Z powrotem Zinedine’a Zidane’a Real Madryt wiąże wielkie nadzieje. Trzy wygrane Ligi Mistrzów z rzędu robią w tej kwestii swoje, ale Francuz nie jest pierwszym trenerem w XXI wieku, który musi stawić czoła swojej legendzie. Kilku takich jesteśmy w stanie sobie przypomnieć. Zebraliśmy więc te najciekawsze przykłady w jednym miejscu. Jak wypadały podobne powroty do tego Zizou, który dziś został obwieszczony światu?

Powrót króla. Jak wypadał w XXI wieku?

Jose Mourinho (Chelsea lipiec 2004 – wrzesień 2007, lipiec 2013 – grudzień 2015)

UEFA Champions League - Chelsea v FC POrto

Z Porto wypłynął w wielki świat – w końcu to miasto, które port ma nawet w nazwie. Ale to w Londynie stał się „The Special One” i świat mógł pod medialną lupą oglądać jego osobowość tydzień w tydzień. Jego rywalizacja z Rafą Benitezem, który w tamtym czasie prowadził Liverpool, do dziś wspominana jest jako największa taktyczna batalia w Anglii w pierwszej dekadzie XXI wieku. On wygrywał ligę, Hiszpan Ligę Mistrzów.

Odchodził skłócony z Romanem Abramowiczem. Zawodnicy byli jego rezygnacją zszokowani, bo sposób, w jaki razem zdominowali Premier League był iście imponujący. Dwa mistrzostwa (to pierwsze po 50 latach bez krajowego tytułu), jedno wicemistrzostwo, wykreowanie Didiera Drogby na króla strzelców, zrobienie z wielkich talentów Johna Terry’ego, Franka Lamparda prawdziwych liderów swoich formacji, wiernych barwom aż do czasu, gdy wiek odebrał im część atutów i nadszedł czas na wymianę pokoleniową. Do tego wygrany FA Cup, Carling Cup, dwa półfinały Ligi Mistrzów…

Abramowicz nie zapomniał, jak wiele radości Portugalczyk dał kibicom ze Stamford Bridge. Zastąpił… Beniteza, a więc tego, z którym toczył wszystkie te kipiące od taktyki pojedynki. I to mimo że później wyznał, że z Abramowiczem nawet przez moment nie łączyło go nic poza relacjami szef-pracownik. Szacunek? Tak. Przyjaźń? W żadnym wypadku.

Znów wygrał dla Chelsea ligę, tym razem nie w swoim pierwszym, a w drugim sezonie. Znów zaszedł też do najlepszej czwórki Ligi Mistrzów. I znów odchodził w niesławie – 227 dni po zdobyciu mistrzostwa dostał wypowiedzenie. Mourinho chciał przed sezonem 15/16 do

stać porządne wzmocnienia, by zwiększyć głębię składu, zamiast tego zarząd chciał, by The Blues rozwijali młode talenty. Papy Djilobodji to był typowy transfer, którego władze chciały, a Mourinho za nic. Do tego doszła sprawa z Evą Carneiro, fizjoterapeutką, która wbiegła na boisko, by pomóc Edenowi Hazardowi, gdy Chelsea próbowała przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę w zremisowanym 2:2 starciu ze Swansea. Nieustannie atakował też sędziów, „Guardian” wyliczył, że drugi okres Mourinho w Chelsea skończył się łącznie 141 tysiącami kar od federacji.

Nie dotrwał nawet do świąt, a klub zostawił na 16. miejscu, z oczkiem przewagi nad przebywającym w strefie spadkowej Norwich, a z 20 punktami straty do wkrótce mistrzowskiego Leicester.

Marcelo Lippi (Juventus lipiec 1994 – luty 1999, lipiec 2001 – maj 2004)

Italy: Juventus wins Tim Cup against Milan

Jeśli Zinedine Zidane ma się kimś inspirować wracając do Realu Madryt, to najlepszym przykładem będzie jego były szkoleniowiec, z którym jego drogi skrzyżowały się jeszcze w ubiegłym stuleciu. Marcelo Lippi swoim pierwszym pobytem w Juventusie zawiesił poprzeczkę każdemu kolejnemu menedżerowi niebywale wysoko. Dublet w pierwszym sezonie, wygrana Liga Mistrzów w kolejnym i dwa finały najważniejszych europejskich rozgrywek w dwóch następnych latach. Lippi miał do dyspozycji niesamowitych zawodników, ale nie każdy z takiej ilości talentu i jednocześnie tak wielu mocnych osobowości potrafi ulepić drużynę. Zresztą sami spójrzcie na składy Juventusu ze wspomnianych finałów Champions League:

Zrzut ekranu 2019-03-11 o 20.24.44

Zrzut ekranu 2019-03-11 o 20.24.31

Zrzut ekranu 2019-03-11 o 20.24.21

On wiedział doskonale, jak z tych wielkich indywidualności zlepić drużynę. Nieprzypadkowo w latach 1996 i 1997 zostawał trenerem roku na świecie.

Jego powrót w 2001 roku był tylko jednym z ruchów kadrowych, które dały Juventusowi wiele radości w kolejnych latach. Wtedy z Parmy dołączył do Juve Gianluigi Buffon, który nie opuścił klubu nawet wtedy, gdy ten został relegowany do Serie B za grzechy korupcyjne. Wraz z nim na Delle Alpi trafili Lilian Thuram czy Pavel Nedved, nikomu tej dwójki i jej przyszłych zasług za bardzo chyba przedstawiać nie trzeba.

Poprzeczkę pod koniec XX wieku zawiesił sobie niesamowicie wysoko, ale gdy powrócił, niemal udało mu się do niej doskoczyć. Ligi Mistrzów nie wygrał, ale zaszedł aż do finału, w którym lepszy w serii jedenastek okazał się Milan. Dołożył dwa kolejne puchary, dwa kolejne mistrzostwa, w tym jeden dublet – w sezonie 2002/03. 

Ale drugi okres Lippiego w Juve nie jest postrzegany jako tak dobry jak pierwszy również dlatego, że Marcelo w latach 90. stał za renesansem Bianconeri, zrobił z nich maszynkę do wygrywania. W latach 2001-2004 po prostu tę maszynkę znów naoliwił i sprawił, że ta sięgnęła po kilka kolejnych trofeów. 

Jupp Heynckes (FC Bayern lipiec 1987 – październik 1991, kwiecień 2009 – czerwiec 2009, lipiec 2011 – czerwiec 2013, październik 2017 – czerwiec 2018)

Pilka nozna. Liga Mistrzow. Borussia Dortmund - Bayern Monachium. 25.05.2013

Bayern ma problemy? Pierwszy na liście ulubionych kontaktów jest zawsze Jupp Heynckes. Pierwszy raz prowadził Bawarczyków jeszcze w XX wieku, dwa razy zdobył z nimi wtedy mistrzostwo kraju, następnie trzykrotnie wracał do klubu w XXI wieku. Za każdym razem wykręcał imponującą średnią punktów:

2009 – 5 meczów, 2,6 pkt na mecz
2011-2013 – 109 meczów, 2,43 pkt na mecz
2017-2018 – 41 meczów, 2,49 pkt na mecz 

Najbardziej spektakularny powrót to ten, kiedy nie wkraczał do palącego się domu jako strażak – bo w takim charakterze pracował i w 2009, gdy rozkraczył się „projekt Klinsmann”, i w sezonie 2017/18, kiedy trzeba było ogarnąć będącą w rozsypce ekipę po Carlo Ancelottim. 

Tamte dwa lata pomiędzy van Gaalem a Guardiolą, to był zdecydowanie najpiękniejszy okres w karierze Heynckesa. Miał ją już wtedy skończyć, w swoim ostatnim sezonie wygrał przecież absolutnie wszystko, zlał absolutnie każdego, finiszował jak każdy facet chciałby finiszować. Brzmi to jak utopia, ale Bayern w pierwszej połowie 2013 roku, kiedy było już wiadomo, że Pep Guardiola zostanie szkoleniowcem od nowego sezonu, wygrał 25 z 27 meczów, przegrał tylko z Arsenalem w Lidze Mistrzów, zremisował tylko z Borussią Dortmund w Bundeslidze. Ograł za to Barceloną 7:0 w dwumeczu, pokonał największego krajowego rywala – BVB – w finale Champions League, zdobył też puchar Niemiec.

Spektakularny powrót? W tej kwestii wszyscy mogliby się uczyć od Heynckesa.

Louis Van Gaal (FC Barcelona lipiec 1997 – maj 2000, lipiec 2002 – styczeń 2003)

96592.jpg

Gdy po raz pierwszy pojawił się na Camp Nou, był absolutnie najgorętszym nazwiskiem na rynku trenerskim. Nie ma lepszej rekomendacji dla budowniczego mającego wylać nowe fundamenty w Barcelonie niż wygranie Ligi Mistrzów z piekielnie ekscytującą, pełną młodych wilków ekipą Ajaksu.

Zaczęła się holenderska rewolucja. Reiziger, Bogarde i Hesp przyszli tuż po pojawieniu się van Gaala, niedługo później dołączyli do nich Cocu, Zenden, bracia de Boer, a także Patrick Kluivert. Dwa pierwsze lata to dwa tytuły mistrzowskie w lidze, w której Barcelonie przez trzy wcześniejsze lata nie udało się zająć najwyższego miejsca na podium.

Van Gaal odszedł na koniec kolejnego sezonu, który nie był już tak udany, był też naznaczony konfliktem z Rivaldo. Brazylijczyk, najlepszy zawodnik klubu i świeżo wybrany w 1999 roku najlepszym na świecie (wygrał Złotą Piłkę 1999) stwierdził, że ma dość gry na lewym skrzydle, Holender odparł, że w takim razie nie zagra wcale. 

Gdy więc van Gaal wrócił, Rivaldo zetknął się ze znienawidzonym menedżerem po raz drugi. Klamka zapadła – mimo roku kontraktu, został zwolniony z umowy i mógł odejść za darmo. – Nie lubię go i jestem pewien, że on mnie też. To przez niego opuściłem Barcelonę – mówił później.

Wiadomym było, że będzie Rivaldo brakować, ale chyba nikt nie spodziewał się, jak bardzo. Fatalne transfery van Gaala poprowadziły jednak Barcę do serii fatalnych wyników i gdy Holender został zwolniony w styczniu, Blaugrana znajdowała się zaledwie 3 punkty ponad strefą spadkową. 

Kevin Keegan (Newcastle styczeń 1992 – styczeń 1997, styczeń 2008 – wrzesień 2008)

Rugby / Soccer

Menedżer-legenda. Jeszcze w XX wieku dwa razy doprowadził Newcastle do wicemistrzostwa Anglii z zespołem, którego jedynym założeniem było: strzelić więcej niż rywal. Talent w ofensywie, jaki zebrał wtedy pod jednym dachem – dachem St. James’ Park – był przeogromny. David Ginola, Les Ferdinand, Peter Beardsley, Rob Lee, Alan Shearer…

Mike Ashley, właściciel Srok, wiedział, jak przypodobać się kibicom Newcastle. Przynajmniej na początku swojego panowania, bo dziś każdy nad rzeką Tyne ma go po prostu dość. Rok 2008 to był jeszcze czas, kiedy większość jego ruchów była wymierzona w zbieranie pozytywnych opinii. A jak najlepiej to zrobić? Namówić postać wśród kibiców absolutnie kultową, by ta przejęła stery zespołu.

Keegan zdecydował się odejść ze względu na Dennisa Wise’a. Gościa, którego Ashley zatrudnił jako dyrektora sportowego i który miał pomagać w dokonywaniu transferów. Keegan – jako człowiek starej daty, przyzwyczajony do pełni władzy idącej w parze ze stanowiskiem menedżera – nie był z tego powodu szczególnie szczęśliwy. A gdy Wise wpakował mu do zespołu „wyskautowanego” na YouTube Ignacio Gonzaleza wbrew jego woli, miarka się przebrała.

„Pan Wise zadzwonił do Pana Keegana i powiedział mu, że znalazł świetnego zawodnika dla klubu, Ignacio Gonzaleza, oraz że powinien go wyszukać. Pan Keegan próbował znaleźć go w Internecie, ale nie potrafił odnaleźć żadnych informacji. Pan Wise powiedział, że był na wypożyczeniu w Monaco, ale po sprawdzeniu detali, Pan Keegan nie był zawodnikiem zachwycony i powiedział Panu Wise’owi, że nie uważa, by zawodnik był dość dobry. Pan Wise powiedział mu później, że powinien zobaczyć go na YouTube, ale okazało się, że filmy były niskiej jakości i nie dawały powodów, by ściągnąć zawodnika do klubu Premier League. Ponadto nikt w klubie nie widział go w grze. Mimo że Pan Keegan jednoznacznie stwierdził w rozmowach nie tylko z Panem Wisem, ale i Panem Ashleyem i Panem Jimenezem, że ma obiekcje co do sprowadzenia Gonzaleza, klub zatrudnił zawodnika kolejnego dnia, 31 sierpnia 2008 roku” – czytamy w oświadczeniu, którego fragment zamieścił w tamtym czasie „Guardian”.

Ottmar Hitzfeld (FC Bayern lipiec 1998 – czerwiec 2004, styczeń 2007 – czerwiec 2008)

031608msm _175_

Kolejny, który piekielnie wysoko zawiesił poprzeczkę, po czym sam postanowił, że spróbuje raz jeszcze wykonać skok, raz jeszcze osiągnąć z Bayernem coś wielkiego. Lista sukcesów Ottmara Hitzfelda podczas jego pierwszego pobytu w stolicy Bawarii jest dłuższa nawet od listy powrotów Jacka Kiełba do Korony Kielce.

Mistrz Niemiec? Cztery razy.

Puchar Niemiec? Trzy razy.

Finał Ligi Mistrzów? Dwa razy.

Zwycięstwo w Lidze Mistrzów? Raz, w 2001 roku.

Bayern w 2004, gdy Hitzfeld przegrał mistrzostwo Niemiec z Werderem Brema sporą jak na Bawarczyków różnicą 6 punktów, postanowił, że czas na zmianę, o czym w maju oznajmił Uli Hoeness. Wziął sobie największego zamordystę, jaki tylko był na rynku – Felixa Magatha wykręcającego doskonałe wyniki w Stuttgarcie.

Jego powrót nie był jednym z tych najbardziej udanych – to i tak delikatnie powiedziane. Niby minęły tylko trzy lata, ale – jak czytamy w książce „Bayern: Creating a Global Superclub” – Hitzfeld nie był już tym samym menedżerem, co wcześniej, nie potrafił już tak dobrze poruszać się w wodach pełnych rekinów.

Rozłam nastąpił po meczu Pucharu UEFA z Boltonem w Monachium. Bayern zremisował, ale nie to najbardziej rozwścieczyło Karla-Heinza Rummenigge. „66 tysięcy ludzi miało prawo zobaczyć najmocniejszy skład. Piłka to nie matematyka, to nie jest okej”. Szpila w Hitzfelda – z wykształcenia nauczyciela matematyki – została wbita. Niedługo później stało się jasne, że Hitzfeld opuści Bayern, by poświęcić się nieco mniej eksponowanej, spokojniejszej pracy selekcjonera reprezentacji Szwajcarii.

Wygrał jednak na odchodne mistrzostwo Niemiec, a kibice – od kiedy stało się jasne, że przed sezonem 2008/09 dojdzie do zmiany – co mecz śpiewali „Ottmar, jesteś najlepszy na świecie”.

Roberto Mancini (Inter lipiec 2004 – maj 2008, listopad 2014 – sierpień 2016)

Campionato di Calcio Serie A TIM 2007/2008 38°Giornata Parma - 18.05.2008 Parma-Inter

Do pewnego momentu kariera trenerska Roberto Manciniego układała się jak z pięknego snu. Każdego roku Nerazurri notowali coraz lepsze wyniki. Debiutanckie rozgrywki to najniższy stopień podium, kolejne – wicemistrzostwo, które wobec afery calciopoli i odebrania tytułu Juventusowi stało się mistrzostwem. I wreszcie dwa tytuły z rzędu wywalczone już na boisku, a nie przy zielonym stoliku. Oczywiście, Manciniemu było łatwiej, bo Juventus musiał się odbudowywać – również po rejteradzie Ibrahimovicia czy Vieiry do Interu. Ale jak nie docenić mistrzostwa zdobytego z 22-punktową przewagą w sezonie 06/07? I jego obrony sezon później, gdy do samego końca naciskała Roma? 

Zresztą swoją jakość Mancini udowodnił, gdy zamieniając Mediolan na Manchester doprowadził City do pierwszego, tak upragnionego przez szejków mistrzostwa w erze szejka Mansoura.

Jego drugie podejście do Interu nie było jednak już taką bajką. Nerazzuri, od kiedy Ligę Mistrzów wygrał z nimi Jose Mourinho, byli w stanie ciągłej przebudowy. Poszukiwania zawodników, którzy zapewnią poziom, do jakiego w Mediolanie przyzwyczaił nie tylko „The Special One”, ale przecież przed nim również i Mancini. 

Samo porównanie średnich punktów mówi wiele – 2,12 pkt na mecz w pierwszym podejściu, 1,64 w drugim.

Jeszcze więcej mówi tak naprawdę porównanie ekipy, z którą Mancini sięgał po mistrzostwo w swoim ostatnim sezonie przed odejściem do Premier League i tej, jaką zastał wracając na San Siro (w nawiasie wiek).

Gdy odchodził najczęściej grali: Julio Cesar – Maicon, Marco Materazzi, Christian Chivu, Maxwell – Javier Zanetti, Esteban Cambiasso, Dejan Stanković, Cesar – Zlatan Ibrahimović, Julio Cruz

Gdy wracał, w pierwszym ligowym meczu – derbach Mediolanu – wystawił taką ekipę: Handanović – Nagatomo, Ranocchia, Juan Jesus, Dodo – Obi, Kuzmanović, Guarin – Kovacić – Icardi, Palacio

Widać różnicę, prawda? Mimo to coś dobrego Mancini po sobie zostawił, to on sprowadził do Mediolanu choćby Ivana Perisicia, Mirandę czy Marcelo Brozovicia. Zajął jednak najpierw w dokańczanym po Walterze Mazzarim sezonie 8. miejsce, a później, mogąc zapracować na wynik od początku do końca – 4. Niedające wtedy Ligi Mistrzów, 13 punktów za plecami 3. Romy.

Kenny Dalglish (Liverpool FC lipiec 1985 – luty 1991, styczeń 2011 – maj 2012)

Football - Barclays Premier League - Liverpool v Tottenham Hotspur

Autor pierwszego w historii The Reds dubletu w sezonie 85/86 (liga i FA Cup), w dodatku ucierając przy tym dwukrotnie nosa Evertonowi, wicemistrzowi i ekipie pokonanej w finale krajowego pucharu. Wygrywał też dwa kolejne mistrzostwa Anglii i FA Cup, a jego menedżerskie rządy na przełomie lat 80. i 90. XX wieku wspominane są jako jedne z najlepszych w dziejach Liverpoolu.

Wracał wiele, wiele lat później, gdy właściciel Liverpoolu John Henry zdecydował, że w najlepszym interesie klubu będzie zwolnienie Roya Hodgsona.

Okazało się, że Dalglish bynajmniej nie zardzewiał – Liverpool przejmował, gdy ten był zaledwie cztery punkty ponad strefą spadkową i zajmował kompromitujące 12. miejsce, a wyprowadził go na prostą do tego stopnia, że finiszował na 6. pozycji. Że w takim wypadku legendzie nie wypada nie podstawić pod nos długoterminowego kontraktu właśnie przekonują się rywale The Reds z Old Trafford.

Sezon 2011/12 nie był już tak udany, Liverpool na początku jeszcze notował długie niepokonane serie, ale jak wpadł w kryzys na początku stycznia (porażki z City i Boltonem przedzielone remisem u siebie ze Stoke), tak nie wyszedł z niego aż do końca sezonu. W drugiej połowie rozgrywek przegrał 11 z 19 meczów. Wkrótce Swansea, która zlała Dalglisha w ostatnim meczu sezonu, dostarczyła The Reds następcę, a legendarny Szkot musiał się usunąć w cień.

Mówcie jednak, co chcecie, ale to właśnie za Dalglisha – a nie Rodgersa czy Kloppa – Liverpool wygrał swoje ostatnie jak do tej pory trofeum. Puchar Ligi w sezonie 11/12.

Fabio Capello (Real Madryt lipiec 1996 – czerwiec 1997, lipiec 2006 – czerwiec 2007)

577995.jpg

6. miejsce. Realowi Madryt po prostu nie wypada takiego zajmować w lidze hiszpańskiej. I dlatego w 1996 roku, gdy klub potrzebował bohatera, zwrócił wzrok w kierunku Fabio Capello. Włoch dopiero co wygrał Serie A z przewagą ośmiu punktów nad resztą stawki, był więc idealnym kandydatem, by sięgnąć po tytuł i w Hiszpanii. Pozwolono mu pociągnąć za sobą z Serie A Clarence’a Seedorfa i Roberto Carlosa, wzmocniono jego ekipę Predragiem Mijatoviciem czy Davorem Sukerem. Na miejscu też miał niezgorszych grajków, na czele z czy 19-letnim Raulem, który już naprawdę konkretnie rozpychał się wtedy w składzie Królewskich.

Udało się – Real odbił się od dna (no, dna jak na warunki madrytczyków) i został mistrzem Hiszpanii. Na pewno nie przeszkodziła w tym roczna absencja w pucharach spowodowana tym fatalnym szóstym miejscem. Capello nie dogadywał się jednak z prezesem Lorenzo Sanzem i po sezonie odszedł z Madrytu. 

Odszedł jako zwycięzca, za którym zatęskniono równo dekadę później. Obiecał go Ramon Calderon i gdy został prezesem, swą obietnicę spełnił. Włoch zastał szatnię absolutnie galaktyczną, zamiast jednak dokładać kolejnych gwiazd, on postawił na rozwiązania praktyczne. Klub, który przez pięć poprzednich lat ściągnął Luisa Figo, Zinedine’a Zidane’a, Ronaldo, Davida Beckhama, Michaela Owena czy przehajpowanego do granic możliwości Robinho, tym razem postawił na Mahamadou Diarrę, Fabio Cannavaro, Emersona czy Ruuda van Nistelrooya. Nawet mówiąc o ostatnim – superstrzelcu z Premier League – trudno nazywać go wirtuozem. Każdy sprowadzony był na boisku pragmatyczny w tym, co robił. Zimą doszli do nich jeszcze grający dotąd w ligach południowoamerykańskich młodzi Gonzalo Higuain i Marcelo.

Real Capello stał się absolutnym mistrzem comebacków. Wracał w pojedynczych meczach, ale wrócił też w całym sezonie – na osiem kolejek przed końcem rozgrywek Primera Division Barcelona przewodziła z pięciopunktową przewagą. Finisz był absolutnie niewiarygodny. Real odrabiał z nawiązką stratę w meczu z Sevillą po dwóch golach w ostatnim kwadransie, ale przede wszystkim spektakularną remontadę zanotował przeciwko Espanyolowi. 3:1. Trzy punkty do Barcelony zostały już wtedy odrobione, zostały dwa. Aż tu nagle… hat-trick Pandianiego, 3:1 dla Espanyolu. Ekipa Capello się nie poddała, dziesięć minut po zmianie stron doszła rywala na 3:3, minutę przed końcem szalę przechylił Higuain.

A i to nie był ostatni wielki powrót w końcówce tamtego sezonu. W meczu z Recreativo Huelva wcale nie szło Realowi lepiej – mimo 2:0 po 53 minutach, w 73. i 88. minucie strzelali rywale. A jednak i tu się udało – doliczony czas, rzut wolny pod polem karnym Królewskich, długie wybicie, piłka ostatecznie spada pod nogi Fernando Gago, który trafia na 3:2. Resztę wszyscy znamy – Barcelona traci mistrzostwo w derbach, gdy Victora Valdesa pokonuje Raul Tamudo, w tym samym czasie Real ogrywa Real Saragossa na wyjeździe i tytuł staje się faktem.

Capello znów odszedł w glorii chwały, bo mimo tytułu w Madrycie nie byli z niego, czy raczej z jego stylu gry, do końca zadowoleni.

SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK/NewsPix.pl