Kubica wciąż na końcu, Leclerc tworzy historię

Sebastian Warzecha

30 marca 2019, 18:31 • 3 min czytania

Reklama
Kubica wciąż na końcu, Leclerc tworzy historię

Jeśli chodzi o postawę kierowców Williamsa, kwalifikacje do GP Bahrajnu niczym nas nie zaskoczyły. Obaj znaleźli się na szarym końcu stawki. Zresztą inaczej być nie mogło, powiedzmy sobie szczerze. Ciekawie było za to z przodu, gdzie Ferrari pokazało, że ich bolidy stać na znacznie więcej niż w Australii, a swoje pierwsze pole position w karierze wywalczył Charles Leclerc.

Reklama

Słuchajcie, z bolidem Roberta Kubicy sprawa jest prosta: gdyby jutro w wyścigu zamienił go na Fiata 126p, efekt byłby mniej więcej taki sam. A przynajmniej nie musiałby się obawiać, że – po najechaniu na tarki – na tor posypią się części. W swoich obecnych bolidach kierowcy Williamsa nie tyle są faworytami do zajęcia miejsc na końcu stawki, co są do tego zobligowani. W rywalizacji z pozostałymi ekipami wypadają jak furmanka w starciu z nowiutkim Porsche. Nie mają szans.

Zresztą jeśli zaglądaliście w trakcie kwalifikacji na kamerę Kubicy, mogliście przekonać się, że Polak ma jeden, podstawowy problem – jego bolid ledwo reagował na skręty. Robert machał kierownicą, a koła nie słuchały. Dlatego też wcześniej napisaliśmy „obecnych bolidach” w liczbie mnogiej, bo nasz kierowca mówił wczoraj, że on i George Russell jeżdżą dwoma zupełnie różnymi autami, które kompletnie inaczej zachowują się na torze. Nawet przy takich samych ustawieniach. A w zespole Williamsa – jak donosiły media – nikt nie miał zielonego pojęcia o co chodzi i jak temu zaradzić.

Dlatego, jeśli mamy szukać jakichkolwiek pozytywów, to znajdujemy jeden: tak, Kubica był ostatni. Ale jego strata do kolegi z zespołu to zaledwie cztery setne sekundy. Niewiele, biorąc pod uwagę, że w kwalifikacjach do poprzedniego wyścigu różnica między nimi wynosiła 1,7 sekundy. Sęk w tym, że – jak pokazały treningi – trudno jest przewidzieć, jak w danej chwili pojedzie bolid Polaka. Dlatego jutro możemy spodziewać się wszystkiego, a celem numer jeden dla Roberta znów będzie dojazd do mety.

Reklama

Zupełnie inne cele musi za to obrać Charles Leclerc. Kierowca Ferrari został dziś pierwszym Monakijczykiem z pole position w Formule 1. Przy okazji też drugim najmłodszym zawodnikiem w historii, który do wyścigu wystartuje z pierwszego miejsca (po… Sebastianie Vettelu, jego koledze z zespołu) i rekordzistą toru w Bahrajnie. Swoją drogą rekord ten ustanowił w ostatniej możliwej chwili. Najpierw w trzeciej sesji kwalifikacji przejechał okrążenie w dokładnie(!) takim czasie, jak Vettel przed rokiem, a potem – gdy już był pewny, że kwalifikacje wygrał – poprawił go o jeszcze kilka dziesiątych.

Musimy też napisać jedno: niesamowicie podoba nam się podejście tego młodziaka. To dla niego drugi start w barwach Ferrari. Wielu zachłysnęłoby się samym faktem trafienia do tak renomowanej ekipy w wieku 21 lat. Ale nie Leclerc. Po GP Australii Charles był ponoć mocno podłamany piątym miejscem, które zajął. Dziś – gdy miał z kolei powody do świętowania – powiedział przez radio jedynie, że „chce dokończyć robotę jutro”. Jeśli pojedzie jak dziś w kwalifikacjach, powinien to zrobić bez większego trudu. Bo był zdecydowanie najszybszy.

Zresztą Ferrari ocknęło się już na całego z zimowego letargu i pokazało Mercedesom, jak groźne być potrafi. Obok Monakijczyka w linii ustawi się bowiem Sebastian Vettel, a dopiero za nim Hamilton i Bottas, który po Australii zajmuje w klasyfikacji generalnej pozycję lidera. Jeśli chodzi o pozostałych kierowców, to wyróżnić trzeba ekipę McLarena, gdzie i Carlos Sainz, i Lando Norris weszli do trzeciej sesji kwalifikacji, pokazując Fernando Alonso, że ten być może nieco przedwcześnie zrezygnował z jazdy w F1, bo wygląda na to, że w tym sezonie miałby do dyspozycji niezły bolid. Zobaczymy jednak, jak zaprezentują się oni w jutrzejszym wyścigu.

Reklama

A co do niego, to nie odważymy się wskazać przyszłego zwycięzcy, ale jednego możemy być pewni już teraz: Robert Kubica nie będzie walczyć z innymi kierowcami, a z własnym bolidem. Pozostaje trzymać kciuki, by wygrał to starcie.

Fot. Newspix

Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Raków był już dogadany na duży transfer. Kontuzja pokrzyżowała plany

Mikołaj Duda
0
Raków był już dogadany na duży transfer. Kontuzja pokrzyżowała plany
Ekstraklasa

Angel Rodado zagra dla… reprezentacji Polski? „To byłby zaszczyt”

Mikołaj Duda
11
Angel Rodado zagra dla… reprezentacji Polski? „To byłby zaszczyt”

Formuła 1

Reklama