Reklama

Wpatrzony w Bolta i Oezila, czyli przed państwem Serge Gnabry

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

02 października 2019, 17:15 • 7 min czytania 0 komentarzy

Arjen Robben i Franck Ribery przez lata byli symbolami współczesnego Bayernu. Stanowili o jego sile, zdobywali dla niego kolejne trofea, ale od tego roku już ich w Bawarii nie ma. Trzeba było więc szukać dla nich godnych zastępców. Padło na dwójkę: Kingsley Coman-Serge Gnabry. Pierwszy ma już wyrobione nazwisko, drugiego dopiero czeka sezon prawdy. Sam ma świadomość tego, że na swoich plecach czuje ciężar dwóch geniuszy z przeszłości i każdym meczem musi udowadniać swoją wartość. Ale ta presja absolutnie go nie paraliżuje. Najlepiej pokazało to starcie z Tottenhamem, w którym strzelił cztery bramki. W ten sposób mogą rodzić się legendy.

Wpatrzony w Bolta i Oezila, czyli przed państwem Serge Gnabry

***

Czarnoskóry chłopiec patrzy na ekran telewizora i nie dowierza. Ogląda zawody sprinterskie. Pewien wysoki Jamajczyk właśnie deklasuje swoich przeciwników. Biegnie w sposób znany tylko samemu sobie. Startuje o ułamek sekundy wolniej niż wszyscy, ale z każdym metrem przyspiesza. I przyspiesza. I przyspiesza. Aż w końcu osiąga prędkość nieosiągalną dla żadnego innego człowieka na ziemi. Przed metą ma jeszcze czas, żeby triumfalnie spojrzeć na bezradnych rywali. Pobija rekord świata. Kolejny. Chłopiec wstaje z kanapy. Nie może wyjść spod wrażenia tego, co właśnie dokonał telewizyjny gwiazdor.

– Postanowiłem, muszę kiedyś pobiec z Usainem Boltem. Zacznę ćwiczyć i pokonam go na sto metrów – mówi z chłopięcym zacięciem, kiedy tylko jego ojciec wraca do domu.

Po latach Jean-Hermann Gnabry, ojciec Serge’a, opowiadał tę historię angielskim mediom ze śmiechem, dodając, że kiedy Bolt zaczął wygrywać kolejne złote medale i światowe rekordy na dwóch dystansach, jego syn stracił zainteresowanie bieganiem w linii prostej. Tak jakby zrozumiał, że w tej dziedzinie najlepszy już nie będzie.

Reklama

Jean-Hermann przyjechał do Niemiec z Wybrzeża Kości Słoniowej. Marzył o lepszym świecie. Zamierzał nauczyć się języka, poznać lokalną kulturę, zwyczaje, zrozumieć tutejsze zależności, a po kilku latach wrócić do ojczyzny i tam wykorzystywać nabyte doświadczenia. Pracy by mu nie brakowało. Mógłby być native speakerem, nauczycielem w jakiejś prywatnej szkole, tłumaczem w urzędach. W głowie rysował sobie perspektywy, które pozwoliłyby mu godnie żyć w swoim kraju. Chciał tam wrócić. Naprawdę, ale wtedy poznał Birgit. Niemiecką kobietę, w której zakochał się tak, że już na zawsze porzucił plany o powrocie. Został.

I z ich miłości urodził się Serge Gnabry, dla którego pragnienie rywalizacji z Usainem Boltem stanowiło tylko krótkotrwały wewnętrzny kaprys, bo jego sportowy los od najmłodszych lat naznaczony był koniecznością zostania piłkarzem. Akurat do tego miał niebagatelny talent, a sprinterskie zdolności, które szkolił próbując dorównać niezrównanemu Jamajczykowi, dodawały mu tylko rozgłosu wśród skautów, poszukujących młodych talentów do swoich drużyn.

***

10-letni Serge ogląda międzynarodowy turniej, w którym pokazują się najzdolniejsi młodzi niemieccy piłkarze. Przez cały czas patrzy na jednego zawodnika. Spokojny nastolatek z wyłupiastymi oczami widzi wszystko. Przyjmuje piłkę w biegu i już wie kogo w dalszej kolejności ją zagrać. Podaje precyzyjnie, bezpiecznie, ale w tak niebanalny i niekonwencjonalny sposób, że nie sposób oderwać od niego oczu. Rozgrywający, którego stopy zostały stworzone do tego, żeby rozdawać futbolówki kolegom z zespołu i dryblować.

Ten chłopak to Albert Einstein Mesut Oezil.

Serge robi sobie z nim zdjęcie. Marzy o tym, żeby w przyszłości zagrać z nim w jednym zespole i zaczyna rozumieć, że żeby wspiąć się na szczyt musi wyszkolić się w aspektach technicznych.

Reklama

***

I w ten sposób Serge Gnabry stworzył swój piłkarski profil. Zaimponował mu Usain Bolt, więc postanowił, że postara się biegać choć trochę tak szybko, jak jego jamajski idol. Przy tym nie chciał, żeby własna szybkość zamykała go ramach, więc na wzór Mesuta Ozila zamarzył, że w maksymalnym stopniu wyszkoli drybling, sztuczki techniczne i przegląd pola.

Nic więc dziwnego, że po niedługim czasie był już rozchwytywany przez pół młodzieżowej piłkarskiej Europy. Stuttgart, w którym się rozwijał i szkolił, dostawał propozycje z Niemiec, Hiszpanii, Francji, Włoch i Anglii. Najkonkretniejszy był jednak jeden klub. Z Londynu. Arsenal, który, kiedy ten skończył piętnaście lat, zapłacił za niego 100 tysięcy funtów. Dwa lata później, mając siedemnaście lat i dziewięćdziesiąt osiem dni, Gnabry zadebiutował w Premier League, zostając przy tym drugim najmłodszym zawodnikiem, który tego dokonał w historii ligi. Po Jacku Wilsherze.

Rósł, zdobywał doświadczenia, ale przy tym trapiły go kontuzje kolan, które wykluczyły go z regularnej gry na rok. Cierpiał. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje i tym samym w Arsenalu wszyscy stracili zainteresowanie jego talentem. Jakby nagle uświadomili sobie, że to jednak nie będzie zawodnik, który podbije świat. Że ma swoje ograniczenia.

Trafił więc na wypożyczenie do West Brom Albion. I to był absolutnie jego najgorszy okres w karierze.

Przychodził tam z bardzo pozytywną, laurkową wręcz referencją od Arsene Wengera, który stwierdził, że to zawodnik z wielkim potencjałem i jakością godną czołówki Premier League. I może naprawdę tak uważał, ale Tony Pulis, ówczesny menadżer ekipy z Hawthorns, był zupełnie innego zdania. Wyżej od niego cenił sobie sześciu innych skrzydłowych – Jamesa Morrisona, Chrisa Brunta, Jamesa McCleana, Calluma McManamana, Alexa Pritcharda, Stephana Sessegnona. Żadne z tych nazwisk nie rzuca na kolana.

To był sezon 2015/16, w czasie którego Serge Gnabry zaledwie razy wybiegł na boisko. Z Chelsea. Na dwanaście minut. Jego kariera znalazła się na zakręcie, z którego jednak wyszedł, niczym najlepszy kierowca Formuły 1.

***

Najpierw był jednym z najlepszych zawodników reprezentacji Niemiec, która zdobyła srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w 2016 roku. Potem liderując kadrze U-21 został mistrzem Europy, a w międzyczasie deszczową Anglię zamienił na Niemcy, gdzie o jego usługi biło się 3/4 ligi. Sam transfer przypominał za to niezłą farsę.

Gnabry przebierał w konkretnych ofertach. Nie interesował go Lipsk, Schalke, ani Hertha. Mierzył wyżej. Dużo wyżej. Chciał grać dla najlepszych. Tym większe było zdziwienie wszystkich, kiedy podpisał kontrakt z Werderem Brema i uśmiechnięty od ucha mówił stronie klubowej, że pytał o zdanie Pera Mertesacera i Mesuta Oezila, którzy rzekomo mieli powiedzieć mu, że to wspaniały klub z piękną tradycją, idealny, jako jego kolejny ruch w karierze.

W tej transakcji pięć milionów euro otrzymał Arsenal, a kontrakt został podpisany na cztery lata i do tego momentu wszystko było pięknie i klarownie. Do momentu, kiedy Kicker nie upublicznił informację, że pieniądze na transfer piłkarza wyłożył Bayern, a w zamian tego otrzymał prawo ściągnięcia zawodnika za darmo po sezonie gry w Bremie. Jaki miałoby to cel i czym różniłoby się od zwyczajnego wypożyczenia? Oczywiście ominięciem restrykcji związanych z FFP. I w zasadzie wszystko byłoby w tym momencie jasne i zrozumiałe, gdyby nie uparta postawa dyrektora sportowego Werderu, który uparcie twierdził, że Bayern nie ma żadnego związku z tym transferem. Sęk jednak w tym, że zaangażowanie Bawarczyków i fakt, że wyłożyli kasę potwierdził przewodniczący Rady Nadzorczej, Willi Lemke, który wcześniej był wieloletnim menedżerem klubu.

W Niemczech transfer ten budził spore kontrowersje, ale Gnabry nie zamierzał się tym przejmować. Na ojczystych boiskach potwierdził drzemiący w nim potencjał. Strzelił jedenaście goli, dołożył dwie asysty, a jego rozwój podobał się Bayernowi, który na następny rok wypożyczył go do Hoffenfeim, gdzie poczynił olbrzymi progres.

Julian Nagelsmann był wielkim entuzjastą jego talentu. Wystawił go na wielu pozycjach, korzystał z jego szybkości, zadziorności, przebojowości, wszechstronności, umiejętności dostosowywania się do poleceń taktycznych.

– Fascynował mnie każdy element współpracy z Julianem Nagelsmannem. Przed naszym wspólnym sezonem, graliśmy jeden mecz z Hoffenheim i nie mogłem wyjść z wrażenie. Oni byli, jak to powiedzieć, inspirowani przez jakąś siłą wyższą. Naprawdę. Biła od nich taka ofensywna potęga. Atakowali, atakowali i jeszcze raz atakowali. Na wszelkie sposoby. Władze Bayernu podjęły najbardziej logiczny ruch, jak to tylko możliwe, wysyłając mnie do Nagelsmanna. Nauczyłem się bardzo dużo. Generalnie w życiu wychodzę założenia, że jeśli w cokolwiek włożysz swój wysiłek, nie tylko w futbolu, będziesz miał z tego efekty – opowiadał Gnabry w rozmowie z DAZN.

Po szkole Nagelsmanna był już gotowy na Bayern. Niko Kovac w sezonie 2018/19 stawiał na niego dosyć regularnie, a Gnabry odwdzięczył mu się trzynastoma golami i dziewięcioma asystami w 42 meczach we wszystkich rozgrywkach. Mistrz Niemiec zdobył podwójną koronę i po odejściu duetu Robben-Ribery, oczywistym stało się, że w nowym rozdaniu ich następcami muszą zostać Kingsley Coman i właśnie 23-letni skrzydłowy.

– Czuję olbrzymią odpowiedzialność. Wiem, gdzie gram, na jakiej pozycji i czego się ode mnie wymaga. W tym roku Bayern ma wygrywać. Wszystko i wszędzie – zapowiedział buńczucznie w rozmowie z oficjalną stroną Bundesligi.

I faktycznie leży spoczywa na nim kolosalna odpowiedzialność. Ostatni raz, kiedy monachijski gigant wygrywał Ligę Mistrzów dysponował duetem dwóch wspaniałych skrzydłowych. Wczoraj zdobył cztery bramki z Tottenhamem, wykorzystując dwa swojego największe atuty – kolosalną szybkość i dobrą technikę. Bolt i Oezil.

Triumfował. Tym bardziej że do tej pory czuje więź z Arsenalem. Nic więc dziwnego, że wieczorem zatweetował przewrotnie: ,,Północny Londyn jest czerwony”.

Rozkręca się z tygodnia na tydzień. Nie jest jeszcze największą gwiazdą. Ma pewne miejsce w składzie, ale wszystkie oczy zwrócone są w stronę Coutinho i Lewandowskiego. To oni mają stanowić o sile zespołu. Gnabry skradł na razie jedno show. To w Londynie. Teraz czas na kolejne.

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Komentarze

0 komentarzy

Loading...