Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Od kaprysu do kaprysu

Mateusz Rokuszewski

Autor:Mateusz Rokuszewski

19 stycznia 2021, 09:10 • 8 min czytania 107 komentarzy

Wczoraj minął równo rok od programu Stan Futbolu, w trakcie którego trochę poróżniłem się ze Zbigniewem Bońkiem. Jeśli nie pamiętacie – ja postawiłem spory znak zapytania przy słuszności wyboru Jerzego Brzęczka na stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski, a pan prezes postawił nie mniejszy przy tym, czy w ogóle można mnie nazywać dziennikarzem. Uważam, że to całkiem zabawny zbieg okoliczności, ale wbrew pozorom nie jest mi do śmiechu. Kompletnie. Choć właśnie doszło do zmiany, na którą bardzo mocno czekałem, uważam, że wczorajsze zamieszanie zdradza bardzo smutny obraz polskiej piłki. 

Od kaprysu do kaprysu

Spokojnie, już podaję powody. Najpierw dwie rzeczy chciałbym wykluczyć.

Pierwsza: oczywiście nie jest tak, że się do Brzęczka przez ostatnie dwanaście miesięcy przekonałem. No zdecydowanie nie, tu nic się nie zmienia – uważam, że Boniek walnął kulą w płot i z byłym już selekcjonerem przy korzystnych wiatrach na Euro wymęczylibyśmy wyjście z grupy z trzeciego miejsca. A po przegranej – pewnie dość gładkiej – w kolejnym meczu wmawiano by nam, że spisaliśmy się dokładnie na miarę naszego potencjału i tyle, trzeba skupić się na Węgrach, z którymi będziemy walczyć o mundialowe baraże.

Druga: nie jest również tak (przynajmniej taką mam nadzieję), że stałem się starym kwękaczem i wiecznym zrzędą, ewentualnie zwykłym cynikiem, który zawsze będzie szukał powodu, by się dosrać. Zadry w sercu również nie noszę, odgryzać się przy każdej okazji nie zamierzam i potrafię docenić to, że kilka rzeczy Bońkowi w PZPN-ie ewidentnie wyszło.

A skoro formalności za nami, to do rzeczy – uważam, że poniedziałkowa decyzja sternika polskiej piłki jest w gruncie rzeczy smutna, bo dobitnie pokazuje to, co pewnie w większości przeczuwaliśmy. Że o strategicznych kwestiach dla całej dyscypliny w naszym kraju decyduje widzimisię jednej, przekonanej o własnej nieomylności osoby. Kaprys – to w tym wypadku słowo-klucz. Tak brzmiał mój zarzut w styczniu zeszłego roku – za Brzęczkiem nie przemawiały praktycznie żadne poważne argumenty, więc jego oparty na intuicji wybór był zwykłą zachcianką Bońka. I tak brzmi mój zarzut również dzisiaj – zwolnienie selekcjonera w takim, dość niespodziewanym momencie i w takim, dość niespodziewanym stylu to nic innego jak kolejna fanaberia tej samej osoby.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Osoby, która już dawno uznała, że reprezentacja to jej własność.

Ba, cała polska piłka.

Obawiam się o nią, gdy widzę, że jest zarządzana w ten sposób. Myślicie, że wybór selekcjonera to taki wyjątek, a przy innych, mniej medialnych, ale też bardzo ważnych kwestiach Zbigniew Boniek kieruje się twardymi danymi, żelazną logiką i racjonalną oceną sytuacji? To trochę tak, jakby dać się naciągnąć na metodę “na wnuczka”, nie mając dzieci – mniej więcej ten sam poziom naiwności.

Niełatwo się na to patrzy, gdy hołduje się czemuś innemu. Ja wierzę w pracę systemową. Wierzę w szczegółowe analizy, badania, raporty. Wierzę w naukę, w statystyki i w całe to “nudziarstwo”, którym chyba w większości gardzą ludzie znający zapach skarpetek w szatni. Innymi słowy – w to, że w futbolu, przy całej jego nieprzewidywalności, pewne rzeczy można zaplanować, konsekwentnie realizować i oczekiwać efektów. To nie są lata 90., w których na gości z “naukowym” podejściem do piłki patrzyło się trochę jak na szarlatanów. To nie jest też pierwsza dekada XXI wieku, którą możemy nazwać czasem pionierów. Zawierzenie specjalistom to dziś nic nadzwyczajnego, ale zamykamy się na to, bo na szczycie władzy mamy osobę, która sama wszystko wie najlepiej. Niemiecki Związek Piłki Nożnej lata temu wysłał swojego człowieka, niejakiego Hansiego Flicka, do Doliny Krzemowej, by ustalił, w jaki sposób nowe technologie mogą wesprzeć ich reprezentację. Między innymi tego typu działanie skończyło się mistrzostwem świata i wydźwignięciem niemieckiej piłki z kryzysu. Zbigniew Boniek to taki typ człowieka, który nikomu nie zabroniłby odbycia takiej podróży, ale głównie dlatego, że nieźle wyglądałaby pijarowo. A potem, przy podejmowaniu kluczowych decyzji, nawet nie zaprosiłby do stołu osoby, która ją odbyła.

Może pewien przykład. Niecały rok minął od momentu, w którym przyklepano powiększenie Ekstraklasy. Enta już reforma została wprowadzona przy sprzeciwie dużej części środowiska, któremu trudno się dziwić. Pamiętam, że Ekstraklasa zamówiła raport, w którym przeanalizowano wszelkie warianty. Sensowny. Jego przesłanie było proste – najkorzystniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia ligi jest pozostanie przy 16 zespołach. Myślicie, że prezes PZPN-u wziął go pod uwagę? No nie. Zadziałał niczym cesarz, a później co chwilę słuchaliśmy na przykład o tym, że przecież mamy duży kraj. Gdy wieść dotarła do Rosji, nasi wschodni sąsiedzi podobno z miejsca rozpoczęli pracę nad 48-zespołową ekstraklasą…

Pod względem takiego podejścia Boniek naprawdę niewiele różni się od Franciszka Smudy, który miesiące prac nad rozpracowaniem Greków przed Euro 2012 podsumował pobieżnym rzutem oka na plik kartek i słynnym: eee, chuja grają, opierdolimy ich.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Przypomnijcie sobie wywiady prezesa. Krytyka Brzęczka, który poziomem nie dojeżdżał do piłkarzy? Dajmy spokój – przecież prezes jako zawodnik nigdy nie czuł, że wygrał lub przegrał mecz dzięki trenerowi. Dlaczego nie szkolimy kreatywnych graczy? Ano, bo w jego czasach technikę zdobywało się na podwórku, łupiąc od rana do nocy z przerwą na obiad lub nawet nie, a dziś te komputery, konsole, smartfony i tak dalej. A tak poza tym to piłkarz musi mieć charakter, wychować się w biedzie, głodzie i smrodzie, a nie być dowożonym na treningi przez rodziców, którzy w dodatku psują pociechy drogim sprzętem. Dlaczego nie wprowadziliśmy możliwości przeprowadzenia pięciu zmian w meczu, gdy zrobił to niemal cały piłkarski świat? Nie liczyły się głosy trenerów, lekarzy czy specjalistów od przygotowania fizycznego. Liczyło się to, co przeżył Zbigniew Boniek w 1982. Czterdzieści lat temu.

Słyszeliśmy te teorie setki razy. Ale jeśli spróbujesz się w obecności prezesa nie zgodzić, to zostaniesz zakrzyczany lub zdominowany w inny sposób.

Jednocześnie mam wrażenie, że nie zawsze tak było. Poprzednia, w mojej ocenie lepsza kadencja Zbigniewa Bońka, to czasy, w których ego prezesa oczywiście biło po oczach, ale raczej trudno było mówić o pełnej megalomanii. Jeśli macie na półce książkę “Stan Futbolu”, sięgnijcie po nią i przeczytajcie rozdział o Zbigniewie Bońku. Pierwszy, nie trzeba wertować. Najważniejszy moim zdaniem fragment portretu, który wyszedł spod ręki Stana – znającego prezesa być może najlepiej spośród dziennikarzy – brzmi tak:

“Jednego dnia zadał mi pytanie: – Stano? A jak wygram, to kogo wziąć na wiceprezesa ds. zagranicznych? Kojarzysz kogoś?

Na pewno nie zadał tego pytania tylko mnie, ale wielu innym osobom. Boniek tak działa – lubi rzucić hasło i zebrać opinie to z lewa, to z prawa. Wybiera sobie te, które wydają mu się najrozsądniejsze. A gdy zdecyduje się na jedną, będzie jej bronił do upadłego.” 

Nie sposób nie pomyśleć – szczególnie widząc zaskoczenie wczorajszą decyzją również wśród tych, którzy z prezesem są bardzo blisko – że trochę się pozmieniało. Nawet ostatnie zdanie nieco straciło na aktualności. Wczoraj w Kanale Sportowym wyraźnie zasugerowano, że do zwolnienia Jerzego Brzęczka mogło dojść już wcześniej, choćby w listopadzie, ale prezes nie lubi podejmować takich decyzji w momencie, w którym podpowiada mu coś większość. Tylko dlatego poczekał (zmarnował!) półtora miesiąca. No siłą rzeczy postrzegam dziś Bońka nie jako osobę, która zbiera opinie i którąś sobie wybiera. Dla mnie jest apodyktycznym władcą, który zaperza się, gdy widzi stanowisko odmienne od tego, które wynika z jego (nierzadko dziwnych) przekonań.

Oczywiście jest to też kamyk, a może nawet głaz, do naszego dziennikarskiego ogródka. Media – tak całościowo patrząc – przez lata zrobiły niewiele, by wyrwać prezesa z tej bańki. Jasne, pewnie była to misja z góry skazana na niepowodzenie, wszak mówimy o człowieku, który lata temu nawet sam siebie potrafił zrobić selekcjonerem, ale ciągłe utwierdzanie go w przeświadczeniu, że jest nieomylny, z pewnością nie pomogło. Sternik PZPN-u już nawet przestał czekać na opinie: – Skoro podjąłem decyzję o zwolnieniu Jurka, to jest to decyzja dobra i przemyślana – powiedział wczoraj Przeglądowi Sportowemu. Sam zdecydował, sam ocenił, można się rozejść!

I być może ten desperacki ruch ze zwolnieniem Brzęczka pół roku przed turniejem wypali. Naprawdę tego nie wykluczam, trochę zwiększyliśmy swoje szanse, futbol czasami lubi takie historie. Liczę na to! Jednocześnie nie potrafię piać z zachwytu. Zbyt mocno wkurza mnie to, że przynajmniej rok straciliśmy tylko dlatego, że ktoś uznał, że jest najmądrzejszy na świecie. Mogliśmy budować na wykręcającym życiówkę Lewandowskim, a teraz nawet nie wiemy, kto za chwilę skrzyknie piłkarzy i postara się ekspresowo coś wdrożyć. Coraz mocniej boję się jednak, że z perspektywy polskiej piłki czasem straconym okaże się nie tylko kadencja Jerzego Brzęczka, ale również – choć momenty były – cała prezesura Zbigniewa Bońka.

***

Na koniec, tak na rozluźnienie, anegdotka, bo mało było o samym Jerzym Brzęczku. Kiedy uświadomiłem sobie, że funkcjonuje on w jakiejś dziwnej bańce, co trochę utrudnia normalne działanie? Ano podczas jednej ze środowiskowych imprez. Późna godzina. Selekcjoner długo okupował parkiet i świetnie się bawił, aż w końcu zebrało mu się na szczere rozmowy z dziennikarzami. No, może inaczej – płomienne monologi w ich kierunku, o braku szacunku i tak dalej. Podczas jednej z takich przemów, kolega nieśmiało zdecydował się zabrać głos.

– Ale panie trenerze… – zaczął.

I nie skończył, bo wtrąciła się oburzona małżonka trenera, która przysłuchiwała się kiełkującej wymianie zdań.

– No przepraszam bardzo! Chyba PANIE SELEKCJONERZE!

Na szczęście były.

Fot. FotoPyK

Redaktor naczelny Weszło. Poza piłką nożną interesuje się głównie Ekstraklasą i pierwszą ligą. Widać go w Lidze Minus, Stanie Futbolu i naszych teleturniejach, słychać w Weszłopolskich

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra

Piotr Rzepecki
0
Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra
1 liga

Wisła Kraków w końcu wystrzeliła. Szkoda, że sobie w kolano

Szymon Janczyk
1
Wisła Kraków w końcu wystrzeliła. Szkoda, że sobie w kolano

Felietony i blogi

Ekstraklasa

Trela: Po pierwsze nie szkodzić. Niedźwiedzia przysługa Baldy wobec Magiery

Michał Trela
28
Trela: Po pierwsze nie szkodzić. Niedźwiedzia przysługa Baldy wobec Magiery

Komentarze

107 komentarzy

Loading...