post Avatar

Opublikowane 26.03.2020 18:22 przez

redakcja

Zaczniemy od końca. Czyli od felietonu Pawła Zarzecznego.

Od końca, bo zasadniczo, gdy w tej skromnej rubryce umieszczałem gościnnie teksty zdolniejszych od siebie, zazwyczaj robiłem to na końcu. Skoro „Jak co czwartek… Leszek Milewski”, to wypadałoby dać najpierw coś od Milewskiego. Ale przy tym tekście czułbym się źle tak robiąc – jest za dobry, by wrzucać go gdzieś na koniec jak bonus, dodatek, deser. Pozwólcie, że tym razem moje trzy grosze wystąpią w takiej roli. 

Mam nadzieję, że wydawnictwo Buchmann się nie obrazi. Zrozumie dlaczego publikuję – wczoraj trzecia rocznica śmierci Pawła – i zwróci uwagę na to, że książkę „Mój własny charakter pisma” przypominam, jak i również przypominam fakt, że jest ona wciąż do kupienia, także w ebooku, bo tą drogą ją nabyłem, w odruchu potrzeby usystematyzowania tekstów Pawła.

Po tym przydługim wstępie zapraszam do lektury.

„DEYNA KAZIMIERZ, NIE RUSZ KAZIKA, BO ZGINIESZ”.

Żeby zacząć o nim pisać, trzeba otworzyć flaszkę.

„Jak ten twój Kaziu, jak tam Kaziu?” – te drwiny słyszałem całą młodość. Drwiny i kpiny. No bo jak to? Dla mnie najlepszy, a co starcie z ich idolem, Lubańskim, to klęska. Bo Lubański nie tylko był przystojniejszy, ale umiał się odezwać.

I mecze Legia – Górnik. My, warszawiacy, zawsze w plecy. Dwie drużyny być może najlepsze w Europie, a ta z Zabrza zwykle lepsza.

Nie zapomnę śniadania, to był jakiś 1972 rok (nie sprawdzam, ale tak było, pora popołudniowa). Siedzimy przy radiu (telewizora nie mamy), gdy zaczyna się mecz. Ja kontra hanysy z własnego domu. No i zaczyna się mecz. Ja przeciw siostrom, Legia vs Górnik.

1:0 Gadocha!

Biegam wokół stołu, ścigany nienawiścią…

1:1. Lubański. „I gdzie twój Kaziu?”.

2:1. Gadocha! – wpadam w ekstazę… I jestem bity po łbie, gdy…

2:2. Lubański.

2:3. Lubański.

2:4. Szołtysik.

2:5. Lubański…

Płakałem całą noc. To było kolejne upokorzenie Kazia. I nawet jak w tym samym roku wygrywał mistrzostwo olimpijskie i strzelał nie cztery, ale dziewięć goli, pytali mnie: „No, gdzie ten twój Kaziu?”. Jak prowadził Polaków do trzeciego miejsca na świecie, oni znowu pytali: „Gdzie ten Kaziu?”. I tak jak te pizdy – słowo uprawnione – zewsząd gwizdy. Jak w Chorzowie, gdy lud prosty wygwizdał najlepszego piłkarza wszech czasów, bo strzelił tylko jedną bramkę, z rożnego, dającą awans…

Niewdzięczność i hańba, ja to jako kibic przeżywałem razem z Kaziem. Bo kochałem kogoś, kogo Polska – poza Warszawą – odrzuciła. Warszawa zawsze była inna. I Kazio mógł stawać na głowie, a i tak było pytanie: „Gdzie ten Kaziu…?”. „Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz” – tak śpiewała Warszawa. I była w błędzie. Bo zginął Kazik! Oddajmy głos Kazimierzowi Górskiemu, który ocenił Kazimierza Deynę jako najbardziej utalentowaną, ale i najbardziej tragiczną postać w polskiej piłce:

„Nie trzeba było znawstwa, by na pierwszy rzut oka rozpoznawać w Kaziu geniusza, który z piłką robi wszystko i wie o niej wszystko. Powołałem go na swoje pierwsze zgrupowanie kadry w 1971 roku. Zanotowałem w zeszycie, że jest to piłkarz klasy światowej. Kazik potwierdził te przypuszczenia w stu procentach. Chadzał własnymi ścieżkami, lubił dobrą zabawę i kobiety (kto ich nie lubi?), ale nie miałem z nim kłopotów. Ciężko pracował na treningach i na boisku. Z pozoru kręcił kółeczka i przetrzymywał piłkę. Ale tylko on umiał zmieniać tempo gry, przenosić jej ciężar z jednej strefy do drugiej, odszukać najlepiej ustawionego partnera lub samemu zakończyć akcję. Mimo, że był małomówny, miał posłuch. Był urodzonym liderem. Ale jak każdy geniusz, był słabo rozumiany przez otoczenie.

Wstyd to przypominać, ale poza stadionem Legii wygwizdywany był wszędzie. I to polska publiczność, w Chorzowie, zmusiła go do zakończenia reprezentacyjnej kariery. Po meczu z Portugalią, w którym właśnie strzał Deyny z rzutu rożnego dał Polsce awans do finałów mistrzostw świata. Deyna był niemal całe życie samotny. Kiedy stracił majątek w chybionych inwestycjach, załamał się, zaczął pić. Zostawili go i najbliżsi – żona, syn. Tragiczny koniec nie był trudny do przewidzenia. To, że zginął po pijanemu i to, że miał w kieszeni zaledwie 50 centów. Kilka tygodni przed tragedią widzieliśmy się po raz ostatni, gdy powołałem go do reprezentacji Polski oldbojów. Nie zawiódł, był prawdziwym kapitanem, a w meczach ze Związkiem Radzieckim i Włochami strzelił dwie kapitalne bramki. Pożegnał się z drużyną przepięknie!”.

***

Nigdy z nim nie rozmawiałem, wyjechał. Aż raz propozycja, bym zebrał reprezentację… Zdobyłem telefon do San Diego. Najpierw mnie olał. „Mam dobre życie. Otwieram okno i skaczę do basenu”. Dzwonię na okrągło i namawiam: że zapłacę za przelot, pobyt, spotka się z kumplami. I tak rzucam: „Drużyna musi mieć swojego kapitana!”. I on odpowiedział mnie, dzieciakowi: „Tak, kapitan musi być!”. I przyjechał, a przy dzieleniu koszulek powiedział od razu:

– Dycha jest moja.

A byli Szarmach, Lato, Lubański… Jednak to on był „dychą”.

Koledzy powyjeżdżali, został sam. No nie, byłem ja i Romek Hurkowski, i Robert Gadocha. Przez kilka dni żyliśmy jak bracia, w melanżu. Kazik nie miał zdrowia, upijał się po dwóch drinkach. Chodził elegancko, biała koszula i garnitur, ale mówił, że nie ma dokąd wracać – w Ameryce żona wyrzuciła go z domu, w Polsce boi się wojska, bo jest oficerem, i nie wiadomo co go czeka, może mundur… Namawiałem go do powrotu, grał zresztą jak młody bóg, i nie brakowało mu rozumu, ale… skapitulował, poddał się.

Moim zdaniem – piłem i rozmawiałem z nim jako ostatni – wszyscy go zdradzili. Nie ci na trybunach, tych miał gdzieś. Ci najbliżsi. Musiałem dorosnąć, by coś takiego zrozumieć.

***

Kaziu Deyna. Geniusz. Stokroć zdolniejszy od Bońka, od Laty, od każdego na świecie (może poza Beckenbauerem i Cruyffem na mundialu) – już samo towarzystwo nobilituje. Najwybitniejszy gracz w dziejach Legii. Z nią dwukrotny mistrz Polski, półfinalista Pucharu Mistrzów. Mistrz Olimpijski i król strzelców w Monachium w 1972 (jako pomocnik, 9 goli!). Medalista mistrzostw świata, gdzie pokazał kunszt arcymistrzowski i dowodził drużyną biało-czerwonych. A wcześniej bohater z Wembley. Oficer Wojska Polskiego. Wierny jednym barwom, dopóki w 1979 roku, już na futbolową emeryturę, nie wyjechał do angielskiego Manchesteru City. Tyle to wówczas znaczyło, co dziś Manchester United.

Pochodził ze Starogardu Gdańskiego. „Urodzony pomocnik”, orzekli trenerzy. Nikt się nie pomylił w tej ocenie. Choć miał też wady – lenił się, koledzy musieli za niego biegać. Nie był szybki. Ale szybko myślał. Z rzutów wolnych trafiał dokładnie tam, gdzie chciał. I z karnych. Był pozbawiony nerwów. Jego strzały, wtedy jeszcze wykonywane ciężką, skórzaną piłką, nabierały nieprawdopodobnej rotacji. Nie było na nią mocnych. I to nie były kopnięcia w lidze. Nie, w niej nawet nie zwykł się przemęczać.

Więc dlaczego kibice, poza Warszawą, go nie lubili? Bo jego zahamowania brali za wyniosłość. Jego wstyd – za butę. Nikt go nie rozumiał. Był postacią faktycznie tragiczną. Grał, żył, pił. Zginął ponad 20 lat temu. 1 września 1989 roku w San Diego, gdy z ogromną siłą wjechał w prawidłowo zaparkowaną na poboczu autostrady ciężarówkę. Najprawdopodobniej zasnął za kierownicą. A najpewniej nie miał też siły, żeby żyć. Bez pieniędzy, wyrzucony przez żonę z domu, bez jakiejś wyobrażalnej przyszłości. Wspomina Mariola Deyna, małżonka: „Dwa dni przed jego śmiercią spotkaliśmy się na kolacji. Obiecywał, że się zmieni. Prosił o jeszcze jedną szansę. Powiedziałam mu, że dam mu tę szansę, jeśli przestanie pić i zacznie się leczyć i pracować”.

Już nie zdążył.

Można nie wiedzieć, że Deyna grał z nr 9. Ale trudno nie wiedzieć, że dla Warszawy jest i pozostanie legendą. Bo świetnie grał, bo tragicznie i młodo zginął – jak sławni poeci, malarze, gitarzyści. Tego nie zabierze nikt. Mitu. W Warszawie powstaje nowoczesny stadion Legii. Trudno o bardziej godnego patrona. No bo Brychczy? Nie ten pułap. Górski? Akurat nie z Legią zdobywał sukcesy, z nią nie potrafił. Może Deyna? „Nie wiem czy to jest najodpowiedniejsza kandydatura”, mówił Mariusz Walter, gdy pytamy właściciela Legii o Kazia. Mówi to z troską, jak człowiek odpowiedzialny za kluczowe decyzje dla klubu. No bo jak to tak – pijak patronem?

Entuzjastą jest za to prezes Legii, Leszek Miklas. I ubolewa, że grób tak wybitnego Polaka znajduje się niemal na końcu świata, w kalifornijskim San Diego, gdzie w tamtejszych Soccers „Kaka” kończył karierę. Miklas zapala się do odwiecznego pomysłu, by sprowadzić ciało śp. Kazimierza do ojczyzny. Wysyła nawet zapytanie, do właściwych firm. Odpowiedź: ekshumacja zwłok to 10 tysięcy dolarów, transport – 6 tysięcy. Legia zapłaci. Legia weźmie na siebie wszystkie koszty sprowadzenia – nie trzeba nawet przepraszać za wyrażenie – swej relikwii.

Al choć tego pragnęliby kibice i prezesi, rodzina Deyny się nie zgadza. Pani Mariola wyszła za mąż za Szkota, nazywa się teraz McCullen. Przeszła zawał i miała dość pytań o Kazimierza. Telefonów na ogół nie odbierała. Na pytanie o miejsce pochówku byłego męża odpowiadała: „Kiedyś Kazimierz był własnością narodu. Teraz jest tylko mój i mojego syna”. To o mogile w El Camino Memorial Park, gdzie spoczywa piłkarz niebywały, niepowtarzalny, niezwykły i niezapomniany. Ale w końcu spoczął w Alei Zasłużonych, tam gdzie inni moi ukochani z młodości. Tuż obok najwybitniejszych z wybitnych – Niemen, Kaczmarski, Górski, Zapasiewicz. I jak siostra zapyta znowu „A gdzie ten twój Kaziu”, odpowiem jak Szpakowski: „W Alei Zasłużonych!”.

***

Najciekawsza drużyna, w jakiej Deynie zdarzyło się zagrać, spotkała się jednak nie na boisku, ale na planie sensacyjnego filmu „Victory”. Piłkarze z alianckiego obozu jenieckiego zagrali w nim o życie z Niemcami. A obok Deyny między innymi Pele, Bobby Moore i… Sylvester Stallone jako bramkarz. Stallone Deynę zapamiętał. Przyjechał do San Diego na pogrzeb, wysłuchał ulubionych piosenek Kazia w wykonaniu Elvisa Presleya: „It’s Now or Never, Can’t Help Falling in Love”. Nie było nikogo z Polski. Nie było nikogo z Legii. Ten człowiek, który wygrywał dla milionów, umierał sam. Zostawiając żonę i syna z długami, w potwornej biedzie.

1 września 1989. 26 lat temu. To najbardziej tragiczna rocznica polskiej piłki. Bo nigdy już nie będzie takiego piłkarza jak Kazimierz Deyna, tak bezlitośnie najpierw wygwizdywanego, a potem zapomnianego. Tego samego, o którym śpiewano: „Deyna Kazimierz. Nie rusz Kazika, bo zginiesz”. Tymczasem poza Legią zginęła nasza pamięć. Dlatego sprowadzenie zwłok tego wielkiego Polaka do ojczyzny jest naszym obowiązkiem. I uhonorowanie jego imieniem stadionu Legii Warszawa. Tak nam dopomóż Bóg! Nawet jeżeli uważa się czasem, że nie jest to najodpowiedniejsza kandydatura. Bo lepszej od Kazia zwyczajnie nie ma. I nie będzie.

***

PS. Ale miałem kiedyś prawdziwy dzień pomsty.

Znów radio, słucham wyników, wczesne popołudnie, mecz z Zabrza…  Legią. Chodzę smutny, niewesołe wieści… Siostry coś widzą: „Co tam Pawełku, pewnie znów Legia, Kazio, w dupę dostaliście!”. Ja płaczę! One włączają telewizor (już mamy) na Wiadomości. Lecą te różne bzdury, czekamy na sport. Dwie siostry, ciotki – hanyski – i ja, zapłakany… „A teraz wiadomości sportowe”. Spiker mówi:

„W najważniejszym meczu kolejki Górnik Zabrze przegrał z Legią Warszawa 0:5. Wszystkie gole padły w ciągu piętnastu minut…”.

Uciekałem aż na podwórko. I to była moja odpowiedź na to pytanie: „I gdzie ten Kaziu?”. Kazia zdradzili w życiu wszyscy, z rodziną włącznie. Poza nami, fanami. Mam takie zdjęcie: ja, młody kierownik reprezentacji, a obok dwaj wspaniali piłkarze przy butelkach – Deyna i Gadocha. Jak w niebie! To zdjęcie dałem synowi i proszę: „Daj mi je na nagrobku. ja, Deyna i Gadocha”. Pada pytanie: czy to aby stosowne? Odpowiadam najrozsądniej jak potrafię: „Na całym świecie ludzie wieszają wizerunku bogów w miejscach swojego pożegnania. A Deyna i Gadocha to byli moi bogowie. To dla nich marzyłem i dla nich płakałem, do dziki Nim poznałem jak tragiczne życie jest udziałem najlepszych”.

***

A co tam moim okiem?

A Ronaldinho. I jego zjazd w kierunku meczów więziennych, gdzie gra z niby takim samym uśmiechem, ale jednak nie z takim samym.

Z tym, że o Ronaldinho felieton już pisałem. Duży. W nocy przed sylwestrem, chyba do piątej rano. Poniosło mnie wtedy, bo to Ronaldinho, jeden z ważniejszych dla mnie w piłkarskiej mitologii. Nie chcę robić tu festiwalu cytatów, ale:

Wiem, że Messi i Ronaldo strzelili o milion goli więcej, wiem, że był zastęp piłkarzy regularniejszych, mających znacznie dłuższe „okienko wielkości”. Takich, którzy idąc nocą do garażu muszą uważać by nie zabić się o jakiś Puchar Świata, mistrzowską paterę albo jeden z tuzina przykurzonych superpucharów. Nie zmienia to jednak faktu, że nikt nigdy nie zrobił na mnie większego wrażenia niż Ronaldinho u szczytu. To było coś zupełnie innego, coś, czego nie widziałem ani wcześniej, ani później. Mówimy o piłkarzu, który wyciągał królika z kapelusza w co drugim kontakcie z piłką. O piłkarzu, który miewał efektowniejsze przyjęcie niż inni bramki życia.

Dziś mógłbym co najwyżej dopisać post scriptum, bo wtedy jeszcze jakoś się trzymał, nie było aż tak wyraźne, że w wieku zaledwie 40 lat – kilka dni temu urodziny – trafi do aresztu, a po koncie bankowym nawet nie tyle będzie hulać wiatr, co skrupulatni wierzyciele.

Tylko czy należało się spodziewać czegoś innego? Był na szczycie świata, jeden z ostatnich – jeśli nie ostatni – wyrwanych jak z innej epoki, niespecjalnie przejmujący się fizycznością, powrotami do defensywy, gegenpressingiem, taktycznymi ryzami i w zasadzie całą nowoczesną piłką – pewnie przesadzam, ale wiecie o co chodzi, wszystkie niedomagania potrafił przykryć techniką i wizją. Szczyt formy miał przez to krótki, może nawet króciutki biorąc pod uwagę niszczycielską regularność Messiego, Ronaldo, ale też choćby Lewandowskiego. Pamiętam jak naciął się na Ronaldinho zakochany w nim po dziecięciu Silvio Berlusconi.

Niemniej nie było żadną tajemnicą, że najszerszy, najszczerszy, najbardziej beztroski uśmiech w historii futbolu, nie dotyczy tylko boiska, względnie: nie bierze się tylko z boiska.

Myślę, że u tych wielkich, którzy potem tracą wszystko, jak Ronaldinho, jak Iverson, czy nasze gwiazdy, z omawianym przez Pawła Deyną na czele, pojawia się jeden zasadniczy błąd myślenia: niewiara, że może być znacznie  gorzej, bo przecież do tej pory zawsze było tak dobrze, i jakoś to dalej się potoczy, jakoś to będzie. Nie mieści im się w głowie, że Takim Sławom może ułożyć się źle. I pewne koła ratunkowe uciekają bezpowrotnie, moment, w którym dało się wypracować bezpieczny grunt, mija.

Bo jakośtobędzizm, dalejsiępotoczyzm, kompromituje się każdego dnia we wszystkich możliwych dziedzinach i we wszystkich konfiguracjach życiorysów.

Leszek Milewski

Napisz do autora

Fot. Piotr Nowak/NewsPix

Opublikowane 26.03.2020 18:22 przez

redakcja

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 12
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gino Lettieri vel Wunderwaffe

Paweł Zarzeczny stał się dla tego portalu tym, kim dla wielu naszych rodaków jest Lech Kaczyński. Przedwcześnie zmarły, a po śmierci wręcz czczony i wynoszony niemal na ołtarze. Jego wyznawczy otaczają go kultem, zaś bardzo wielu pozostałych zupełnie nie rozumie tego fenomenu, bo widzieli działalność tego człowieka i słyszeli o wielu jego różnorakich zachowaniach, czy też lepiej użyć określenia „akcjach”, i dziwi ich aż tak nabożny stosunek do niego. Nie idzie mi o to, żeby pamięć Pawła Zarzecznego kalać. Zaliczam się jednak do tej grupy, która miała autentyczny problem z przyswajaniem twórczości Zarzecznego, a szczególnie tej późniejszej, gdy dominował już raczej alkoholowy bełkot. Człowiekiem może był i wspaniałym (choć wiele relacji jego znajomych raczej temu zaprzecza, w każdym razie inaczej postrzegam wspaniałych ludzi), ale dziennikarzem czy aż tak wybitnym? Bo co? Bo celowo wzbudzał kontrowersje i mówił to, co wiedział, że wywoła gównoburzę, a często w sposób wręcz chamski? Dla mnie to przede wszystkim był człowiek cholernie pokręcony. W każdym razie traki obraz tworzą te wszystkie opowieści o nim. Mentalność i profesjonalizm z poprzedniej epoki.

qdlaty81
qdlaty81

był jednym z ostatnich który miał jaja coś szczerze pisać. dziś dziennikarzem jest Twitter i ‚przepisanie Twittera bez podpisu’. Najważniejsze żeby źródło było pewne żeby pozwu nie było. Treść może nawet być nieprawdziwa, ważne że to nie dziennikarz danego pisma/portalu ją pierwszy napisał, tylko że przepisał z innego miejsca.
Smutne to trochę

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gino Lettieri vel Wunderwaffe

Szczerze? Z pewnością. Mi bardziej jednak zgrzytała ta kontrowersyjność szukana na siłę. Jeśli Kowalski powiedział A, to Zarzeczny zawsze powiedział B. Nawet jeśli Kowalski zwyczajnie miał rację. Potwierdza to zresztą wiele opowieści jego znajomych. Zgrzytało mi też towarzyszące temu „co to nie ja” i cała ta bufonada. Tak to widziałem.

picioo
picioo

Uprzedziłeś mnie tym wpisem. Sedno. Mitoman, tak sprawny, że stado baranów uznało go za geniusza.

fan kibolkiewicza
fan kibolkiewicza

Już to wczoraj pisałem, tylko trochę ostrzej. Dziwię się, że Zarzecznemu wszystko uchodziło płazem. Przecież on robił zwykle świństwa, kolegom. Wykorzystywanie zaufania i upublicznianie prywatnych rozmów, czyichs zwierzeń? Przecież to kurwa jest podłe. Publiczne rozsmarowywanie swoich znajomych? To zwykle chamstwo a nie błyskotliwa ironia. Jak pisałem, nikt się nie chce wychylać, każdy zniewagę obraca w śmiech, żeby nie wyjść na gbura, żeby nie urazić świętości. Nikt nie krzyknie, że król jest (był) nagi.

Pedro
Pedro

Incepcja, cytat w cytacie 🙂

tss
tss

Oczywiście jak to u Pawki dwie bzdury gołym okiem widoczne. Legia i Górnik najlepsze w Europie na początku lat 70tych… Aha, ok. Nawet dobry moment, świeżo po rankingu top100 drużyn powojennych, wystarczy spojrzeć na przełom 60/70. City pod koniec lat 70tych jak MU na początku XXI wieku? No tak, ligowe miejsca 8,2,4,15,17 dobitnie to pokazują. Tak, jak napisali inni komentujący – bufonada, trolling, swobodny stosunek do faktów. Takie to było pisarstwo Zarzecznego.

fachowiec
fachowiec

Żaden polski klub nigdy nie należał do europejskiego topu. Najbliżej tego miana mogli być Widzew (powtarzalność w eliminowaniu angielskich drużyn) i Górnik (finał europejskiego pucharu). Legia miała przebłysk w postaci wyeliminowania St. Etienne w 1970, wtedy to była naprawdę mocna ekipa, ale to tylko epizod. Później przez ponad 20 lat nie umiała wygrać polskiej ligi, ani nie wyeliminowali nikogo mocnego z pucharów, więc z czym do ludzi.

Pawian Szeliga
Pawian Szeliga

Kapowałem ludzi na Facebooku

Travis
Travis

Panie Leszku zrób Pan sobie przerwę od pisania.

GooDOMaDOM
GooDOMaDOM

Panie Leszku czy tylko na tyle Pana stać? Znów słabo. Bardzo słabo.

fachowiec
fachowiec

Wklejam inny, mało znany felieton śp. Pawła Zarzecznego. Napisany po meczu Vetra Wilno – Legia. Kilka lat przed tym, zanim zaczął przedstawiać się jako przyjaciel kiboli.

„Zarzeczny: Legia? Tragedia!

To, co zobaczyłem w Wilnie, właściwie nie wymaga mojego komentarza. Dzicz, hołota, śmietnik – to i tak najbardziej uprzejme słowa pod adresem kibiców Legii, którzy ośmieszają swój klub.

Zero, to jakieś trzy zera za mało. Obciach. Wstyd. Legia to wioska, wioska typowo dziadowska. Mnie szczególnie przykro to pisać. Urodziłem się koło Legii, chodziłem na setki jej meczów i jeździłem na setki wyjazdów, dowodziłem w tym klubie kompanią sportową, stworzyłem klubową kronikę, a nawet pisałem do „Naszej Legii”. Ale dziś jest mi totalnie nieprzyjemnie. Bandziorki (bo do bandytów jednak im nieco brakuje, to są generalnie gnoje zafajdani) psują naszą wspólną legendę. Najbardziej popularny klub w Polsce. Najbardziej znany w świecie. Ja na to nie pozwalam. Śpiewajcie sobie: „Zarzeczny kondon”. A ja będę pisał, żeście smutni i przegrani debile. No bo w końcu nawet na Litwie jedziecie na wstecznym. Jaki był wynik do przerwy???

Szkoda mi Legii, tak jak szkoda mi było Wisły, kiedy straciła dwa najpiękniejsze lata przez jednego matoła ze scyzorykiem. Zgadzacie się na to?

Ja nie zgadzam się absolutnie!!! I w tym meczu na dwie bramki już żeście kretyni przegrali. Własny honor. Zdobądźcie się chociaż – macie w końcu swoje Stowarzyszenie Kibiców – na głośne słowo: „Przepraszam!” Przeproście ludzi normalnych! Mnie również!

Paweł Zarzeczny

P.S. Za odpowiednie wynagrodzenie oferuję szefom Legii pozbycie się hołoty z trybun. Załatwię to w miesiąc. Chodzenie na Legię znów będzie zaszczytem. Tak jak było w latach mojej młodości. Skończcie z amorami i oprawami. Tu liczy się tylko futbol!”

Weszło
06.07.2020

Od obsikania radiowozu do 648 meczów w Serie A. Buffon bije kolejny rekord

– 648 to nie tylko numer. To całe życie – napisał Gianluigi Buffon po meczu z Torino. Meczu wyjątkowym, bo golkiper Juventusu został dzięki niemu zawodnikiem z największą liczbą występów w Serie A. Paolo Maldiniego wyprzedził o „oczko”. Jedni powiedzą, że na siłę, bo przecież Gigi miał już w Juventusie nie zagrać, jednak wrócił właśnie po to, […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Wachowski: Arka i Korona? W PZPN-ie nie przekręcaliśmy polskiej piłki i nie przekręcimy

Gościem w dzisiejszym poranku Weszło FM był Łukasz Wachowski, dyrektor departamentu rozgrywek w PZPN. Co będzie ze spadkowiczami, Arką Gdynia i Koroną? Kiedy ruszy nowy sezon Ekstraklasy, a kiedy pierwszej ligi? Czy jest szansa na VAR na zapleczu Ekstraklasy i jeśli tak, to od kiedy? Kto będzie sędziował mecze barażowe w 1. lidze? O tych […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Sequel lepszy od „jedynki”. Milewski i Tuszyński ZNÓW to zrobili

Świat filmu od lat staje przed dylematem – kręcić sequel hitowej historii, a może odpuścić sobie i spocząć na laurach wspaniałej „jedynki”? Druga część „Nagiego instynktu” to komplety szajs, przy „Batman i Robin” można wydłubać sobie oczy, sequel „Głupiego i głupszego” wywołuje fizyczny ból. Nakręcenie „dwójki” to wyzwanie, wszak twórca musi unieść ciężar oczekiwań po […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Derby Łodzi się oddalają? Widzew znów przegrywa w II lidze…

To jest nie do wiary. Już w ubiegłym sezonie wydawało się, że Widzewowi awansu do I ligi nie jest w stanie odebrać nic, żaden kataklizm ani katastrofa. Później zaś zawodnicy z al. Piłsudskiego zremisowali 10 meczów z rzędu, na finiszu przegrali jeszcze z GKS-em Bełchatów i ostatecznie pozostali na trzecim szczeblu rozgrywkowym. W tym sezonie […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Zagłębie w tym sezonie zawiodło, ale Bohar gra życiówkę

Zagłębie Lubin to bez wątpienia jedna z najbardziej rozczarowujących ekip w tym sezonie Ekstraklasy. W jej składzie sporo jest bowiem naprawdę jakościowych zawodników, którzy skleceni w spójną całość powinni bić się o ligowe podium, a nie kotłować w dolnej połówce tabeli. No ale wyszło jak wyszło. „Miedziowi” na własne życzenie nie załapali się do grupy […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Wisła się utrzyma, ale pytanie: co dalej?

Bardzo prawdopodobne, że dzisiaj kibiców Arki czeka smutny dzień. Tylko punktu zdobytego przez Wisłę Płock w starciu Górnika Zabrze potrzeba, by Nafciarze utrzymali się w Ekstraklasie. Mieliby 43 oczka, dziewięć zapasu nad Arką, a że po rundzie zasadniczej Wisła miała więcej łupów, to matematyka byłaby na trzy kolejki przed końcem prosta. Ale chyba nie tylko […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

Powrót Grosika, show Linettego, 10 goli Polaków. Świetny tydzień stranierich!

Polscy piłkarze w minionym tygodniu gościli na okładkach gazet w całej Europie. Nie ma w tym cienia przesady, bo nasi stranieri dawali kapitalne popisy. Tu dublecik, tam dublecik, tu gol i asysta, tam wyciągnięty rzut karny… Ciężko było znaleźć zakątek świata, w którym nasi nie daliby popisu. Aż przyjemnie zasiąść po takim tygodniu do zestawienia […]
06.07.2020
Weszło
06.07.2020

PRASA. Sikorski: Kołakowski obiecywał mi transfer do Legii Warszawa

– W ogóle obcokrajowcom trudno trafić do Hiszpanii w niższych ligach, mają tam mnóstwo swoich zawodników. Jako polskiemu Austriakowi lub austriackiemu Polakowi udało mi się tam wcisnąć i zobaczyć to z bliska. Przeanalizowałem, że w polskiej ekstraklasie jest coraz więcej Hiszpanów. Carlitos, Dani Ramirez czy Jesus Imaz grali w niższych ligach, przenieśli się do Polski […]
06.07.2020
Włochy
05.07.2020

Roma zapomniała, że nie tylko bramkarz musi być kozakiem, ale Lopez napsuł krwi Polakom

Derby słońca, tak mówi się o starciach Napoli z Romą. Dziś to słońce zaszło nad Rzymem i nie był to zachód piękny. Porażka Giallorossich może pogrążyć drużynę Paulo Fonseki w walce o europejskie puchary. Nie pomógł nawet Pau Lopez, który dwoił się i troił między słupkami, żeby uratować tyłki kolegów z zespołu. Ale jeśli mamy wskazać […]
05.07.2020
Hiszpania
05.07.2020

Villarreal rozbity. Tak grającą Barcę aż chce się oglądać

Jeżeli wziąć pod uwagę wyłącznie mecze wyjazdowe, Barcelona do dzisiejszego meczu z Villarrealem przystępowała zaledwie jako piąta siła hiszpańskiej ekstraklasy. Katalończycy przegrali już w lidze pięć meczów na wyjeździe, kolejnych pięć zremisowali. Dlatego wiele wskazywało na to, że i dzisiaj podopieczni Quique Setiena mogą zanotować jakąś wpadkę. Tym bardziej że marnie im się w ostatnim […]
05.07.2020
Anglia
05.07.2020

Bednarek jak skała. Southampton poskromił Manchester City

Organizacja gry, znakomita defensywa, mnóstwo heroicznych interwencji. Southampton w naprawdę wielkim stylu zwycięża dzisiaj z Manchesterem City. „Wielkim” nie w sensie dominacji na boisku, bo „Obywatele” w drugiej połowie wręcz miażdżyli rywali posiadaniem piłki i liczbą strzałów posłanych w kierunku bramki. Ale znakomitą obronę też trzeba doceniać i nie należy szczędzić dla niej komplementów, a […]
05.07.2020
Weszło
05.07.2020

Ekstraklasa w najprzyjemniejszym wydaniu, ale tylko Piast ma punkty

Gdyby wszystkie mecze Ekstraklasy wyglądały jak ten Piasta Gliwice ze Śląskiem Wrocław, nie moglibyśmy od niej oderwać oczu. Przy Okrzei dostaliśmy niesamowicie przyjemne dla postronnego obserwatora widowisko, w którym nie było żadnego dłuższego przestoju odnośnie braku emocji. Serio, ciągle się coś działo. Strach było nawet iść po lód do herbaty, bo istniało ryzyko, że przegapi […]
05.07.2020
Inne sporty
05.07.2020

Dobrze, że jesteś! Emocjonujący początek sezonu Formuły 1

Najlepsza seria wyścigowa świata wróciła w piorunującym stylu. Nie brakowało kolizji, awarii, czy nawet kar skutkujących…. wypadnięciem z podium. Taki los spotkał Lewisa Hamiltona, który widocznie bardzo nie lubi się z torem w Austrii. Na domiar złego problemy z bolidem wyeliminowały innego faworyta, Maxa Verstappena. Wygrał, a może po prostu przetrwał tę zawieruchę (czego nie […]
05.07.2020
WeszłoTV
05.07.2020

LIGA MINUS. Milewski, Białek, Kowalczyk, Paczul

Nadszedł niedzielny wieczór, a więc czas na kolejny odcinek popularnego programu publicystyczno-rozrywkowego: Liga Minus. Dzisiaj Paweł Paczul poprowadzi gorącą dyskusję o ekstraklasowej piłeczce z następującym gronem wybitnych ekspertów: Wojciechem Kowalczykiem, Leszkiem Milewskim i Jakubem Białkiem. Zapraszamy! 
05.07.2020
Weszło
05.07.2020

Lechia Gdańsk przecieka w tyłach. Gdzie leży problem?

46 straconych goli w 34 meczach, bilans bramkowy -2. Kiepska jest to statystyka Lechii Gdańsk, drużyna jakby oduczyła się bronić, bo nikt w grupie mistrzowskiej nie dostał tyle ciosów, a przecież sezon temu chwaliliśmy gdańszczan właśnie za grę w tyłach. Gdzie leży problem? Przede wszystkim trzeba zauważyć, że zmieniła się podstawowa para stoperów. W zeszłym […]
05.07.2020
Weszło
05.07.2020

Meczyk w Szczecinie dobry, ale w roli głównej sędzia Marciniak

No nie spodziewaliśmy się, że w tym meczu dostaniem naprawdę fajne widowisko. Wiadomo, Jaga jeszcze w teorii walczy o puchary, Pogoń walczy o frytki, ale jeśli chodzi o formę w grupie mistrzowskiej – spodziewaliśmy się lekkiego paździerzu. A tu cztery gole, ponad trzydzieści strzałów, czerwona kartka, mnóstwo kontrowersji, walka do ostatnich minut o trzy punkty. […]
05.07.2020
Hiszpania
05.07.2020

Jak muchy w smole, ale w stronę mistrzostwa

Gdyby ten mecz odbywał się w Polsce, a nie w Hiszpanii, to komentatorzy pewnie trąbiliby na prawo i lewo, że wolne tempo spotkania determinuje wysoka temperatura. Takie typowe pierdu-pierdu na wytłumaczenie. Ale to  La Liga, tutaj nikt w ten sposób się nie tłumaczy. Po prostu spotkanie Athleticu Bilbao z Realem Madryt przypominało zawody urządzone przez […]
05.07.2020
Weszło
05.07.2020

Podbeskidzie powoli wita się z Ekstraklasą. Radomiak rozjechany w Bielsku

Sześć goli w hicie kolejki? To lubimy, takie hity szanujemy! W Bielsku-Białej nie można było dziś narzekać na nudę. Podbeskidzie i Radomiak pomyślały sobie, że jak się bić o awans, to na całego. Żadne szachy, żadne podwójne gardy – skoro jedni i drudzy słyną z ofensywy, to tą ofensywą właśnie spróbowali udowodnić wyższość nad rywalami. […]
05.07.2020