LIVERPOOL KRÓLEM EUROPY

redakcja

Autor:redakcja

01 czerwca 2019, 23:06 • 4 min czytania

LIVERPOOL KRÓLEM EUROPY

Zrobili to. Ograniczyli atuty Tottenhamu do tego stopnia, że Spurs przez trzy czwarte meczu nie potrafił oddać groźnego strzału. Byli wyrachowani, byli skuteczni, byli mądrzejsi, byli – po prostu – lepsi. Liverpool najlepszą drużyną Europy sezonu 18/19 – trofeum trafia w godne ręce.

Reklama

Ten mecz zaczął się… nie, nie będziemy 40105194141591 używać ładnego, ale wyświechtanego jak stare sztruksy odwołania do dziadka Hitchcocka, powiemy lepiej: ten mecz zaczął się, jakby był tegorocznym rewanżem półfinału Ligi Mistrzów.

Specjalnie sprawdziliśmy: wiecie co można zrobić w mniej niż trzydzieści sekund? Zrobić około siedmiu przysiadów;
przeczytać 1/13659 „Nad Niemnem”; zamówić chińskie (jak nie jesteś wybredny i nie kręcisz przy sosach, przecież i tak będziesz jadł z ostrym); Wysłać mamie smsa, że ją kochasz; Sprokurować karnego w finale Ligi Mistrzów.

Reklama

To ostatnie dołączyło do listy stosunkowo nie dawno, bo dzisiaj: to rekordowo szybko podyktowana jedenastka, historyczna dla europejskich finałów.

Co się w zasadzie stało? O to musicie zapytać Sissoko:

D7_49upX4AYFeNFŹródło: TVP Sport

Nie będziemy udawać ultraekspertów: to kolejna ręka z kategorii „dwa tygodnie kontrowersji”. Już słyszeliśmy zarówno opinie, że jest niezgodna z duchem gry, jak i taką, że takie są przepisy i koniec.

W każdym razie są gorsze otwarcia finałów, niż gol po minucie. Mieliśmy taką teorię, że ten mecz może być śmiertelnie nudny. Ta Liga Mistrzów była aż zbyt ciekawa, dla równowagi w meczu o wszystko – meczu dwóch cholernie ekscytujących drużyn, które zapisały hollywoodzkie scenariusze w półfinale – odegrana zostanie interpretacja spotkania Radomiak – Siarka (jakaś zaległa kolejka, termin w środę o 12, najlepiej luty). Tu tymczasem zapachniało kolejnym Wielkim Meczem, kolejnym triumfem piłki nożnej, kolejnym scenariuszem nie z tej ziemi.

A potem jednak wciągnęło taśmę, poszedł ten Radomiak. Nie taki znowu zły, jak ktoś ceni taktyczne nowinki – Liverpool miał wymarzony wynik, przecież bez sensu było forsować tempo, nie zrobiłby tego żaden trener (no, może poza Zdenkiem Zemanem) i żaden piłkarz. Liverpool osiągnął błyskawicznie cel w postaci bramki, a potem zastosował się do jedynego rozsądnego w tej sytuacji scenariusza – oddania piłki Tottenhamowi i czyhaniu na kontry.

To wciąż mogło przynieść kapitalne emocje już w pierwszej połowie. Ofensywa „Spurs” nie wypadła przecież kogutowi spod ogona. Ale nie przyniosła, bo LFC skutecznie pozatykało armaty LFC. Kane, Alli, Eriksen, Son – ta maszyna zupełnie nie funkcjonowała, przez co do rangi wydarzenia urósł rajd jakiejś blondyny przez środek boiska. Jedno zabłąkane podanie Eriksena, jakiś drybling Sona, ale w zasadzie nic, co by mogło faktycznie zagrozić Alissonowi. Liverpool natomiast grał swoje, oddał dwa niezłe strzały z dystansu – raz Alexander-Arnold, raz Robertson – a czas płynął mu całkiem szybko.

W przerwie to Pochettino był na musiku. Zmiany, choćby taktyczne, były konieczne. Przecież Tottenham nie oddał nawet celnego strzału.

I za prędko się go nie doczekał, zapachniało aż Ekstraklasą: 72 minuta, pierwsze trafienie w światło bramki, oczywiście po klasycznym, staropolskim centrostrzale.

Do tamtego czasu Liverpool mógł już skończyć ten mecz, może nawet powinien. Groźnie – a przede wszystkim ciekawie – strzelał wprowadzony James Milner. Jak egipski dzik szarżował Salah. Lloris musiał się też wykazać przed Sadio Mane. Poza tym rzetelność w defensywie godna fińskiej armii.

I chyba Liverpool poczuł się aż za pewnie, usypiając samego siebie, bo w ostatnim kwadransie zaprosił Tottenham do tańca. 1:0 to wciąż o jeden centrostrzał życia od remisu. Koguty późno bo późno, ale to zrozumiały: torpedę godną Kodżiro posłał z dystansu Son. Lucas Moura zgłosił swój akces do kandydatury dżokera wszech czasów. Eriksen wkręcał z rzutu wolnego, Tottenham naciskał raz, drugi, trzeci, ale za każdym razem Alisson przypominał dlaczego wydano na niego tyle forsy. W zasadzie należy zapytać: czy z Alissonem w składzie od zeszłego sezonu dziś Liverpool broniłby tytułu?

LFC dobiło Tottenham na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Strzelcem Origi – asystentem nie kto inny, jak Chaos W Defensywie Spurs – Origi, który rok temu o tej porze grał w barażu o utrzymanie z Holstein Kiel, teraz pieczętował zdobycie Champions League. Piłka często spuszcza ze schodów, ale też podstawia windę.

Spurs jeszcze się spięło, jeszcze ruszyło, ale w praktyce były to tylko minuty na podniesienie noty Alissonowi. Wygrał lepszy, wygrał mądrzejszy, wygrał ten, kto na to zasłużył. Nie ma w tym triumfie przypadku, tak jak nie ma przypadku w coraz lepszej grze Liverpoolu. Gdy Klopp obejmował The Reds, był to zespół uznany, szanowany, ale trudno go było nazwać europejskim potentatem. Teraz to absolutny top. Może nie ma w tym sezonie pełni szczęścia, bo brakło tytułu w Anglii, ale chyba żaden kibic Liverpoolu nie powie, że jest rozczarowany. Bo triumf w Lidze Mistrzów to jedno, ale przede wszystkim widać wielką, owocną pracę. Widać zespół, którego może zazdrościć cała Europa. Widać jeszcze wyraźniej wspaniały warsztat trenerski jednego z najlepszych szkoleniowców naszych czasów. To, co jest wielką mocą Liverpoolu, to że bardzo łatwo wzbudzają sympatię – czasy globalizacji sprzyjają, by przekuć to w kolejny krok ku trwałej, a nie chwilowej potędze.

Tottenham – Liverpool 0:2

Salah 1 (karny), Origi 87

 Fot. Newspix

Najnowsze

La Liga

Zdążył się już pożegnać. Real zablokował jego transfer

Braian Wilma
0
Zdążył się już pożegnać. Real zablokował jego transfer
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama