Wrażenia nie tylko sportowe. Cieślak przegrał w Kinszasie

Michał Kołkowski

01 lutego 2020, 00:15 • 3 min czytania

Słuchajcie, wiemy że trudno w to uwierzyć, ale walka Michała Cieślaka faktycznie się odbyła. Nie w pierwotnym terminie, ani tym rezerwowym, ale owszem, doszła do skutku. I, jak to mówią: wspaniała to była walka, nie zapomnimy jej nigdy. Nie tylko za sprawą aspektów sportowych, ale również fakapów, którymi jak z rękawa sypali organizatorzy. Sam boks zszedł na drugi plan, ale tylko do czasu, kiedy pięściarze skrzyżowali rękawice. Polak dał z siebie wszystko, jednak ostatecznie przegrał z Ilungą Makabu w pojedynku o mistrzostwo świata WBC wagi junior ciężkiej.

Wrażenia nie tylko sportowe. Cieślak przegrał w Kinszasie
Reklama

Zazwyczaj kiedy używamy określenia „działo się”, mamy na myśli niezły poziom sportowy. Tym razem, przynajmniej dopóki Cieślak i Makabu nie pojawili się w ringu, najwięcej emocji wzbudzały… problemy organizacyjne w Kinszasie.

Choć to dość delikatne określenie, bo jak właściwie należy nazwać sytuację w której dopiero na dzień przed walką rozpoczyna się budowa prowizorycznego „stadionu”? Na domiar złego, jeszcze w dzień pojedynku, wciąż dochodziło do wielu wątpliwości, czy pięściarze faktycznie wyjdą do walki. O wszelkich niuansach dotyczących starcia o pas mistrzowski pisaliśmy zresztą już tu – LINK.

Reklama

Przejdźmy jednak do konkretów. Po dwóch walkach poprzedzających danie główne, organizatorzy ugościli polską ekipę Mazurkiem Dąbrowskiego. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że melodia urwała się po kilku sekundach i została puszczona kompletnie od czapy. Pięściarzy nie było bowiem jeszcze nawet na ringu i dopiero kilka minut później zaczęli wychodzić z tunelu. Cieślak otoczony biało-czerwoną flagą, a Makabu w złotym szlafroku oraz z długą laską w ręce, niczym mag z gry komputerowej. Gdyby walka odbywała się na czary, a nie pięści, faworyt byłby jasny.

Po dłuższym wstępie hymny obu państw zostały odegrane – już we właściwym momencie – a walka się rozpoczęła.

Ku naszej uciesze polski pięściarz wcale nie wystraszył się ryku setek rozemocjonowanych gardeł. Wręcz przeciwnie – ruszył jak po swoje, zaliczając naprawdę świetny początek konfrontacji. Dodatkowych wrażeń dostarczali nam niezawodni organizatorzy, którzy zaprezentowali dość luźne podejście, jeśli chodzi o długość rund. U nas przyjęło się, że każda trwa tyle samo, ale widocznie w Demokratycznej Republice Konga podchodzą do tego na zasadzie: chłopaki, poboksujcie chwilę i do narożników.

W ten sposób chociażby trzecia runda potrwała… dwie minuty i jedną sekundę. Ciekawe.

Ale wiecie co? Odkładając na bok całą kuriozalną otoczkę, to był kawał dobrego boksu! Cieślak świetnie wypadł w drugiej rundzie – wyprowadził kilka celnych ciosów i rozbudził nasze apetyty na wymarzone rozstrzygnięcie. Niestety, z czasem prym na ringu zaczął wieść ulubieniec gospodarzy.

W czwartej rundzie Makabu wykorzystał nieuwagę Polaka i posłał go na deski. I choć już w kolejnej, sam był liczony, to na przestrzeni całego pojedynku wyglądał nieco lepiej od naszego reprezentanta. Zadecydowały doświadczenie i kondycja.

Tuż po ostatniej rundzie, Makabu upadł na środku ringu i uniósł ramiona ku niebiosom. Cóż, on wiedział, że koniec końców, zwycięstwo trafi w jego ręce, podobnie jak mistrzowski pas. My możemy tylko pogratulować Michałowi Cieślakowi, który odwalił naprawdę kawał dobrej roboty. Być może w innych warunkach, na neutralnym terenie, byłby w stanie pokonać Kongijczyka. Tego się nie dowiemy, ale dowiedzieliśmy się za to, że organizowanie walk na Czarnym Lądzie nie zawsze bywa najlepszym pomysłem. Takiej dawki absurdu podczas walki o tytuł mistrza świata nie było chyba nigdy.

fot. NewsPix.pl

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Inne sporty

Dlaczego Klaudia Zwolińska została Sportowcem Roku?

AbsurDB
22
Dlaczego Klaudia Zwolińska została Sportowcem Roku?
Reklama
Reklama