Reklama

Koniec ery. Legia Warszawa ostatecznie zrywa z przeszłością

redakcja

Autor:redakcja

15 czerwca 2019, 17:35 • 6 min czytania 0 komentarzy

Bywała irytująca. Bywała żenująca. Zdarzały się jej kompromitujące wpadki boiskowe i równie kompromitujące wpadki organizacyjne. Głupie wypowiedzi, fatalne mecze, aroganckie zachowanie. Ale jednocześnie mistrzowska Legia Warszawa z okresu 2013-2018 cały czas miała tożsamość. To był klub, który działał w unikalny, trudny do powtórzenia przez kogokolwiek w Polsce sposób. Klub, który miał wyrazistych liderów, ale przede wszystkim: klub, który taśmowo wygrywał wszystko, co było do wygrania. 

Koniec ery. Legia Warszawa ostatecznie zrywa z przeszłością

Dziś Legia Warszawa żegna się z Miroslavem Radoviciem oraz Arkadiuszem Malarzem, wcześniej klub opuścili Michał Kucharczyk, Adam Hlousek czy Kasper Hamalainen. Trudno powiedzieć, czy to dobre decyzje z czysto piłkarskiego punktu widzenia. Każdy z nich zostawił w Warszawie kawał serca, każdy z nich miał pewne ograniczenia. Jednocześnie jednak nie da się ukryć: to bardzo symboliczny koniec epoki, która być może była najlepszą erą w całej historii warszawskiego klubu.

Gdyby wszyscy odchodzący w tym okienku z Legii piłkarze mieli rzucić na stos swoje medale – mogliby rywalizować nie tyle z piłkarzami innych zespołów, co wręcz całymi klubami.

Michał Kucharczyk – pięć mistrzostw, sześć Pucharów Polski
Arkadiusz Malarz – trzy mistrzostwa i Puchar
Miroslav Radović – cztery mistrzostwa, sześć Pucharów Polski
Kasper Hamalainen – trzy mistrzostwa, dwa Puchary Polski
Adam Hlousek – trzy mistrzostwa, dwa Puchary Polski

Razem 18 złotych medali, żaden klub w Polsce nie ma więcej, a przecież liczymy tu tylko sukcesy w Legii – bo na przykład Hamalainen mógłby jeszcze sięgnąć głębiej do szafy i odnaleźć medal zdobyty z Lechem.

Reklama

Ten kwintet, ale i cała reszta bandy, która tworzyła Legię w ostatnich latach uosabiał wszystkie cechy stołecznego hegemona. Tak, to odpowiednie słowo – jeśli klub wygrywa pięć mistrzostw na przestrzeni sześciu lat, do tego dokładając taśmowo puchary, zasługuje na miano hegemona. Jaką twarz dawali Legii ci piłkarze? Cóż, nie da się zaprzeczyć, że to był wyjątkowo spójny wizerunek, budowany od prezesa aż po poszczególnych zawodników. Zadziorny? Pyskaty? Balansujący na granicy między pewnością siebie a arogancją? Jakkolwiek to nazwać: ta Legia narzucała tematy do dyskusji dla całej Polski, nakręcała rywali, zrażała do siebie postronnych, rozkochiwała w sobie „swoich”.

Możesz być nawet z Poznania, jeśli jesteś kibicem Legii.

To wszystko było jakieś takie… butne? Butne były ruchy na rynku transferowym: czego świadectwem Hamalainen, ale i Bereszyński czy Ojamaa. Butne były wypowiedzi (i kto okazał się fatalny?), butna była gra, by przypomnieć choćby wszystkie bezczelne zwody Radovicia. Ale to przynosiło efekty. Gdy inne kluby, z piłkarzami o olbrzymim potencjale, w końcówce sezonu traciły orientację w terenie, Legia zawsze miała dość siły, by postawić kropkę nad i. Kiedyś napisaliśmy, że to właśnie ten miks mistrzowskiej mentalności, czasem irracjonalnego przekonania o własnej wyższości, przynosił legionistom sukcesy. Gdy inni piłkarze, być może i o wyższych umiejętnościach, wybierali bezpieczne rozwiązania, Kucharczyk, wraz ze wszystkimi swoimi technicznymi ograniczeniami, szedł w kolejny szalony drybling. I udawało się!

Czy ta Legia miała farta? Cóż, gdy po raz kolejny o zwycięstwie rozstrzygał gol udem czy rzut karny Radovicia, można było tak twierdzić. Czy miała szczęście, gdy wylosowała akurat Dundalk? Gdy Malarz bronił piłki totalnie instynktownie, bazując na mieszance refleksu i intuicji? Pewnie tak. Ale nikt w tamtej szatni, czy ogółem, w tamtym klubie, by tego na głos nie powiedział. A nawet jeśli, dodałby z szelmowskim uśmiechem: szczęście sprzyja lepszym.

Przeglądamy sobie kamienie milowe tamtej drużyny. Transfery Bereszyńskiego i Hamalainena. Końcówkę kariery Żewłakowa, który potem odnalazł się w gabinetach. Niezliczone zwycięstwa nad Lechem, zarówno na finiszu ligi, jak i w finałach Pucharu Polski. Wreszcie Ligę Mistrzów, z dwiema najpiękniejszymi chwilami – wyszarpanym remisem z Realem Madryt oraz zwycięstwem nad Sportingiem Lizbona.

Nazwiska się powtarzają. Kucharczyk, Malarz, Radović i Hamalainen, ale też Hlousek, Pazdan, Rzeźniczak, Guilherme. Każdy miewał gorsze i lepsze chwile, Radović przecież opuścił nawet Warszawę w kluczowym momencie, tuż przed Ajaksem. Ale jeśli te gadki o DNA, o mentalności, o charakterze drużyny mają sens, to właśnie z uwagi na takich piłkarzy. Były ogniwa, które ciągnęły ten wózek – Nikolić, Prijović, Vadis, Ljuboja, może też Bereszyński czy Moulin. Ale były elementy stały i niezmienne, narzucające reszcie pewien sposób myślenia o piłce, o rywalizacji w Ekstraklasie, o hierarchii w polskim futbolu. Nowy nabytek siadał między nimi w szatni i przyzwyczajał się do myśli, że „my jesteśmy Legia Warszawa, jesteśmy waszą stolicą”.

Reklama

Warszawiakom z tą Legią łatwo było się identyfikować. Sukces zawsze ma wielu ojców, ale gdy w dodatku do tego sukcesu przykładają się tacy ludzie jak Magiera, Malarz czy Radović – euforia w obozie zwycięzców jest podwójna. Jeden z najbardziej pamiętnych obrazków z tej mistrzowskiej Legii – wręczenie repliki tytułu mistrzowskiego przez kibiców warszawskiego klubu zasiadających w poznańskim sektorze gości. Wokół pożoga, policja, frustracja gospodarzy. W sektorze gości zaś prawdziwe święto.

Reszcie Polski łatwo było tę Legię znienawidzić. Finansowa przewaga i jej bezlitosne wykorzystywanie na rynku transferowym. Wojowniczy dział marketingu, co i rusz kąsający rywali. Piłkarze, którzy przemawiali z wyższością. Działacze, którzy kpili z przeciwników. Legia kolekcjonowała wrogów, ale z każdym kolejnym coraz mocniej rosła radość w warszawskim obozie. Zresztą, czy oprawa: „i tak Legia, panowie, i tak Legia mistrzem” nie jest podsumowaniem tej epoki?

Budowa takiej Legii to nie było pstryknięcie palcami, podobnie jak i demontaż nie zmieścił się w jednym okienku transferowym. Legia była kompletowana powoli, a szczyt swojego cyklu osiągnęła właśnie w czasie gry w Lidze Mistrzów. Demontaż odbył się nieco szybciej – najpierw próbowano poszczególnych piłkarzy wypychać, gdy to się nie udało – poczekano na koniec kontraktów. Efekt? Exodus, bo tak trzeba nazwać pozbycie się pięciu piłkarzy, którzy latami stanowili o sile i wizerunku całego klubu. Żaden z nich nie miał okazji godnie pożegnać się z kibicami. Żaden z nich nie otrzymał hołdów, na które zasługują zdobywcy kilku mistrzostw i pucharów.

O, czy to też nie dowód na zmianę, jaką przeszła Legia? Marek Saganowski w końcu dostał swoje kilkadziesiąt sekund podczas pieczętującego mistrzostwo Polski meczu z Pogonią Szczecin.

Radović? 4 minuty w przegranym meczu z Jagiellonią w 36. kolejce, z Żyletą się nie pożegnał. Malarz? Też wyjazd do Białegostoku, ale jeszcze w październiku. Dla Kuchego pożegnalną okazała się przerwa w meczu z Piastem Gliwice w 34. kolejce.

Gdy doda się do tego sagę transferową Pazdana, wypychanie Jędrzejczyka, styl innych pożegnań… No co tu dużo pisać, odcięcie od przeszłości wygląda na radykalne. Zresztą, twitterowa drama z udziałem Arkadiusza Malarza zdawała się potwierdzać, że stare, w dodatku tak zasłużone drzewa będzie ciężko przesadzić. Być może to była jedyna droga, by uniknąć kwasów w szatni.

Pozostają jednak pytania o to, jak będzie wyglądać nowa era, już bez Kucharczyka, Radovicia czy Malarza. Kto ich zastąpi? W jaki sposób?

W Legii od paru ładnych lat zmienia się stare elementy na nowe, od samych szczytów, po najskromniejszych pracowników. Złośliwcy – czyli na przykład my – dodaliby, że zmieniają się też rywale, z Realu na Sheriff Tyraspol, oraz triumfatorzy krajowych rozgrywek. Z ery dubletów Legii przeszliśmy na sezon chwały Piasta i Lechii.

Zaczyna się nowa epoka.

Fot.FotoPyK

Najnowsze

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
2
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Komentarze

0 komentarzy

Loading...