Reklama

Lewandowski – bestia, Abraham – kanalia, sędziowie – ślepcy

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

12 sierpnia 2018, 23:51 • 6 min czytania 29 komentarzy

Trzy gole w batalii o superpuchar Niemiec. To był Robert Lewandowski z zupełnie innej planety. Wcale nie chodzi o to, że strzelił hattricka – z tego już go przecież znamy. W barwach Bayernu to dla polskiego napastnika żadna nowość. Ale cała reszta? Zupełnie nieznane oblicza. Lewy awanturniczy. Lewy agresywny. Lewy przez całe spotkanie zaangażowany w boiskowe przepychanki. Lewy poszukujący ujścia pozaboiskowych frustracji w kolejnych golach. Lewy ściągany pospieszenie z boiska, żeby nie obejrzał za chwilę czerwonej kartki za bójkę. Co za ładunek wrażeń!

Lewandowski – bestia, Abraham – kanalia, sędziowie – ślepcy

Jasne, że polski napastnik już od kilku sezonów skutecznie zrywa z wizerunkiem skromnego, grzecznego pracusia. Jednak nigdy nie pozwolił sobie na tak wiele jak dzisiaj. Przede wszystkim – był pełen pasji do futbolu i do rywalizacji. Aż kipiało z niego tą słynną sportową złością. Zebrał w sobie wszystkie żale z ostatnich miesięcy, wszystkie niepowodzenia, wszystkie gorzkie chwile. I wyżył się na murawie. Jasna cholera, kapitalnie się to oglądało. To było piłkarskie show w starym stylu. Jak cofnięcie się w czasie, podróż do futbolowego świata, który jeszcze nie jest skażony wszystkimi chorobami współczesności.

On chyba już wie, że nie odejdzie z Bayernu. Przynajmniej na razie nie spełni snu o Realu Madryt, być może nie spełni go nigdy. Więc podjął jedyne słuszne w tych okolicznościach postanowienie. Zdecydował się zaorać konkurencję na niemieckim rynku, tak jak to czyni od lat. Zamknąć usta wszystkim legendom tamtejszego futbolu, które z taką lubością odsądzały go od czci i wiary.

Jak tak dalej pójdzie, kibice szybko mu wybaczą i zapomną transferowe spekulacje. Czy ktoś dzisiaj pamięta, że Kobe Bryant próbował wymusić odejście z Los Angeles Lakers, gdy drużyna znajdowała się na samym dnie? Nikt. Bryant to ikona Miasta Aniołów i dla sympatyków Lakers jest święty. Bo po latach chudych nadeszły lata tłuste, a „Black Mamba” wygrał z Lakers kolejne dwa mistrzowskie tytuły. I jest nietykalny.

Może akurat w kontekście naszych zachodnich sąsiadów niezbyt fortunnie jest przypominać te słowa, ale pasują jak ulał: zwycięzców się nie sądzi.

Reklama

Lewandowski w starciu o superpuchar Niemiec to był po prostu rozjuszony, nieokiełznany byk. Rozniósł przeciwników piłkarsko, hattrickiem. Zdeklasował ich. Zresztą Bayern jako całość był w dzisiejszym starciu drużyną jakieś dziesięć razy lepszą od Eintrachtu Frankfurt. Nie licząc zdekoncentrowanego i niechlujnego Matsa Hummelsa, właściwie wszyscy zawodnicy z Monachium zaprezentowali wielki futbol. Franck Ribery wyglądał, jakby dopiero co skończyły się mistrzostwa świata w Niemczech, a nie w Rosji. Thiago Alcantara był olśniewający, Kingsley Coman dał niewiarygodną zmianę… Można wymieniać i wymieniać.

Skupmy się jednak na Lewym. Bo w gruncie rzeczy, to było po prostu one man show.

Zwłaszcza za pierwszą bramkę należy Polaka pochwalić, ponieważ wykazał się nie lada kunsztem przy strzale głową. Do tego momentu Bawarczykom na boisku niewiele się układało, później zrobiło się zdecydowanie łatwiej i przyjemniej. Od dwudziestej minuty dzisiejszego starcia, sezon rozpoczął się dla monachijczyków na dobre.

Gole to jedna sprawa. Przede wszystkim, Lewy zupełnie wyprowadził piłkarzy Eintrachtu Frankfurt z równowagi jeżeli chodzi o sferę mentalną. To miało kluczowe znaczenie. Defensorzy zapomnieli o swoich boiskowych zadaniach. Chcieli tylko udowodnić bezczelnemu do granic przyzwoitości napastnikowi, że zaraz go zmiażdżą. Im bardziej im się to nie udawało, tym częściej się mylili i tym ostrzej grali. I tym bardziej ochoczo RL9 ich karcił.

Reklama

Sam Lewandowski był totalnie rozchwiany emocjonalnie. Żadnej scysji nie próbował wyciszyć, każdą eskalował. Javi Martinez więcej uwagi niż na powstrzymywanie akcji przeciwników, poświęcił na hamowanie Polaka przed angażowaniem się w kolejne przepychanki. Notorycznie odciągał go od defensorów z Frankfurtu i motywująco klepał po tyłku, chcąc przywołać do porządku i przywrócić zainteresowanie futbolem.

Kapitan Eintrachtu, stoper David Abraham w pewnym momencie meczu skupił się już wyłącznie na tym, żeby Lewandowskiego zranić. Wydawało się, że punkt kulminacyjny tej poza-piłkarskiej batalii miał miejsce w okolicach 50 minuty, gdy Lewy i Abraham starli się w okolicy pola karnego, zupełnie bez piłki. Chwilę później Polak strzelił swojego trzeciego gola, dodatkowo pognębiając rywala. To była dziś jego standardowa odpowiedź na chamstwo rywali.

Tego Abraham już jednak nie zniósł. Kilkanaście minut później, z pełną premedytacją zdzielił napastnika Bayernu łokciem w okolice szczęki. Zrewanżował się za hattricka w myśl zasady: „ta zniewaga krwi wymaga”. Twarz Polaka puchła w zastraszającym tempie, pojawiła się krew, rozpoczęła się regularna szarpanina na boisku.

Niko Kovac natychmiast wpuścił na murawę Sandro Wagnera. Lewy nie był już w stanie spędzić na murawie ani minuty dłużej. Totalnie się zagotował.

Oczywiście zaognienie sytuacji to nie tylko sprawka Lewandowskiego, Abrahama, pozostałych obrońców. To przede wszystkim efekt żałosnego, beznadziejnego, skandalicznego sędziowania. Marco Fritz przeoczył w tym meczu wszystko, co tylko było do przeoczenia. Nie podyktował karnego na Lewym, nie wyrzucił z boiska Hummelsa za wykoszenie zawodnika wybiegającego sam na sam z bramkarzem, nie ukarał Abrahama za próbę wybicia zębów polskiemu napastnikowi. Gdzie się dało spartolić, tam spartolił.

A przecież nad tym wszystkim czuwał VAR, z którego arbiter w ogóle nie korzystał. Najwyraźniej nikt mu nie zasygnalizował, że raz po raz się myli. Być może wóz zaparkował pod innym stadionem, może na ekranach transmitowano powtórkę koncertu Modern Talking? Nie sposób tego racjonalnie wyjaśnić. Nieopisana kompromitacja w, było nie było, naprawdę prestiżowym starciu.

Efekt postawy arbitra był taki, że Bayern kończył mecz w dziesiątkę. Jednak nie dlatego, że pan Fritz odnalazł w kieszonce czerwone kartoniki. Wręcz przeciwnie. Nico Kovac miał już wykorzystane wszystkie zmiany, tymczasem, w wyniku starcia z przeciwnikiem, paskudnie wyglądającej kontuzji nabawił się David Alaba.

Smutny efekt sędziowskiej nieudolności. Ucierpiało zdrowie zawodników. Lewandowski również skończył ze sporą szramą na twarzy. Po meczu jeszcze próbował sobie coś z Abrahamem wyjaśnić. Interweniować musieli koledzy z Bayernu. Nie było zbicia piątki, podziękowań za walkę i wymiany koszulkami. Podczas kolejnego starcia Bayernu i Eintrachtu będzie gorąco. Sympatycy gospodarzy wygwizdywali dzisiaj polskiego napastnika ile sił w płucach.

Koniec końców, kibice we Frankfurcie nie obejrzeli wielkiego meczu. Bawarczycy powieźli rozbity Eintracht piątką, tak jak od paru ładnych lat wożą rozmaitych przeciwników w Bundeslidze, kiedy tylko mają na to akurat ochotę. To dopiero przedsmak realnej rywalizacji o wielkie cele, jakie stawiają przed sobą Bawarczycy. Ot, zwykły dzień w biurze, przynajmniej na pierwszy rzut okna.

Dla Bayernu było jednak w tym spotkaniu coś specjalnego. Katharsis. Gigantyczne boiskowe emocje, które piłkarze z Monachium wspólnie przeżyli, powinny oczyścić atmosferę w szatni i odpowiednio nakręcić ekipę na starcie kolejnego sezonu. Tym bardziej, że w perspektywie jak zwykle jest walka o najwyższe cele. Przede wszystkim – te europejskie.

W centrum tego całego zamieszania – Robert Lewandowski. Człowiek, który desperacko pragnął w tym momencie być gdzieś indziej. Jednak wciąż jest w Bayernie. I to jeszcze jak w nim jest! Szkoda, że takiej bestii nie oglądaliśmy na mundialu. Jakoś by chyba było lżej na duszy, gdyby w starciu z Japończykami kapitan reprezentacji strzelił kogoś w mordę, albo nawet sam oberwał, zamiast grać w niskim pressingu.

Eintracht Frankfurt 0:5 Bayern

21′ (0:1) Robert Lewandowski

26′ (0:2) Robert Lewandowski

54′ (0:3) Robert Lewandowski

63′ (04:) Kingsley Coman

85′ (0:5) Thiago Alcantara

PS. Niezdrowych emocji było w tym spotkaniu tak dużo, że przyda się również coś na rozluźnienie:

fot. Newspix.pl

Najnowsze

1 liga

Królewski: Jesteśmy w stanie zorganizować mecz o Superpuchar w Krakowie

Damian Popilowski
9
Królewski: Jesteśmy w stanie zorganizować mecz o Superpuchar w Krakowie
EURO 2024

Kiedyś Polsce, teraz Szkocji – artysta Shaqiri znów ma gola turnieju!

Jakub Radomski
15
Kiedyś Polsce, teraz Szkocji – artysta Shaqiri znów ma gola turnieju!

Komentarze

29 komentarzy

Loading...