post Szymon Podstufka

Opublikowane 21.04.2020 09:13 przez

Szymon Podstufka

Początek kariery Przemysława Kazimierczaka był jak piękny sen. 16-letnim bramkarzem zainteresował się Bolton i choć sam czuł, że odstaje od zawodników z młodzieżowych zespołów klubu Premier League, dostrzeżono w nim ogromne zacięcie do pracy i pokłady potencjału. Dostał trzyletni kontrakt. Po roku zgarnął nagrodę dla najlepiej rozwijającego się zawodnika w akademii, po dwóch usłyszał, że jeśli dalej będzie się rozwijał w takim tempie, będzie drugim Jussim Jaaskelainenem.

Dziś Przemysław Kazimierczak, 31-letni golkiper, broni w łódzkiej lidze okręgowej, pracuje jako trener bramkarzy w III-ligowej Lechii Tomaszów Mazowiecki, a także dorabia w sklepie z tkaninami. Nie zadebiutował w Premier League, ba – nie ma choćby pojedynczego występu w polskiej ekstraklasie i zaledwie 10 w I lidze. W rozmowie z Weszło nie unika samokrytyki i szczerze opowiada, dlaczego od momentu, kiedy usłyszał największy komplement w swojej piłkarskiej karierze, poszedł tak mocno w dół.

***

Wyobraź sobie, że mając dzisiejszą wiedzę znów masz 16 lat, jesteś w tym samym momencie kariery, w jakim byłeś, gdy pojawiła się oferta Boltonu. Znów ją przyjmujesz, czy zostajesz w kraju i tutaj starasz się najpierw zaistnieć?

– Nie raz już na ten temat myślałem, rozmawiałem z najbliższymi. Nie wiem, czy cię zaskoczę, ale zdecydowanie wybrałbym wyjazd za granicę raz jeszcze. Wiem, co zrobiłem źle i że w większości sam ponoszę winę za to, że nie osiągnąłem tego, co mógłbym osiągnąć. Wiedząc, co zrobiłem źle, spakowałbym walizki i tych błędów już nie popełnił.

To co to były za błędy?

– Jak wyjeżdżałem do Boltonu, nie robiłem sobie większych nadziei. Byłem reprezentantem Polski w swoim roczniku, regularnie dostawałem powołania na zgrupowania, ale jak wyjechałem do Anglii, to było jedno, wielkie „wow”. Jakim cudem ja się tam znalazłem? Co mogę osiągnąć?

W każdej akademii co roku przyznawane są nagrody. MVP całego sezonu i Most Improved Player of the Year (zawodnik, który uczynił na przestrzeni roku największy postęp – przyp. red.). Po pierwszym roku dostałem to drugie wyróżnienie. Zostałem wybrany zawodnikiem, który zrobił największy postęp w całym sezonie. Po tym roku uwierzyłem w siebie. Miałem grono bardzo mocnych przeciwników, ciężko było się wbić w angielską piłkę, przyzwyczaić do nowego kraju, nowych realiów, innego życia. Braku znajomych, braku szkoły, przyjaciół, rodziny. Ale mimo to się udało i wierzyłem, że mogę osiągnąć coś dużego. Do tego trenerzy często dawali mi grać w meczach w akademii, co też jest dużym wyróżnieniem. Bramkarze grali w systemie rotacyjnym, ja jednak dostawałem szans bardzo dużo. Regularnie uczestniczyłem w treningach z pierwszą drużyną. Do tego mniej więcej po dwóch latach w Boltonie trener bramkarzy Fred Barber podszedł do mnie i powiedział, że jak dalej będę robił takie postępy, to za kilka lat będzie ze mnie drugi Jussi Jääskeläinen. To powinien być dla mnie mega pozytywny kop, dodatkowa motywacja do pracy.

A nie był?

– Wtedy za bardzo uwierzyłem w siebie. Popuściłem. Myślałem, że wszystko samo łatwo przyjdzie. Co prawda został mi jeszcze później przedłużony kontrakt z Boltonem. Po trzech latach spędziłem tam kolejny rok, więc wierzono we mnie, że jeszcze się odbiję. Trochę paradoksalnie ta rozmowa z trenerem bramkarzy sprawiła, że trochę olałem sprawę. To znaczy… to nie było tak, że przestałem się starać na treningach.

To w czym rzecz?

– Podam prosty przykład. Wyjeżdżając do Anglii bardzo słabo grałem nogami. Ale wiedziałem, że wszystko jest do nadrobienia. Mieliśmy w akademii taki system pracy, że przyjeżdżamy na 9:00, o 16:00 wyjeżdżamy. Czyli mamy jeden trening rano, lunch ze wszystkimi zespołami na obiekcie, drugi trening, później półtorej godziny na czyszczenie butów zawodników pierwszej drużyny, posprzątanie akademii i dopiero wio do domu. Ja wtedy, po swoim drugim treningu zostawałem – strzelam – godzinę, półtorej samemu na boisku. Brałem 10-15 piłek i waliłem o płot. Trenerzy bardzo doceniali, że tak postępuję, że chcę poprawić to, w czym jestem nie najlepszy. I właśnie wtedy, kiedy zacząłem dobrze grać nogami, kiedy nastąpiła ta rozmowa z trenerem Barberem, przestałem zostawać. Tych dodatkowych treningów z mojej strony już nie było. Uwierzyłem, że skoro poprawiłem ten element, to już nie muszę. Dziś, wiedząc już, jak wygląda praca trenera, mam świadomość, jak mocno szkoleniowcy patrzą na takie detale. Podczas rozmowy na koniec mojej przygody z Boltonem zostało mi to wypomniane. Że kiedy bardzo się starałem, to zostawałem po treningach, ćwiczyłem sam. A po rozmowie, podczas której dostałem jasny sygnał, że jest duża wiara w to, że mogę być kimś w Boltonie, zacząłem spuszczać z tonu. Skrupulatnie to zostało wypatrzone, zapamiętane przez trenerów.

Krótko mówiąc: nie brakło umiejętności, tylko zawiodła mentalność?

– W klubie odniesiono wrażenie, że już mi nie zależy. Że nie staram się tak, jak powinienem. A dwa – jak nie ćwiczysz więcej, to nie rozwijasz się bardziej i w tym momencie ktoś inny ci ucieka. Wiemy, jaki jest zawód piłkarza. To nie jest tak, że idziesz na trening, zrobisz godzinę, półtorej, dwie roboty i spadasz do domu. Uważam, że chcąc być lepszym zawodnikiem od dzisiejszego siebie, lepszym od innych, musisz pracować więcej. Jestem za tym, by samemu sobie dokładać, ćwiczyć dodatkowo elementy, które są u ciebie słabsze.

Wracając do samego początku, jak to się stało, że Bolton się wtedy tobą zainteresował?

– Jak już wspomniałem, byłem reprezentantem Polski w swoim roczniku. Co roku w Warszawie odbywa się Turniej Syrenki. Skauci przyjechali, żeby oglądać Kamila Hempla. Wśród nich – ci z Boltonu. Ja w tamtym momencie nie miałem pojęcia, że mogą oglądać kogoś innego niż Kamil. Nie wiedziałem, w jaki sposób się to odbywa. Przyjechali goście z Anglii obserwować jednego z faceta, gdzie tam mieliby zwracać uwagę na mnie? Widocznie wypadłem tak dobrze, że kiedy wróciłem do domu po turnieju, zadzwonili z ŁKS-u, że był na turnieju skaut z Boltonu, że się spodobałem i zapraszają na tygodniowe testy do Anglii.

Jak to było z tymi testami?

– Byłem tam przez sześć czy siedem dni. Po trzech dniach dostałem informację, że Bolton będzie chciał zaoferować mi kontrakt. Miałem się zastanowić i gdyby się okazało, że wszystko jest na tak, to miałem następnym razem przylecieć z rodzicami. Nie byłem pełnoletni, więc oni też musieli podpisać papiery. Tak szczerze mówiąc, po tych trzech dniach, kiedy dostałem sygnał, że mnie chcą, byłem w ogromnym szoku. Zdawałem sobie sprawę, że cholernie odstaję od innych. Gołym okiem było widać, że gdzie ja, a gdzie oni – nie mówię o pierwszym zespole, ale o chłopakach z akademii, rówieśnikach.

Co powiedziano mi jakiś czas później? Że było tak, jak myślałem. Według nich nie byłem super bramkarzem. Ale widzieli cholerny potencjał, bo zapieprzałem na treningach. Mało mi wychodziło, ale bardzo chciałem. Zobaczyli kogoś, kto dzięki tytanicznej pracy może coś osiągnąć. Po pierwszym roku, kiedy dostałem wspomnianą nagrodę dla najlepiej rozwijającego się gracza z akademii, udowodniłem im, że mieli rację. Zasuwałem, zostawałem po treningach. Potrafiłem wykrzesać z siebie tyle motywacji, aby nadrobić braki, a nawet przegonić innych.

Przychodząc do klubu miałeś jakiś kontakt z ówczesnym menedżerem, Samem Allardycem?

– Nie, Sam Allardyce to inna bajka. To znaczy – pewnie wiedział, że bramkarz z Polski przyjeżdża na testy, ale decyzję podejmował trener bramkarzy Fred Barber. Był z nim dyrektor akademii Chris Sulley, on również mógł uczestniczyć w podjęciu decyzji. Allardyce’a poznałem dopiero później i nie mogę powiedzieć, żebyśmy mieli jakiś mega kontakt. Cześć-cześć. W większości przypadków nie było go na treningach, siedział za biurkiem, a z drużyną pracowali asystenci. Zespół widział się z nim dopiero na obiekcie podczas indywidualnych rozmów, rozmów na temat gry zespołu.

Czyli Allardyce oddelegowywał zaufanych ludzi do pracy z zespołem, a sam do takiej typowo treningowej młócki się nie mieszał?

– Tak to wyglądało. Nie chcę powiedzieć, że w ogóle go nie było na treningach. Przychodził w czwartek, piątek przed sobotnim meczem ligowym. Wtedy uczestniczył w zajęciach, prowadził je. Ale w większości przypadków miał zaufanych asystentów i oni spełniali jego wolę. W tamtym okresie to się świetnie sprawdzało, Bolton osiągał mega wyniki jak na historię tego klubu. Czasy, kiedy ja się tam załapałem, to był złoty okres.

W szatni pierwszego zespołu były wtedy naprawdę duże postaci. Hierro, Campo, Okocha, Anelka, Nakata. Jaką miałeś z nimi styczność?

– Miałem trzyletni kontrakt. Na początku – umowa na dwa lata na grę w akademii, do lat 19, i rok profesjonalnego kontraktu. Ale akademia była ulokowana z pierwszym zespołem w tym samym ośrodku treningowym. Ja przyjeżdżając codziennie na 9:00 miałem okazję zbić piątkę, wymienić siema-siema z Nicolasem Anelką, z Jay-Jayem Okochą, z Fernando Hierro, z wariatem El-Hadjim Dioufem. Codziennie ich widziałem, codziennie z nimi rozmawiałem. Uczestniczyłem bardzo często w treningach bramkarskich razem z golkiperami pierwszej drużyny. Kiedy byli potrzebni bramkarze do „jedynki” na „strzelbę”, jakieś gierki, to nie zawsze schodzili ci z pierwszego zespołu – Jussi czy Ian Walker – tylko schodziłem ja. Więc z tymi piłkarzami miałem codziennie do czynienia. Na treningu, podczas posiłków, podczas odpraw.

Czyjeś bomby szczególnie zapamiętałeś z tamtych treningów strzeleckich?

– Byli kozacy. Kevin Nolan miał uderzenie, Jay-Jay Okocha miał mega precyzję. Henrik Pedersen potrafił posłać torpedę. Ale wtedy w każdym wywiadzie wspominałem przede wszystkim, że największe „wow” miałem, jak zobaczyłem Fernando Hierro. Chwilę temu widziałem go w Lidze Mistrzów, nie trzeba przypominać, kim był ten gość. A tu mam okazję z nim trenować. Jego przerzuty na meczach… Ja pierdzielę, to było coś. Robił na mnie wielkie wrażenie. Spędziłem tam trzy lata, jak dobrze pamiętam, w każdym roku Bolton zajmował miejsce uprawniające do gry w Pucharze UEFA. Byliśmy naszpikowani mega gwiazdami. Nie mogliśmy się równać z United czy z Chelsea, ale kapela była konkretna.

Jak wyglądała twoja aklimatyzacja po przylocie do Anglii?

– W Anglii jest tak, że przychodząc do klubu od razu dostajesz rodzinę zastępczą. Ja też musiałem do takiej rodziny trafić. Wcześniej w tym domku mieszkał już Jarek Fojut, więc łatwiej mi było o tyle, że miałem go blisko. Na początku mieszkaliśmy z tą rodzinką, później sami.

A jak już rozmawiamy o tym, jak to wygląda – nawet chłopaki, strzelam, z Manchesteru, którzy grali w Boltonie, nie mogli mieszkać u siebie w Manchesterze, tylko musieli mieszkać u tych rodzin zastępczych, w samym Boltonie, na obrzeżach Boltonu.

Jarek pomagał jako tłumacz?

– Na początku w kwestiach językowych czułem się fatalnie! Najlepsze jest to, że w szkole leciałem na piątkach, czwórkach. A po wyjeździe… Ja pierdzielę, zupełnie inna rozmowa. Dużo robił stres. Wiesz, jak to jest w szatni. Czasami ciężko się odnaleźć swojemu, są takie charaktery. A co dopiero, jak znasz język tylko trochę, siedzisz z samymi Anglikami, do tego Jarek i paru chłopaków z Afryki. Wiem, że kręcą sobie bekę, ale jak tu się odezwać? Nie masz jeszcze na starcie takiej pewności siebie. Z biegiem czasu się przełamałem, ale na początku pomoc Jarka była duża.

Coś cię wtedy w Anglii szczególnie zaskoczyło? To jeszcze wtedy nie był taki kraj, do którego leci się ryanem czy innym wizzem za trzy dyszki.

– Zaskoczyło mnie to, jak może wyglądać świat piłkarski. Nie znałem go z tej strony. Oprócz tego, że wyjeżdżałem na zgrupowanie reprezentacji, to przed Boltonem nie zobaczyłem nic. Dopiero wtedy przekonałem się, jak może wyglądać piękny stadion, akademia, ośrodek treningowy, jak mogą być traktowani ludzie. To mówię od strony piłkarskiej. A co mnie zaskoczyło życiowo? Chyba tylko jazda po drugiej stronie ulicy.

A jeśli chodzi o jedzenie?

– Petarda. Mieliśmy w klubie super kucharkę, która we mnie i w Jarku była zakochana, pytała nas nawet, jakie polskie dania nam przygotować. Wszystko pod nos. Jedzenie w klubie było przepyszne. Przyjęło się, że w Anglii jest wszystko sztuczne, wszystko paczkowane. W klubie było inaczej – świeże, top, top, top. A z drugiej strony, wracając do domu, mieliśmy naszą opiekunkę, z którą utrzymujemy kontakt do dnia dzisiejszego. Też była w nas zakochana, niesamowicie ciepła osoba. Robiła dla nas wszystko, jeździła do polskiego sklepu i robiła tam zakupy. Głupio się przyznać, ale kupowała nam parę razy jakieś polskie piwa, jak już byliśmy pełnoletni. Małe szczegóły, ale zrobiła wszystko, co tylko się dało, żebyśmy się czuli jak w domu.

Fojut opowiadał kiedyś w wywiadzie, że nauka odpowiedzialności w Boltonie polega na odpowiedzialności za sprzęt starszych kolegów. On, z tego co mówił, miał pompować piłki. A ty?

– Z tego, co pamiętam, Jarek pompował piłki dla pierwszej drużyny, a ja pompowałem dla bramkarzy. Więc musiałem przygotować sprzęt między innymi dla samego siebie. Każdy miał jakieś funkcje. Niektórzy czyścili siłownię, inni szatnię, musieli poukładać korki na regałach. Nie było zawodnika w akademii, który nie miałby przydzielonego czegoś do roboty. Oczywiście jeżeli nie spełniłeś swojego zadania, następnego dnia było wszystko weryfikowane, musiałeś zapłacić karę. Do tego po każdym treningu pierwszej drużyny musieliśmy im czyścić korki. Moim zdaniem to jest mega fajne. Może nie każdy się ze mną zgodzi, ale pamiętam, jaką motywacją była dla mnie wtedy myśl: „fajnie byłoby stać się prawomocnym zawodnikiem pierwszej drużyny, któremu inni myją korki”. Uczyło nas to życia, szacunku do sprzętu, szacunku do starszych. Widziałem też, co mogę mieć, jeśli mi się uda.

Czytałem o pewnej zabawnej – choć nie wiem, czy dla ciebie też – sytuacji, kiedy w 2007 roku Bolton potrzebował na gwałt bramkarza na turniej towarzyski w Korei Południowej i kazał ci wsiadać w samolot. Opowiedz, jak to było.

– Klub wysłał po mnie samolot, przeleciałem pół świata i ostatecznie okazało się, że nie mogę zagrać, bo Bolton nie może w trakcie turnieju dopisać nikogo do kadry meczowej (śmiech). Ale zobaczyłem kawałek świata, co pozwiedzałem, to moje. Potrenowałem z chłopakami, posiedziałem na ławce, zobaczyłem sobie kilka ładnych stadionów. Teraz krąży po Facebooku challenge, w którym nominuje się zawodników, żeby wstawili stare zdjęcia z piłki. Ja nie jestem taki facebookowy, nie lubię wrzucać swoich zdjęć. Liczyłem, że nikt sobie o mnie nie przypomni, ale jak się domyślasz, parę osób sobie przypomniało. No i kilka dni temu mówię sobie: „kurczę, trzeba coś wygrzebać”. Usiadłem do starego dysku przenośnego, przypomniałem sobie zdjęcia z Korei, z Boltonu, z innych drużyn. Mega wspomnienia.

Myślałeś, że wpis „Bolton” w CV otworzy ci więcej drzwi na dalszych etapach kariery?

– Tak. Nie wiem, czy nie za późno zdecydowałem się na powrót do Polski. Miałem taką możliwość, kiedy odchodziłem z Boltonu. Nie iść do niższej ligi w Anglii i wrócić do Polski jako piłkarz odchodzący z klubu Premier League. Miałbym dużo lepszą kartę przetargową niż po późniejszym powrocie. No ale z drugiej strony kiedy już postanowiłem, że wracam do kraju, po kolejnym półtora roku w League One, League Two, uważam to za złą decyzję. Niepotrzebnie wracałem, mogłem zostać w Anglii. Podjąłem dwie złe decyzje w przeciągu półtora roku.

Mateusz Taudul, były bramkarz młodzieżowych zespołów Evertonu mówił, że nie był świadom, jak wiele w kontekście rozmów z kolejnymi klubami mógłby mu dać sam fakt, że w kilku meczach Premier League znalazł się na ławce.

– Jest to istotne. Jak jesteś na ławce – nie mówiąc o grze w Premier League – to ludzie o tobie słyszą. Mój przyjaciel Jarek Fojut zagrał tylko jeden mecz w Premiership, jeździł z drużyną, był na ławce, być może mu to pomogło. Na pewno lepiej mieć coś takiego. Kto ma o tobie usłyszeć, jak tylko trenujesz z zespołem? A tak myślenie się zmienia. „Patrz, młody, a już na ławce klubu Premier League”.

Byłeś w ogóle w którymś momencie blisko znalezienia się w kadrze meczowej?

– Po tej rozmowie, w której powiedziano mi, że za kilka lat będę drugi Jaaskelainen, kiedy były szykowane składy na wyjazdy, to nie powiem – mocno czekałem na taką szansę. Na mecze poza Boltonem jeździło więcej zawodników, więc na nie najbardziej liczyłem. Że pojadę jako trzeci, może wskoczę na ławkę. Kurczę, nawet nigdy nie udało mi się pojechać na wyjazd. Czasami jechało dwóch golkiperów, czasami trzech, ale ani razu nie było w niej miejsca dla mnie. O meczach domowych to nawet nie mówię, bo tutaj zawsze było dwóch bramkarzy i koniec.

Jak duże było twoje rozczarowanie, kiedy wróciłeś do Polski i zostałeś trzecim bramkarzem Floty Świnoujście?

– Nie do końca tak było, że od razu byłem trzecim. W pierwszym meczu ligowym Floty po moim przyjściu w bramce stanął Krzysiu Żukowski. Wygrał ze mną rywalizację, wywalczył sobie tę pozycję, nie mogłem mieć pretensji. Przed pierwszym meczem ligowym, na domiar złego, uszkodziłem sobie kolano. Przez pół roku nie mogłem grać w piłkę, a jednocześnie klub nie chciał mnie puścić na operację wcześniej, bo jeździłem jako drugi bramkarz na mecze ligowe. Więc męczyłem się, robiłem wszystko, żeby pozostać tym drugim. Trenowałem z kontuzją. Kiedy zoperowałem kolano pomiędzy sezonami, okazało się, że drugie też mam rozwalone. Gdy naprawiłem drugie kolano, okazało się, że pierwsze było źle zrobione, więc trzeba było raz jeszcze operować lewe kolano. Tak straciłem rok we Flocie. Kiedy wróciłem już zdrowy, spragniony gry w piłkę, nie miałem szans. Krzysiek dalej bronił, trener Petr Nemec nie był za mną, więc stwierdził, że jak zostanę, to będę trzeci.

Był taki czas, że czułeś, że jeszcze możesz w Polsce coś na wyższym poziomie ugrać?

– Nie będę ściemnia – wracając do Polski trafiałem na beznadziejnych menedżerów. Oprócz gry w piłkę trzeba mieć kogoś za plecami, żeby ci pomógł. Ja nie miałem takich pleców, nie miałem kontaktów. Liczyłem na to, że ktoś mi pomoże. Niestety, te osoby mi nie pomagały. Po Flocie nie miałem szans, żeby gdziekolwiek iść. Zagrałem w bodaj dwóch meczach przez półtora roku. Co to jest? Musiałem iść gdzieś grać. Poszedłem do Orła Ząbkowice Śląskie. Dopiero tam poznałem menedżera, który pomógł mi pójść do Polkowic. I to był taki moment, gdy uwierzyłem, że jest szansa. Szkoda, że ta szansa szybko się rozmyła po spadku. Byliśmy z Górnikiem w I lidze, zlecieliśmy do II ligi. Spędziłem tam półtora roku, ale już czułem, że po Polkowicach może być naprawdę ciężko.

Niemniej zaczepiłeś jeszcze w dwóch dużych klubach – dużych pod kątem marki w polskiej piłce. No bo najpierw Polonia Warszawa, a potem ŁKS Łódź.

– Pewnie. Ja mówię o aspekcie sportowym, jeśli chodzi o poziom ligi. Byłem we Flocie w I lidze, w Polkowicach w I lidze, potem w II. Później był krótki epizod w Jarocie Jarocin, też w II lidze. No i wreszcie Polonia. Zawsze mam szacunek do takich klubów, wiedziałem, jaka to duża marka. Do dnia dzisiejszego mam Czarne Koszule w sercu. Dużo im zawdzięczam, piłkarsko to był świetny czas. No ale wiedziałem, że to tylko III liga, w dodatku przychodziłem, jak Polonia biła się o utrzymanie. Poznałem tam cudownych ludzi, z którymi mam do dziś kontakt. Jak odpaliłem ostatnio ten dysk przenośny, to też mojej partnerce pokazywałem mnóstwo filmików i zdjęć z Polonii. Bo mam tamtych ludzi głęboko w serduchu.

Później poszedłem do ŁKS-u, co było dla mnie wielką sprawą, bo jestem ełkaesiakiem z krwi i kości. Cieszyłem się, że wracam do domu. Miałem kiedyś plan, wyjeżdżając z ŁKS-u do Anglii – jak większość chłopaków jadących za granicę – żeby wrócić do tego klubu na zakończenie kariery. Ani kariery nie zrobiłem, ani nie wróciłem na jej koniec (śmiech).

ŁKS podnoszący się z gry w niższych ligach, z niebytu – nietrudno tutaj snuć analogie do twojej historii. Pewnie liczyłeś gdzieś w głębi serca, że twoje losy mogą się potoczyć tak, jak ostatecznie potoczyły się te Michała Kołby. Od III ligi do ekstraklasy.

– Przychodząc do ŁKS-u czułem, że jestem w gazie. Jak robiliśmy awans w Polonii Warszawa może nie broniłem tyle, ile chciałem, bo zagrałem pierwszą rundę, a w drugiej tylko w dwóch meczach. Ale miałem poczucie, że jestem w formie. Znowu III liga, ale to jest mój kochany ŁKS. Kilka lat wcześniej był awans od IV do III ligi, organizacyjnie szło to wszystko do przodu. Była wielka szansa, by wejść do II ligi, a co dalej – zobaczymy. Że się potoczyło, jak się potoczyło… Michał był w klubie wcześniej, miał ten handicap. Został kapitanem, o czymś to też świadczyło. Nie było to dla mnie łatwe, że on bronił, a nie ja. Wiedziałem, że jestem dobrym bramkarzem i mógłbym się spisywać między słupkami równie dobrze jak on, może nawet lepiej. Ale nie dostałem szansy. Nie mam o to do nikogo pretensji, ŁKS grał dobrze, wygrywał. Nie mam się do czego przyczepić. Może trochę żal, że nie pograłem tyle, ile bym chciał.

Zagrałeś w dwóch ostatnich kolejkach w II lidze, kiedy ŁKS wracał do I ligi. Emocjonalnie było to intensywne przeżycie?

– Dla mnie każdy mecz w barwach ŁKS-u byłby wyjątkowy. Czy gralibyśmy w III lidze z ostatnim zespołem w tabeli, czy w II lidze robiąc awans. Było już wiadomo, że awansujemy, gdy jechaliśmy na mecz z Rozwojem. Potem, w ostatniej kolejce, zagrałem ostatni swój mecz dla ŁKS-u przy pełnej trybunie z Legionovią. Fajnie było dostać tę szansę. Broń Boże żeby nikt tego nie odebrał tak, że cieszę się, że zagrałem dwa mecze. Nie, wolałbym zagrać przez te dwa lata sześćdziesiąt spotkań.

Wiedziałeś już przed meczem z Legionovią, że nie idziesz do I ligi razem z ŁKS-em? Że to twoje pożegnanie z klubem?

– Miałem umowę do końca sezonu i na dobrą sprawę nikt nie mówił o przyszłości. Dowiedziałem się kilka dni później, że ŁKS będzie szukał kogoś innego na moje miejsce.

Dowiedziałeś się o tym już od trenera Moskala?

– Nie, wtedy jeszcze nie było trenera Moskala, więc decyzję podjął zarząd.

A co się w ogóle dziś z tobą dzieje? Ślad na 90minut.pl urywa się w poprzednim sezonie, po jednej rundzie w Warcie Sieradz.

– Z Wartą Sieradz rozstaliśmy się w zgodzie, wrócił z wypożyczenia jeden z bramkarzy, więc musiała się odbyć roszada – ja odchodzę, on wraca z wypożyczenia do III ligi. Na tamten moment zdecydowałem, że nigdzie nie będę się ruszał, kombinował, dojeżdżał kawał drogi poza Łódź. Postanowiłem, żeby się z Łodzi nie ruszać, zostałem zawodnikiem Zawiszy Rzgów grającej w łódzkiej lidze okręgowej.

Domyślam się, że w tym momencie piłka nie jest twoim jedynym źródłem utrzymania?

– Nie jest. Już grając w Warcie Sieradz miałem stałą pracę w sklepie z tkaninami. Piłka zawsze była na pierwszym miejscu, więc na dobrą sprawę wolałbym nie mieć stałej pracy, a grać zawodowo. Tak do tego cały czas podchodziłem i może dalej bym tak podchodził. Ale że zdecydowałem, że zostaję w Łodzi. Jestem też trenerem młodych bramkarzy w Zawiszy Rzgów, a na początku lutego zostałem trenerem golkiperów w pierwszym zespole i w akademii III-ligowej Lechii Tomaszów Mazowiecki. Idę bardziej w kierunki trenerki na ten moment.

Jak sobie radzisz teraz, w czasach epidemii?

– Tak jak każdemu sportowcowi, mi też jest ciężko. Brakuje futbolu. Może nie gram już w piłkę tyle, co kiedyś, ale brakuje ruchu. A także czegoś do pooglądania w telewizji. Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi z piłki i doszliśmy do wniosku, że bez futbolu, to kawał nudnego życia. Ale ważne, że zdrówko dopisuje, w tej kwestii nie ma na co narzekać.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK/400mm.pl

Opublikowane 21.04.2020 09:13 przez

Szymon Podstufka

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 8
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lee
Lee

chcialem przeczytac, ale niestety dotarlem do slowa „mega”, ktore automatycznie konczy moja podroz.
pozdrawiam

Erwin
Erwin

Erwin Sak 2.0

Maciek
Maciek

Czemu? Gość nie mówi, że gdyby zagrał w Premier League to zostałby gwiazda, tylko że miał talent i go zmarnował.

SmyQ
SmyQ

Żaden inny polski piłkarz nie kojarzy mi się tak z listą piłkarzy bez kontraktu w Football Managerze.

Baba Ali
Baba Ali

,,Mateusz Taudul, były bramkarz młodzieżowych zespołów Evertonu mówił, że nie był świadom, jak wiele w kontekście rozmów z kolejnymi klubami mógłby mu dać sam fakt, że w kilku meczach Premier League znalazł się na ławce.” Chyba komuś Taudul pomylił się z Heweltem z Miedzi.

Bartek
Bartek

Taudul tak powiedział ostatnio w wywiadzie, zanim zaczniesz głupio krytykować sprawdź

Baba Ali
Baba Ali

W takim razie przepraszam. Samej wypowiedzi jednak nie rozumie, bo do ławki w Evertonie to on miał bardzo daleko.

Bartek
Bartek

Typowy polski młody piłkarzyk (tzn wtedy jak nim był) , pochwalić to od razu głowa w chmurach i myśli że jest tak zajebisty że już nic nie musi

Weszło
06.08.2020

Monchi w Sevilli sto razy mocniejszy od Monchiego w Romie

Gdy tylko los skojarzył Sevillę z Romą, podtekst był jasny: Monchi. Legendarny dyrektor sportowy Sevilli, którego doskonałe decyzje na rynku transferowym doprowadziły ten klub do pięciu triumfów w Pucharze UEFA i Lidze Europy. Dyrektor, który zapracował na zaufanie szefów Romy i dyrektor, który swoją rzymską misję totalnie położył. Gdy nie wyszło w Serie A, wrócił […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

HEJT PARK W DOBRYM SKŁADZIE | Michał Pol i Wiktor Malinowski | LIVE od 21

W kolejnej odsłonie „Hejt Parku w Dobrym Składzie” gościem Michała Pola będzie Wiktor Malinowski! Były szczypiornista VIVE Kielce odnalazł się przy… pokerowym stole, gdzie zarabia okrągłe sumki. Specjalnie dla nas opowie o kulisach świata wielkiej – dosłownie – gry. Macie pytania? Śmiało, dzwońcie: 22 219 50 31. Partnerem programu jest browar Okocim. 
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Mówicie, że za drogie bilety? Pan Nitot ma to w dupie!

Gregoire Nitot – fajny gość? No chyba nie do końca. Miała być francuska gracja, a wyszła cebulacka gburowatość. Pan Nitot na zarzut kibiców „bilety są za drogie” odpowiada  prosto – „mam to w dupie”. Wyobraźcie sobie, że zostajecie właścicielem klubu, który jest w ruinie. Gra w lidze, która nie przystaje do firmy z taką historią. […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Bruliński (Lechia): „Zadziałaliśmy na tyle odpowiedzialnie, na ile potrafiliśmy”

– Pewnie można było to wszystko rozwiązać inaczej, ale zadajmy sobie dzisiaj pytanie, kiedy ostatnio mieliśmy robione testy? Sprawdziłem – 15 czerwca. Zawodnik, u którego stwierdzono koronawirusa nie ma nawet podwyższonej temperatury. Nie wiemy tak naprawdę, co się od 15 czerwca działo w naszym zespole – stwierdził Arkadiusz Bruliński, dyrektor Biura Komunikacji i Marketingu oraz […]
06.08.2020
Blogi i felietony
06.08.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Warta Poznań nie będzie grać u siebie. A nawet jakby grała u siebie, nie wprowadziłaby do Ekstraklasy polskiej odpowiedzi na La Bombonerę. Nie ma dziesiątek tysięcy fanatycznych kibiców. Warta Poznań nie wprowadzi też w ekstraklasowy krwioobieg milionów euro. Nie stoi za nią żaden hipernowoczesny kombinat IT, żadne unikalne know-how. Ich marka nie przykuje do telewizorów […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Handzlik: Idąc do Legii popełniłem błąd. Potem nawet myślałem, żeby rzucić piłkę

Pięć lat – tyle musiał czekać Konrad Handzlik na to, żeby powiększyć swój dorobek występów w Ekstraklasie. Kiedy przechodził z Wisły Kraków do Legii Warszawa, wokół jego osoby było dużo szumu. Za dużo, bo sam przyznaje, że wcale mu to nie pomogło. Ostatecznie do ligi trafił nie dzięki temu, że przebił się przy Łazienkowskiej, a […]
06.08.2020
Bukmacherka
06.08.2020

Juventus doczłapie się do ćwierćfinału?

Juventus – Olympique Lyon. To jeden z najbardziej zagadkowych meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów. „Stara Dama” w teorii powinna awansować do ćwierćfinału, ale w praktyce absolutnie nic nie jest przesądzone. FORMA LYONU JEST NIEWIADOMĄ W pierwszym meczu, który odbył się we Francji, Lyon wygrał 1:0. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Lucas Tousart. Ten wynik szokował, […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Czterech piłkarzy, na których radzimy zwrócić dziś szczególną uwagę

Przed nami kolejny czteropak w Lidze Europy i – uwaga, nie ironizujemy – cztery fajne pozycje do oglądania. Najbardziej efektowna zapowiedź wieczoru skupiłaby się na ligach. Mamy starcie przedstawiciela La Liga z zespołem Serie A, mamy reprezentanta Premier League, mamy drużynę z Bundesligi. Tak, potem mina rzednie, gdy pod hasłem”Anglicy” zamiast Chelsea kryje się Wolverhampton, […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Kolejny głośny powrót do Ekstraklasy. Kucharczyk w Pogoni Szczecin

Wrócił Sobota, wrócił Boruc, teraz wraca Michał Kucharczyk, który zasili Pogoń Szczecin. Trzeba przyznać, że nieźle kręci się to okno transferowe jak do tej pory, postaci, których jesteśmy arcyciekawi w nowych barwach, jest już więcej niż kilka, a przecież okienko trochę jeszcze potrwa. PRZYCHODZI NIE Z ŁAWKI, A Z BOISKA Kucharczyk Rosji nie pozamiatał, w […]
06.08.2020
Weszło Extra
06.08.2020

„Żyłem, umarłem i znów ożyłem”. Ståle Solbakken, czyli trener niezniszczalny

13 marca 2001 roku Ståle Solbakken, wówczas 33-letni piłkarz FC Kopenhagi, jak co dzień wybrał się na trening. Nie mógł wiedzieć, że zajęcia opuści… martwy. Tak się przynajmniej wydawało klubowemu lekarzowi, który przeprowadził rozpaczliwą akcję ratunkową, udzielając nieprzytomnemu zawodnikowi pierwszej pomocy. – Jego serce przestało bić – przyznał potem doktor. Aż trudno uwierzyć, że mówił […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Kamil Wilczek podpalił Danię. Legenda Brondby zagra dla FC Kopenhagi

Luis Figo w Hiszpanii. Ashley Cole w Anglii. Zlatan Ibrahimović we Włoszech. Kasper Hamalainen w Polsce. W różnych krajach pojęcie „piłkarskiego zdrajcy” ma inny przykład, ale tę samą definicję. Gościa, który przechodzi do odwiecznego rywala. Zdaniem kibica – dla kasy. Zdaniem samego zainteresowanego poniekąd pewnie też, ale wiadomo – ilu ludzi, tyle powodów. W każdym […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

W Warcie nie ma czasu na świętowanie. Dzień po fetowaniu mieliśmy komitet transferowy

– Od pewnego czasu udaje nam się działać na warunkach zdrowego zarządzania tym budżetem. Odkąd jestem w klubie budżet płacowy jest w graniach 50-60% budżetu ogólnego, co – jak wykazują wskaźniki – jest zdrowym procentem. Nie będziemy wydawać więcej niż pozwalają nam na to nasze możliwości finansowe. Nie będzie w Warcie płacowego eldorado i życia […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Wilusz: „Raków był bardzo konkretny, a poziom Ekstraklasy idzie do góry”

W jakich okolicznościach podpisywał kontrakt z Rakowem Częstochowa? Co go przekonało? Jakie wrażenie zrobił na nim klub i trener Marek Papszun? Dlaczego potrzebował stabilizacji? Czy ostatni rok w Rosji uważa za stracony? Dlaczego nie został w Rosji i czy miał możliwość zostania na dłużej w Uralu Jekaterynburg? Czy wraca do lepszej ligi? Skąd u niego […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Pan piłkarz na dłużej w Lechu. Kolejorz dogadał się z Pedro Tibą

Lech Poznań świetnie szkoli młodzież. To teza łatwa do obrony, teza oczywista, z którą trudno polemizować. Ale jednocześnie Kolejorz miał w ostatnim czasie problemy ze ściąganiem kozaków, od których ta młodzież mogłaby się uczyć. Natomiast jednym z takich kozaków, którego poznaniacy wyszukali i ściągnęli jest Pedro Tiba. Wśród fanów Lecha pojawiały się obawy, że Portugalczyk […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

Felix: „Chciałem zapewnić lepszą przyszłość mojej rodzinie. Liga turecka ma swoją renomę”

W dzisiejszej prasie futbol na pewno nie dominuje, ale… coś dla siebie znajdziemy. W „Przeglądzie” mamy zapowiedź Ligi Mistrzów i rozmowę o nowym trenerze Jagiellonii, w „Sporcie” rzecz o transferach Piasta i GKS-u Jastrzębie, a w „Superaku” Jorge Felix opowiada o transferze. – Trafiłem do czołowego klubu, który w poprzednim sezonie zajął czwarte miejsce w […]
06.08.2020
Weszło
06.08.2020

United wygrywają w sparingu pod szyldem Ligi Europy

Tak się stęskniliśmy za międzynarodowymi rozgrywkami, że odpaliliśmy nawet starcie Manchesteru United z LASK Linz, co wcześniej – przed pandemią – byłoby nie do pomyślenia. Nie dość, że Austriacy są elektryzujący jak budyń, to jeszcze przegrali 0:5 w pierwszym spotkaniu. Naprawdę więc w normalnych czasach wolelibyśmy oglądać wyścigi kropel na szybie. Ale że jest, jak […]
06.08.2020
Weszło
05.08.2020

Inter gra dalej, ale rośnie rola defensywy

Wicemistrzostwo Włoch, punkt straty do Juventusu, niezłe punktowanie i przyzwoita gra po przerwie pandemicznej. Ale jednocześnie pierwsze zgrzyty z udziałem Antonio Conte, brak regularności, która pozwoliłaby przeskoczyć słabą w tym sezonie Starą Damę, no i sporo punktów uratowanych przez Samira Handanovicia. Finisz sezonu w wykonaniu Interu Mediolan ma trochę słodko-gorzki smak i dzisiejsze zwycięstwo nad […]
05.08.2020
Blogi i felietony
05.08.2020

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Od wielu lat hołduję jednej wyjątkowej wakacyjnej tradycji. Stawiam tasiemki na pierwsze rundy eliminacji do europejskich pucharów. Nie zliczę ile razy Steaua Bukareszt zremisowała z jakimiś dziadami, wykładając mi kupon na siedem zdarzeń. Nie zliczę ile razy wszystko weszło, gdy akurat Partizana nie trawił żaden wewnętrzny konflikt, a mistrz Norwegii zgodnie z planem rozprawiał się […]
05.08.2020