Reklama

Nasz sufit: podłoga europejskiej piwnicy

redakcja

Autor:redakcja

02 sierpnia 2019, 01:33 • 3 min czytania 0 komentarzy

Według wielu kibiców i dziennikarzy dwumecz Lechii Gdańsk z Broendby IF to jedyny aspekt europejskiej przygody, który możemy traktować w kategorii minimalnego pocieszenia. Skazywana na pożarcie Lechia zagrała doskonały mecz u siebie, który mogła wygrać o wiele wyżej, zaś w rewanżu potrafiła się postawić i aż do dogrywki trzymać w niepewności rywala z o wiele mocniejszej ligi duńskiej.

Nasz sufit: podłoga europejskiej piwnicy

Faktycznie, brzmi to o wiele lepiej niż porażka z odrzutami z Ekstraklasy (no bo jednak Visnakovs nie opuszczał Polski jako gwiazda ligi) czy wymęczony remis na Gibraltarze. Istotnie, do Lechii można mieć najmniej pretensji – dała kibicom 210 minut nadziei i walki, twardo i bez kompleksów naparzając się z drużyną opartą na ludziach, którzy w pewnym momencie przerośli Ekstraklasę – bo tak trzeba określić Arajuuriego czy Wilczka.

Ja jednak uważam, że dwumecz Lechii z Broendby jest zdecydowanie najsmutniejszy, a co gorsza – jest zwiastunem naprawdę mrocznych czasów.

Dlaczego najsmutniejszy? Ano dlatego, że Lechia Gdańsk wszystko zrobiła mniej więcej tak, jak należy:

– utrzymała trzon drużyny, zatrzymując przede wszystkim jej największe gwiazdy: Haraslina, Paixao czy Mladenovicia
– wzmocniła się w sektorach, w których miewała pewne problemy: przyszli Udovicić, Gajos i Maloca
– ma uznanego trenera, który został obdarzony dużym zaufaniem i sporą swobodą przy budowie drużyny
– ma utalentowaną i już ograną młodą ekipę w postaci Makowskiego, Fili czy Chrzanowskiego
– ma w miarę szeroką ławkę, a już na pewno – ma wartościowych dublerów na kluczowych pozycjach
– dała wypocząć gwiazdom w meczu ligowym tuż przed europejskim bojem

Reklama

Zastanawiam się – co Lechia miałaby zrobić inaczej? Ściągnąć więcej nowych zawodników? No być może tak, ale za kogo, na jaką pozycję? Na bramce jest jeden świetny i jeden bardzo dobry bramkarz, stoperów na poziomie Ekstraklasy trzech, boki obrony to ścisła czołówka ligi. W środku? Gajos, Kubicki, Lipski, Łukasik, Makowski, Wolski – do wyboru, do koloru. Na skrzydłach Haraslin, Udovicić, ale przecież i Peszko dał dziś przyzwoitą zmianę. Sobiech czy Paixao to też dylemat z gatunku tych przyjemniejszych, przynajmniej w Ekstraklasie. Oczywiście, można rzeczowo stwierdzić, że Bale był do wyjęcia z Realu, ale patrząc realistycznie na potencjał i moc polskich klubów: naprawdę trudno się było do tej Lechii przyczepić.

Wręcz przeciwnie – okienko stało pod znakiem sprowadzania gości, którzy już się na polskim podwórku otrzaskali, którzy dawali nadzieję, że po prostu zwiększą siłę Lechii. Tu nie było żadnych kontuzjowanych byków, którzy w pełnej formie znajdą się po wyleczeniu kontuzji (3 miesiące) i zrzuceniu wagi (kolejne 2 miesiące). Nie było nerwowego szukania następców sprzedanych gwiazd. Ba, nawet organizacyjnie się poprawiło, bo przecież Lechia miewała i takie problemy.

Stokowiec zdążył jeszcze na wstępie sezonu potwierdzić, że taktycznie czuje się mocny (wywieziony punkt z Łodzi to przede wszystkim zasługa jego działań w przerwie), a i żadnego rywala się przesadnie nie boi (wrzucenie obrony Broendby na karuzelę w pierwszym meczu).

Lechia Gdańsk wyglądała jak Eddy z Lock, Stock and Two Smoking Barrels. Gość miał wygrać dla swoich kumpli kupę kasy w pokera – był w to naprawdę świetny, więc koledzy zrzucili się na jego turniejowe wpisowe, sam Eddy się gustownie ubrał, spryskał najlepszymi perfumami i z pewną siebie miną usiadł przy stole. No a potem się okazało, że przy tym stole gra się jednak trochę inaczej.

Jesteśmy jak Eddy i jego kumple. Wydawało nam się, że Eddy jest wymiataczem, że poradzi sobie z każdym, że naprawdę dobrze przygotował się do wyzwania. Oczywiście, wiedzieliśmy, że wylosował trudnego rywala, ale kurczę – przecież nie dało się tutaj już wiele poprawić.

Reklama

Teraz wymiotujemy pod tą podrzędną speluną, bo przecież II runda eliminacji Ligi Europy to nie są pokerowe mistrzostwa świata. Wymiotujemy razem z Eddym, bo wiemy, że tam gdzie jest nasz sufit, tam inni mają podłogę.

I ci inni to nie Manchester City i Arsenal, ci inni to Broendby. Które, jak się okazało po tych wszystkich latach w kłamstwie, nawet nie jest z Kopenhagi, tylko gdzieś z przedmieść.

JO

Fot. Lock, Stock and Two Smoking Barrels

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...