Kolejny dzień w pracy, kolejny gol Lewego. Bayern odpoczął przed Der Klassiker

redakcja

Autor:redakcja

06 listopada 2019, 21:04 • 4 min czytania

Kolejny dzień w pracy, kolejny gol Lewego. Bayern odpoczął przed Der Klassiker

Choć Bayern wygrał dzisiaj z drużyną daremną, która powinna zostać w domu i nie zawracać ludziom głowy, Bawarczycy nie mogą tym zwycięstwem pogardzić: po 1:5 z Eintrachtem, po problemach w DFB Pokal z drugoligowym Bochum, po serii nerwowych spotkań, dość gładkie zwycięstwo muszą przyjąć jako upragnioną chwilę oddechu. Robert Lewandowski też tego wieczoru do złych zaliczyć nie może: dzień jak co dzień, kolejna bramka w Lidze Mistrzów.

Reklama

W pierwszej połowie Bayern zaprezentował specjalność zakładu, zestaw, który ostatnio serwuje kibicom najczęściej: w tyłach taka elektryczność, że zasiliłaby pewnie całą Bawarię na miesiąc, z przodu niby coś tam się dzieje, niby są akcje po skrzydłach, niby Jose Sa papierosa w bramce wypalić nie może, ani nawet o papierosie pomyśleć, ale jednak ostatecznie Bayern ma więcej powodów do frustracji niż zadowolenia.

Jeśli chodzi o obronę, to okej, Alphonso Davies ma dziewiętnaście lat na karku, a dziś w Lidze Mistrzów debiutował. Powiedzmy, że miał prawo obciąć się w komiczny sposób – dośrodkowanie godne meczu zespołów ze strefy spadkowej Ekstraklasy, on nieatakowany, nikogo wokół, a jednak wybija piłkę na korner. Ale że Alaba, facet, tak doświadczony, który powinien trzymać defensywę Bayernu w ryzach, daje ciała w absurdalny sposób? Po BEZNADZIEJNEJ ladze Olympiakosu, którą powinien przeciąć i wyśmiać, wystawia prostym technicznym błędem piłkę w pole karne Randjeliciowi? Naprawdę nie dziwimy się po takich zagraniach, że Bayern dopiero co przyjął piątkę od Eintrachtu, a ogółem w Bundeslidze traci więcej goli niż Union Berlin.

Reklama

Z przodu męczył bułę. Jasne, prowadził grę, miał zdecydowanie więcej posiadania piłki, klepał sobie na połowie Olympiakosu. Ale to przecież tylko Olympiakos. W lepszych czasach Bayern zabiłby ten mecz po trzech kwadransach. Tutaj stworzył sobie same przeciętne okazje, żadnej naprawdę klarownej: raz centrostrzał Comana, raz Lewandowski podał głową piłkę bramkarzowi, raz Coman w miarę groźnie uderzał po rajdzie skrzydłem. W końcówce Pavard po kornerze sieknął ramieniem w słupek – skakał też Lewandowski, ale ostatecznie należy mu zapisać koszykarską zbiórkę – i to była najlepsza okazja Bawarczyków. Jeśli coś takiego, gdzie więcej było pinballa niż futbolu, stanowi najlepszą okazję Bayernu z Grekami, to naprawdę wystawia słabiutką recenzję poczynaniom Niemców. Bawarczycy cały czas szukali skrzydeł, środek praktycznie nie istniał, współpracy Mullera z Lewandowskim – poza przybiciem piątki przed meczem – nie uświadczyliśmy.

Dopiero po zmianie stron Bayern wypracował pierwszą stuprocentową okazję, taką, w której faktycznie można powiedzieć: powinno wpaść. Dośrodkowanie Kimmicha, mądrze przedłuża Lewandowski, z bliska uderza głową Goretzka. Miał czystą pozycję, był blisko – gdyby uderzył dobrze, Jose Sa nie miałby żadnych szans na interwencję. Ale Goretzka nowym Carstenem Janckerem raczej nie zostanie. Dobijał jeszcze Martinez, też miał obowiązek trafić do siatki, ale Hiszpan z kolei nie zostanie nowym Inzaghim.

Bayern wtedy poczuł krew, nacisnął Olympiakos, a Grecy zaczęli się mylić. Ciekawa była sytuacja, gdy Lewy odebrał piłkę obrońcy… na piątym metrze od bramki Olympiakosu. Zrobił to aż za wysoko, bo zareagował Sa i nic groźnego z tego nie wyszło, ale swoje mówi. Chwilę potem Coman mógł strzelić z podania Lewandowskiego, ale Jose Sa znowu był świetnie ustawiony. Olympiakos w tym czasie nie grał nic, ich jakiekolwiek próby mogłyby robić wrażenie, ale w podlaskiej czwartej lidze. Gdy Semedo siadł na tyłku w 66. minucie, to może coś mu było, ale naszym zdaniem wyglądało to na klasyczny przypadek gry na czas.

Tego już było za wiele i Robert otworzył wynik. Bardzo ostra wrzutka z prawej strony, praktycznie wstrzelenie, a Lewy przecina piłkę tuż przed bramką i ta trafia do siatki. W pierwszej chwili wyglądało to prawie tak, jakby Coman strzelił gola Lewandowskim, ale na powtórce widać pracę Polaka: uwolnienie się spod krycia, błyskawiczną reakcję, skierowanie piłki. 1:0.

Olympiakos całkiem skupił się na statystowaniu. Za chwilę na 2:0 powinien podwyższyć Coman, ale musi jeszcze popracować nad trudną sztuką wślizgostrzału. Tempo meczu siadło całkowicie, Bayern go nie forsował, a Olympiakos wyglądał tak, jakby nie wiedział po co przyjechał. Porównać ich choćby do tego, co wczoraj grała Slavia na Camp Nou – nie ma jak. Grecy byli przecież wciąż o bramkę od remisu, a Bayern wielokrotnie udowodnił w tym sezonie, że ma dziurawą defensywę. Mimo to nie wykonali żadnego zrywu, nie zaryzykowali, zupełnie tak, jakby to 0:1 ich w zupełności urządzało. Dostali więc w pełni zasłużonego gonga na 2:0 – tysięczna oskrzydlająca akcja Bawarczyków, całość zamknął wprowadzony chwilę wcześniej Perisić.

Zwycięstwo jest zwycięstwem, Bayern ma komplet punktów w grupie, przynajmniej w Lidze Mistrzów wszystko idzie zgodnie z planem. Ale biorąc pod uwagę, jaki był dzisiaj poziom rywala, a także jak wyglądała pierwsza połowa – z pochwałami byśmy się wstrzymali. Największe, co udało się dziś ugrać, to że Bawarczycy nie wystrzelali się z sił przed arcyważnym meczem w Bundeslidze: już za trzy dni do Monachium przyjedzie Borussia. Jeśli mówić o weryfikacji tego, co dziś jest wart Bayern, to trzeba poczekać do Der Klassiker.

Bayern Monachium – Olympiakos Pireus 2:0 (0:0)

Lewandowski 68, Perisić 89

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Ekstraklasa

Legia oddaje sześć strzałów, ale wygrywa. Koniec żenującej serii

Jakub Białek
23
Legia oddaje sześć strzałów, ale wygrywa. Koniec żenującej serii
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama