepiej ten sukces potem smakował.

Nie czujesz lekkiego żalu, że nie jesteś o pięć lat młodszy, gdy patrzysz na powołania i pomysły Paulo Sousy? Do systemu z wahadłami nadawałbyś się idealnie, do tego selekcjoner lubi i doskonale zna ligę włoską. Wszystko by się zgadzało.

To chyba musiałbym być z osiem lat młodszy, a nie pięć. Musiałbym się najpierw tego systemu nauczyć, a różnie drużyny grają z trójką stoperów i wahadłowymi. Nie patrzę z tej perspektywy i nigdy w ten sposób nie myślałem, żebym żałował swojego wieku.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. Newspix

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

3 komentarze

Loading...