Reklama

Dojebańczycy #1: Capo di Totti capi

Melodroma

Autor:Melodroma

26 kwietnia 2020, 20:09 • 11 min czytania 17 komentarzy

Jest prawdą powszechnie znaną, że jedynym, czego utalentowany piłkarz o paskudnym charakterze potrzebuje, jest dobra kariera. Albo umierasz jako złoczyńca, albo grasz w piłkę wystarczająco długo, żeby stać się bohaterem – pisze w swoim najnowszym dziele Melodroma

Dojebańczycy #1: Capo di Totti capi

Wiele lat później, stojąc na jedenastym metrze naprzeciw Edwina van der Sara, Francesco Totti przypomniał sobie to odległe popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby pokazać mu, jak wygląda łyżka. Stanowiło to coś w rodzaju objawienia, choć El Greco nazwałby to ekstazą świętego Franciszka. Był to najważniejszy dzień w życiu Francesco – dzień, który ruszył ziemię i położył podwaliny pod całą jego piłkarską tożsamość, choć nigdy się pewnie nie zdarzył. Podobno Totti zagrywał piętą najwięcej razy w historii futbolu [1], ale przez kilka lat liczyło się tylko cucchiaio: łyżka, którą nabierał bramkarzy.

Był jak cywilizowana wersja Antonio Cassano – lobował wszystko, co nie zdołało uciec na drzewo. Ofiarą najsłynniejszego cucchiaio padł w półfinale Euro van der Sar [2], gigantyczny Holender sięgający głową niemal do poprzeczki, a przy okazji kawał bramkarza. Totti uprzedził kolegów, że będzie strzelać podcinką i wziął rozbieg zapowiadający, że kopnie z tzw. całej pizdy. Oszukany myszostwór z Voorhout rzucił się w kierunku słupka i mógł tylko obserwować, jak delikatnie uderzona piłka przelatuje obok niego na takiej wysokości, że zatrzymałby ją postawiony na środku linii bramkowej worek ziemniaków.

[3]

W finale od wygranej dzieliło Włochów niewiele – gdyby wytrzymali minutę, na tarczy wróciłaby Francja. Mecz już dogorywał, a razem z nim Francuzi, gdy jednobramkowe prowadzenie zapewnione przez Marco Delvecchio zostało zniwelowane przez Sylvaina Wiltorda, który w 93. minucie pośpieszył z odpowiedzią. W dogrywce złotą bramkę zdobył Trezeguet i jedynym, co Totti zabrał do domu, był tytuł zawodnika meczu i jakiś gówno warty srebrny medal. Miał na koncie dwadzieścia trzy lata na życiowym ringu i wydawało się, że to dopiero początek wybitnej kariery. Potem się okazało, że nawet srebrny medal był dobry, bo oprócz niego zdobył jeszcze tylko dwa poważne

Reklama
[4]

Uczucie z 2 lipca 2000 zdołał w ciągu swojej kariery poznać dość dobrze. Dziewięciokrotnie zostawał wicemistrzem Włoch – jeśli doliczyć do tego pięć przegranych finałów Coppa Italia i trzy w Superpucharze, to łącznie z Euro 2000 Totti osiemnaście razy był w czymś drugi, co pokazuje, że nazywanie akurat Fabrizio Ravanellego srebrnym lisem było pomyłką.

I to wszystko w jednym klubie.

Wyjątkowość Tottiego nie kończyła się na byciu jedną z najbardziej znanych bandier w czasach zdominowanych przez piłkarskich globtroterów. Stanowił coraz rzadszy przypadek czegoś, co we Włoszech nazywa się tifosi-giocatori: kibiców, którzy zostali piłkarzami. Żeby z rodzinnego domu dostać się do klubu swoich marzeń, musiał jedynie wsiąść na Vespę, minąć Termy Karakalli i kilkanaście minut jechać nabrzeżem Tybru. Gdy podpisywał profesjonalny kontrakt, mógł założyć tę samą koszulkę Giuseppe Gianniniego, w której
uczęszczał na Stadio Olimpico.

Podobnie było z Paolo Maldinim, choć jego lojalność jest chwalona nieco na wyrost – siedmiokrotnie został mistrzem Włoch i grał w ośmiu finałach najważniejszego europejskiego pucharu, z których pięć wygrał.

[5]
Reklama

Roma to wielki klub, prawdopodobnie czwarty największy we Włoszech – ale Milanowi z tamtych lat może co najwyżej potrzymać Tyskie, jak tamten będzie lać za garażem. W ostatniej dekadzie giallorossi nie zdobyli ani jednego trofeum i dopiero po przejęciu klubu przez amerykański holding zaczął się agresywny rebranding z tournée po USA i kampanią marketingową za każdym z mórz. Wcześniej klubem rządzili rodowici rzymianie: najpierw przez piętnaście lat Franco Sensi, a potem jego córka Rosella. W tamtej epoce AS Roma była rodzinnym biznesem, a Tottiego, rzymianina od siedmiu pokoleń, nazywano członkiem rodziny. Jeśli filmy nauczyły nas czegoś o strukturze włoskich rodzin, to na powitanie był pewnie całowany w oba policzki, ale w razie samobója w derbach na horyzoncie majaczyła kula w tył głowy i wieczność spędzona w podbudowie filara pod autostradą.

Nic dziwnego, że nie chciał opuszczać takich cieplarnianych warunków. Niczego nie musiał zmieniać, mógł być tym samym wyśmiewanym przez wszystkich złotym chłopcem Wiecznego Miasta, u którego wrażenie umysłowej ociężałości potęgował jeszcze sposób mówienia – nigdy nie nauczył się porządnie wysławiać po włosku, przez całą swoją karierę nie wyzbył się mocnego rzymskiego dialektu, który budził wesołość na północy kraju. Po co miałby to zmieniać? Zawsze był przede wszystkim rzymianinem – a to dla mieszkańców Wiecznego Miasta największy przywilej ze wszystkich.

Długą i dziwną drogę przebył Francesco Totti. Z chłopaka, który przeczytał tylko Małego Księcia (“książki nie są dla mnie, po pięciu stronach się nudzę”), mocno nierozgarniętego (“carpe diem? niestety nie znam angielskiego”), powoli zmieniał się w kogoś, kogo zaczęto doceniać. Został ambasadorem UNICEF-u (nie takim jak FC Barcelona, tylko prawdziwym) i mocno zaangażował się w dobroczynność: wyszydzany z powodu legendarnej wręcz głupoty zebrał dowcipy na swój temat i wydał w postaci książki, jako niechętny celebryta (do końca kariery pozostał dość nieśmiały przed kamerami) wziął ślub z telewizyjną gwiazdeczką. Zysk z obu przedsięwzięć przekazano na cele charytatywne.

Mówi się, że nikt nie jest większy od klubu. Totti był.

Już po kilku latach w drużynie było widać, że to najwybitniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek mieli. Rósł i rósł tak długo, aż przyćmił wszystkich i dla wielu kibiców Roma zaczęła się od niego. Był większy od każdego z trenerów i do końca kariery usiłował robić to, na co miał ochotę. Oczywiście ciężko pracował, inaczej nie dograłby do swoich czterdziestych urodzin, ale w głębi duszy wciąż był niesfornym gówniarzem, o którym potem mówiono, że nadszedł z północy, od Porta Metronia.

Problem Tottiego polegał na tym, że nie zakończył kariery w odpowiednim momencie jak choćby Zidane, który już dawno musiał wrócić do pracy, kiedy Francesco wciąż miał swoją pierwszą. Trwał i trwał, wbrew logice, upływowi czasu i trochę wbrew przyzwoitości. Umiejętności wciąż miał ogromne, choć brakowało mu tego efekciarstwa gibkich pawianów młodego pokolenia – nawet pod koniec kariery niemal nie tracił piłki, ale biegać już mu się nie chciało. Jeśli Roma miała coś ugrać (a pod wodzą Rudiego Garcii zaliczyła rekordowe dziesięć wygranych z rzędu w pierwszych dziesięciu meczach i wydawało się, że to jest TEN sezon – oczywiście nie był), to rewelacyjny technik, który lubił tulić piłkę i posyłać te swoje zabójcze podania, musiał odejść.

Nie chciał się pogodzić ze zmniejszeniem swojej roli w drużynie, zwłaszcza w ostatnim sezonie. Ostatecznie pokłócił się ze Spallettim

[6]

A prawda była taka, że zawsze miał swoje demony. Z wiekiem trochę się utemperował, ale nie został beznamiętnym androidem w typie Iniesty, który nigdy nie kopnął nikogo, kto nie byłby mały, okrągły i pozszywany ze świńskiej skóry. Spora część pokazanych mu kartek (a tych zgromadził chyba więcej niż asyst) była za dyskusje z sędziami, ale popularny il capitano nie był wzorowym obywatelem piłkarskich boisk, jak Valerón czy Raul. Mówimy tu o pierdolonych mięśniach i człowieku, który nie wahał się ich użyć: ożenił Keowna z łokciem, kopnął Balotellego, opluł Poulsena – a pewnie i nieraz zdeptał trawnik albo zgasił peta na czyimś oku.

Łobuz kocha najmocniej, ale samego łobuza kochać już trochę trudniej. W przypadku Tottiego mówimy oczywiście o braku miłości w skali globalnej, bo Rzym nie darzył takim uczuciem nikogo od czasów Alberto Sordiego, na którego pogrzeb przyszło milion ludzi

[7]
[8]

W reprezentacji zdobył zaledwie 9 goli w 57 meczach, ale tam był jednym z wielu, głównie zresztą grywał za napastnikiem, od strzelania byli inni. Ze swoich zadań Totti się wywiązywał, o czym świadczą 23 asysty (a byłoby jeszcze więcej, gdyby tylko pewnego feralnego letniego wieczoru Alessandro Del Piero zjadł kolację i miał siłę kopnąć w bramkę) i po jednym medalu z dwóch największych imprez. Ciekawe, że piłkoszał, w który tak często wpadał w barwach Romy, w reprezentacji go omijał – z boiska został usunięty tylko raz, w pamiętnym meczu przeciwko Korei.

W meczach klubowych obejrzał nawet więcej czerwonych kartek niż Zidane. Było widać, że Roma to jego mała ojczyzna i w jej imię był gotów odpalić łokieć, bułę i kołowrotek

[9]

Pobił wszystkie możliwe rekordy i trudno wyobrazić sobie kogoś, kto go przeskoczy. W Serie A strzelał 38 różnym drużynom, łącznie wbił 250 goli – przed nim na liście wszech czasów jest tylko koleżka z czasów Garibaldiego, Silvio Piola (274 trafienia), któremu cała Italia do dziś zazdrości kopyta. W przeciwieństwie do niego Totti spędził połowę kariery na dogrywaniu innym napastnikom i zgromadził sto ligowych asyst, z czego wiele na jakichś kasztanach, z którymi przyszło mu grać. Wielokrotnie proponowano mu zmianę środowiska pracy na takie, które bardziej odpowiadałoby piłkarzowi o jego umiejętnościach, ale konsekwentnie odmawiał.

Ostatnie kuszenie Tottiego miało miejsce pod koniec sezonu 2004/2005, a jego kierunek był oczywisty. Florentino Perez chciał dać Włochowi numer 10 po Luisie Figo i uczynić go najlepiej opłacanym piłkarzem świata. Pytany o rozmaite podchody wielkich klubów powiedział, że tego jednego trochę żałuje, bo nie miał okazji zagrać z Ronaldo. Stwierdził, że gdyby przeszedł wtedy do Realu, to miałby na swoim koncie trzy Puchary Mistrzów i dwie Złote Piłki.

Trudno takie deklaracje traktować poważnie, bo Królewskim po odejściu Makélélé brakowało kogoś, kto zabezpieczałby tyły, a nie kolejnego ofensywnego pomocnika. W głowie Tottiego ten odrzucony w ostatnim momencie transfer do Realu urósł pewnie do mitycznych rozmiarów, ale czy można mu się dziwić? W Madrycie grałby z Casillasem, Roberto Carlosem, Zidane’em, Ronaldo i Raulem – naraz. W jednym meczu miałby więcej graczy światowej klasy niż w ciągu dwudziestu pięciu lat w Rzymie.

Czy w Realu miałby szanse na Złotą Piłkę? Wątpię, ale w Romie nie miał na pewno, bo przez całe ćwierć wieku jego kariery La Magica zdobyła cztery trofea. Mógł sobie Totti opowiadać naokoło, że jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie – i może nawet nim być

[10]

Mawiają, że ryba psuje się od głowy. Tottiemu to nie groziło.

Totti – pomimo jego niezaprzeczalnej umiejętności wygrywania serenad na piłce – zawsze będzie tym boskim głupkiem, który został unieśmiertelniony w dowcipie o tym, jak na tarasie złapała go ulewa. Żona zawołała: “Chodź do środka, deszcz pada!”, na co Totti odpowiedział: “Po co, tu też pada.”

***

[1] Ciekawa statystyka swoją droga, mam nadzieję, że gdzieś tam jest jakiś analityk do zadań specjalnych, który jest oddelegowany wyłącznie do zagrań piętą.

[2] Prawdę mówiąc, to na niewłaściwym końcu najbardziej znanej – i pewnie najlepszej – podcinki Tottiego znalazł się chyba jednak Júlio César, wiecznie spuchnięty bramkarz Interu Mediolan (gość pół kariery wyglądał jakby dopiero co wyrwano mu ósemki po obu stronach), ale to był zaledwie jeden z wielu ligowych wyczynów.

[3]
Na usta ciśnie się pytanie, jak Edwin van der Sar by siebie określił, skoro był nawet poniżej worka ziemniaków?

[4]
Plus jeszcze jakieś dwa Puchary Włoch i dwa Superpuchary, jeśli ktoś uznaje to za poważne trofea – ja nie uznaję.


[5]
Paolo Maldini wystąpił we wszystkich finałach Pucharu Mistrzów, w których Milan grał za jego czasów. W dwóch poprzednich: przegranym z Realem i wygranym z – oczywiście – Benfiką kapitanem rossonerich był jego ojciec, Cesare. Tylko jeden wymknął się rodzinie Maldinich – gdy w 1969 pokonywali Ajax, stary skończył już karierę, a młody był ultramłody, bo miał zaledwie rok.


[6]
Mam nadzieję, że chociaż częściowo poszło o tę niedorzeczną bródkę, którą sprawiała wrażenie, jakby Luciano Spalletti się paskudnie opluł.


[7]
Może z wdzięczności za to, że udało się odpowiedzieć na jedno z wielkich pytań ludzkości, czyli “Czy nasi bohaterowie zdołają odszukać przyjaciela zaginionego tajemniczo w Afryce?”.


[8]
Strzelił im 11 razy w 44 meczach, w tym w słynnym meczu pod koniec kariery, kiedy wyciągnął Romę z 0:2 na 2:2 i zrobił sobie to głupie zdjęcie. Jezu, co za gimbus, drugi Ibra się znalazł – i to zanim pierwszy się na dobre zgubił.


[9]
Podobnie miał De Rossi – miły i wyważony chłopaczyna, ale nie byłby sobą, gdyby w derbach Rzymu nie wszedł wślizgiem na wysokości głowy.


[10]
Pięciokrotnie wybierano go włoskim zawodnikiem ligi, a dwa razy triumfował w głównej kategorii (2000 i 2003, czyli pokonał najpierw Zidane’a, potem Nedveda i to w roku, w którym ten dostał Złotą Piłkę), w sezonie 2006/07 został też najlepszym strzelcem Europy.

MELODROMA

Najnowsze

Ekstraklasa

Debiutant mistrzem kraju, drugoligowiec zdobywcą pucharu. Czy to się może dobrze skończyć?

AbsurDB
10
Debiutant mistrzem kraju, drugoligowiec zdobywcą pucharu. Czy to się może dobrze skończyć?

Weszło

Komentarze

17 komentarzy

Loading...