Reklama

Absolutna dominacja. Kenia i spółka opanowały biegi na długim dystansie

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

04 maja 2018, 19:14 • 11 min czytania 10 komentarzy

Przed kilkoma dniami w Nowym Jorku biegacze rywalizowali na dystansie 10 kilometrów. Jedna z wielu takich imprez, nie jest to nic niezwykłego. Ale już osoba zwycięzcy – jak najbardziej niezwykłą była. Rhonex Kipruto, osiemnastoletni Kenijczyk, dopiero drugi raz biegał poza granicami swojego kraju. Skończyło się nie tylko wygraną, ale i najlepszym czasem, jaki ktokolwiek kiedykolwiek wykręcił na terenie USA!

Absolutna dominacja. Kenia i spółka opanowały biegi na długim dystansie

To kolejna młoda gwiazda biegów, mogąca dołożyć swoją cegiełkę do afrykańskiej dominacji, w której prym z kolei wiodą Kenijczycy. Za Kipruto na linię mety w Central Parku przybiegł Mathew Kimeli, jego kolega z treningów. Później dwaj Etiopczycy, dwójka Kenijczyków i kolejnych trzech reprezentantów Etiopii. Dopiero na dziesiątym miejscu znalazł się Amerykanin. Uwierzcie, to nie jest wyjątkowa sytuacja.

Biegacze ze wschodniej Afryki całkowicie zawładnęli dłuższymi dystansami na lekkoatletycznej bieżni. 3000 metrów z przeszkodami też jest ich. Od czasu do czasu wykręcą coś w biegu przez płotki. Odkąd w 1968 roku Kipchage Keino zdobył złoty medal olimpijski, biegnąc mimo infekcji pęcherzyka żółciowego (uwierzcie nam na słowo, że to naprawdę boli), Kenia stała się kolebką najlepszych biegaczy, a wszyscy zaczęli dociekać: jak to możliwe?

No właśnie: jak?

Plemię

Reklama

Nam plemiona kojarzą się głównie z lekcjami historii. Tu Pomorzanie, tam Ślężanie, jeszcze gdzie indziej Wiślanie i cała reszta. Możecie spróbować dociec, z którego z nich wy się wywodzicie, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. W Afryce system plemienny wciąż jest obecny. Większość mieszkańców kontynentu identyfikuje się po pierwsze ze swoim plemieniem – które jest dla nich taką bardzo, ale to bardzo rozbudowaną rodziną – a dopiero potem z krajem, w którym żyje.

No i właśnie jedno z takich plemion – Kalenjin – od wielu lat interesuje badaczy i… biegaczy. Jego liczebność (dane sprzed kilku lat) wynosi ok. pięć milionów osób. To mniej więcej 0,06% populacji świata. 1/8 tego, co mamy w Polsce. Około 70-80% zwycięzców biegów na długich dystansach od końcówki lat 80. to Kenijczycy. Spośród nich 3/4 pochodzi z tego konkretnego plemienia. To chyba najprostsze możliwe wyjaśnienie, czemu na świecie Kalenjin znane jest jako „plemię biegaczy”.

Od roku 1980 ok. 40% medali na dystansach od 800 metrów w górę należy do biegaczy z Kalenjin. Piszemy tu o tych najważniejszych imprezach – igrzyska, mistrzostwa świata i ich odpowiedniki w biegach przełajowych. Większość z tych krążków przywieźli do kraju mężczyźni. Ale gdy w 2008 roku Pamela Jelimo zdobyła olimpijskie złoto, bariera została przekroczona. Kenijki zaczęły dominować na równi z ich kolegami z kadry. Amby Burfoot z Runner’s Wolrd wyliczyła, że szanse Kenii na odniesienie tak wielkich sukcesów, jak to miało miejsce w trakcie igrzysk w 1988 roku, wynosiły… 1 do 160 miliardów. Szansa wygrania szóstki w Lotto to niespełna 1 do 14 milionów.

David Epstein, autor książki „The Sport Gene”, redaktor „Sports Illustrated”:

Jeśli spojrzeć na to statystycznie, można się wręcz uśmiać. W całej historii 17 Amerykanów przebiegło maraton w czasie poniżej 2 godzin i 10 minut. 32 Kalenjinów zrobiło to w październiku 2011 roku. 

Oczywiście, znakomici biegacze to nie tylko Kenia i nie tylko plemię Kalenjin. W Etiopii znajdziecie Bekoji, małe miasto, zamieszkane przez mniej więcej 16 tysięcy osób. To ponad dziesięć razy mniej niż zamieszkuje Bytom.

Reklama

Biegacze z tamtej miejscowości przywieźli do domu 10 złotych medali z igrzysk olimpijskich, 15 rekordów świata i 34 złote krążki z mistrzostw świata. Biegają tam setki osób. Każda z nich marzy o sukcesie i każda z nich ma na to ogromne szanse. Prawdopodobnie dużo większe niż europejscy czy amerykańscy biegacze.

Geny

To jedna z najpopularniejszych teorii dotyczących sukcesów biegaczy ze wschodniej Afryki, zwłaszcza Kenijczyków. Oczywistym jest, że uwarunkowania genetyczne muszą odegrać swoją rolę. Michael Phelps korzystał na pojemności swoich płuc, Usain Bolt na szybkokurczliwości swoich włókien mięśniowych. To żadna nowość, ale to też pojedyncze przypadki. W Kenii teorie o genach wysuwa się wobec kilku milionów osób.

Co ma pomagać tamtejszym biegaczom? Po pierwsze długie nogi. Ale skąd właściwie się wzięły? Nie będzie to wielkim zaskoczeniem: przodkowie osób z plemienia Kalenjin – bo do nich tu wracamy – wiedli łowiecki tryb życia. Polowali na zwierzynę, często śledząc ją przez długie kilometry. Musieli nadążać. Teoria ewolucji ma tu zastosowanie. Drugim elementem, o którym często się wspomina, jest – podobnie jak u wspomnianego Phelpsa – pojemność płuc. A wraz z nią większa liczba czerwonych krwinek, które tlen transportują. Nie musimy chyba tłumaczyć, w jaki sposób pomaga to biegaczom, prawda?

David Epstein twierdzi, że da się nawet przewidzieć, kto wygra w danym biegu jeszcze przed jego rozpoczęciem. Wystarczy spojrzeć na to, jak jest zbudowany. Kostki, kolana, łydki. Porównując je, można – z dużą dozą prawdopodobieństwa – trafić. Brzmi jak coś w stylu „bukmacherzy go nienawidzą, odkrył jeden prosty sposób…”, ale to prawda. A że Kenijczycy zbudowani są idealnie pod biegi długodystansowe, to już ich przewaga nad resztą stawki.

Problemem tych teorii jest to, że rzadko były one sprawdzane w praktyce. Biali badacze boją się bowiem… posądzenia o rasizm. Serio, to stwierdzenie często powtarza się przy okazji wysnuwania tego typu przypuszczeń. Dzielenie ludzi na kategorie wobec ich fizycznych cech? Brzmi znajomo, choć w tym przypadku nie ma nic wspólnego z działalnością pana Adolfa i jemu podobnych. Mimo tego ciekawe eksperymenty udało się przeprowadzić Skandynawom.

W 1990 ośrodek, zwany dumnie Kopenhaskim Centrum Badań Mięśni, porównał szwedzkich biegaczy ze szkoły średniej do tych wychowanych w Kenii. Wyniki? Wyszło na to, że co najmniej pięciuset spośród afrykańskich amatorów(!) pokonałoby najlepszego szwedzkiego biegacza na dystansie dwóch kilometrów. Dziesięć lat później inny duński zespół postanowił zagwarantować grupie kalenjińskich chłopców trzymiesięczny trening, po czym porównać go do Thomasa Nolana, jednego z najlepszych tamtejszych biegaczy. Wygrali Kenijczycy.

Konkluzja? Kenijczycy są genetycznie uwarunkowani do uprawiania tego sportu. Profesor Vincent Onyiera, również pochodzący z Kenii, zajął się badaniem sukcesów tamtejszych biegaczy:

Geny odgrywają swoją rolę, ale możemy powiedzieć, że dla Kenijczyków jest to kwestia szansy, która napotyka gotowość. Trenują ciężko, jedzą dobrze, prowadzą zdrowy tryb życia. Środowisko jest dobre.

Środowisko

Skoro już o tym, to warto to podkreślić: Kenijczycy, poza tym, że są genetycznie przystosowani znakomicie, to mają też cudowne – jedne z najlepszych – warunki do rozwoju i treningu biegowego. Prowincja, w której żyją członkowie plemienia Kalenjin, leży na stosunkowo dużych wysokościach, co sprzyja wzmocnieniu wytrzymałości. W wielkim skrócie: kondycja jest po tym zajebista. Dodatkowo jest to teren w miarę płaski. Jasne, są wzniesienia, górki i pagórki, ale da się znaleźć dużo miejsc, gdzie pobiegacie na równym terenie, bez konieczności wspinania się.

Jeszcze jedna ważna rzecz: w krajach pierwszego świata (bo, nie oszukujmy się, Afryka w większości to wciąż świat numer trzy) możliwości trenowania mają głównie sportowcy, zamieszkujący obszary w okolicach wielkich miast. Czyli te stosunkowo najbardziej zanieczyszczone. Tam istnieją kluby, tam są ośrodki. Wspominaliśmy już jaką liczbę ludności mają afrykańskie miasteczka, o których tutaj mowa. Smogu nie stwierdzono, czyste powietrze – jak najbardziej.

Wiadomo jednak, że środowisko i geny nie załatwią wszystkiego. Nawet jeśli jesteś z plemienia, w którym bieganie jest sposobem na życie. Kip Keino, złoty medalista olimpijski, pochodzący z Kenii, ujął to chyba najprościej, jak tylko się da:

Nie ma na tym świecie nic, dopóki ciężko nie pracujesz, żeby coś osiągnąć. Myślę, że bieganie tkwi w psychice.

Ciężka praca

Okej, skoro już o tym, to przyjrzymy się tej ciężkiej pracy, bo to całkiem słuszna uwaga. Nie musimy chyba nikogo przekonywać, że to element kluczowy. Można gadać o genach, można o środowisku – to wszystko też jest ważne. Ale nie byłoby sukcesów bez tysięcy godzin treningów. I nie myślcie sobie, że Kenijczykom to wszystko tak spadło z nieba, leży na ziemi i wystarczy się po to schylić. Wręcz przeciwnie.

Przeciętny kenijski zawodnik ma dwie sesje treningowe dziennie, sześć dni w tygodniu. Możemy śmiało powiedzieć, że 90% ich treningu to bieganie. Obie sesje właśnie na tym polegają – składają się tylko i wyłącznie z biegu na dystansie kilkunastu kilometrów. No chyba że ktoś przygotowuje się na dłuższe dystanse, to i biegnie więcej. Średnio w tygodniu robią ok. 150 kilometrów. Poza tym lekkie rozciągania przed i po, żeby uniknąć kontuzji. Zresztą, żeby to ryzyko zminimalizować, biegają stosunkowo wolno.

Trening siłowy? Praktycznie nie słyszeli. Nie dla nich wyrzeźbione klatki i bicepsy – to domena sprinterów, a tych szukać powinniśmy raczej na Jamajce, nie w Afryce. Za rewolucją biegania w Kenii stoi podobno „Brat Colm”. Tak gościa nazywają w zagranicznych artykułach, nie wymyśliliśmy tego. Potwierdza to wielu biegaczy. Co ciekawe – Colm nie stosuje żadnej naukowej metody. Ma swoją, nazwaną FAST – Focus, Alignment, Stability, Timing. Skupienie, Wyrównanie, Ustabilizowanie, Wyczucie Czasu. SWUWC. Na polski ten akronim nie brzmi zbyt dobrze. Niemniej, to cała metoda. Skupcie się, wyrównajcie (oddech, tempo i całą resztę), ustabilizujcie swoją formę, wyczujcie swój czas. Koniec. I to faktycznie działa. Nie wierzycie nam? Posłuchajcie Mo Faraha:

[Przeprowadzka do domu kenijskich biegaczy] była, jakby ktoś przełączył mi coś w głowie. Po prostu nagle wiedziałem, co muszę zrobić, by wygrać. Nigdy więcej nocnych wypraw do kina i tańczenia w Oceanie. Koniec skakania z mostów. Nie mógłbym wygrać robiąc coś z tego. Od tego dnia całe moje zachowanie się zmieniło. Chodziłem spać wcześnie. Trenowałem więcej. Jadłem zdrowiej.

Efekt? Złota olimpijskie, które na szyi Mo Faraha zawisały hurtowo. O tych z mistrzostw świata czy Europy nawet nie będziemy wspominać. Po prostu – kenijscy biegacze są całkowicie skupieni na celu. Farah wspomina, że w momencie, gdy on pograłby najchętniej na konsoli lub obejrzał coś w telewizji, by oderwać myśli od biegania po ciężkim treningu, Kenijczycy faktycznie telewizję włączali i… oglądali archiwalne nagrania z olimpijskich biegów. Tak właśnie dochodzili do perfekcji.

Zresztą to nie tylko trening. W Internecie znajdziecie kilkanaście artykułów na temat ich diety. Proste jedzenie, dużo skrobi, lokalne wyroby, zero fast foodów, zero przerobionych artykułów. Warzywa, trochę mięsa (3-4 razy w tygodniu), lekkie, by nie zakłócać pracy żołądka. Napoje? Woda, herbata. I tyle. 

Jeśli wciąż nie dowierzacie, że to wszystko może się opłacić ot tak, to mamy dla was przykład: Jake i Zane Robertson. Dwóch Nowozelandczyków, w wieku 18 lat wyjechali ze swojego kraju do Kenii, żeby tam trenować. Ich rodzice nie wierzyli w powodzenie tej misji. Oni sami nie mieli konkretnego planu, po prostu wiedzieli, że tam mają największe szanse się rozwinąć w ukochanej przez siebie dyscyplinie. Dziś obaj są uznanymi zawodnikami, nawet jeśli nie zdobywali medali największych imprez. Ale znów – te zdominowane są przez rodowitych Afrykanów.

Kultura

No dobra, została nam jeszcze jedna ważna rzecz. Przenikała ze wszystkiego, o czym pisaliśmy, ale musimy ją zaznaczyć, żeby nie było żadnych wątpliwości: biegi to u Kenijczyków cała kultura, a śmiało moglibyście ją nazwać religią. Biegają tam wszyscy, od małego. Nierzadko dzieciaki pokonują do szkoły kilka kilometrów. Biegiem, bo tak jest szybciej i wygodniej. Znów – uwarunkowania genetyczne i środowiskowe im na to po prostu pozwalają.

Najlepsi biegacze to gwiazdy. Weźcie Roberta Lewandowskiego w Polsce, pomnóżcie razy dwa albo i trzy jego społeczny status, a wyjdą wam kenijscy lekkoatleci w swojej ojczyźnie. Mowa oczywiście o tych najlepszych. Gwiazdy rocka, edycja: bieżnia. Każdy dzieciak marzy, żeby być jak oni. Odpowiednio pokierowany jest w stanie to osiągnąć. Bieganie i biegacze są po prostu idealizowani.

Malcolm Anderson, agent sportowców, założyciel Moyo Sports (agencji managerskiej dla biegaczy):

Kiedy zapytasz ludzi, dlaczego zaczęli biegać, powiedzą, że to przez to, że zobaczyli w telewizji czy usłyszeli w radiu o najlepszych biegaczach. Mówią mi to wszyscy atleci. Jest wiele różnych czynników, przez które biegacze dochodzą do danego poziomu, ale jednym z nich zawsze jest jakiś sportowy wzór.

W sumie moglibyśmy napisać, że to sposób na życie. W biednych, afrykańskich krajach to idealna opcja na wyrwanie się z problemów finansowych i podniesienie statusu życiowego. Kto z nas nie marzył o tym, by zostać sławnym piłkarzem czy tenisistą i zarabiać miliony za grę na najwyższym poziomie? Kenijskie dzieciaki mają to samo, tyle że marzą o bieżni. A najlepsze z nich te wszystkie marzenia realizują.

Wszystko razem

Geny, środowisko, ciężka praca, dieta, kultura. Z waszych połączonych mocy powstała kenijska dominacja w biegach długodystansowych. Choć zdarza się, że niektórzy chcą spróbować jej dopomóc. Musimy to zaznaczyć, żebyście mieli tego świadomość: większość kenijskich biegaczy jest czystych. Ale systemy antydopingowe nie działają u nich zbyt dobrze, z czego część chce skorzystać. Przed igrzyskami olimpijskimi w Rio z kadry wyleciało ponad 40 osób. Nie była to wielka strata, bo do samego maratonu minimum olimpijskie w Kenii uzyskało… ponad 300 sportowców. Zresztą, ostatecznie Kenijczycy zapisali na swoim koncie 13 medali. Bilans 6-6-1 i, uwaga!, jeden z nich nie został zdobyty na bieżni – wpadło srebro z rzutu oszczepem.

Wracając jednak do dopingu, w ostatnich latach głośna była sprawa Rity Jeptoo. To kenijska biegaczka, której zdarzyło się wygrać kilka z najbardziej znanych maratonów. Wpadła w 2016 roku, zdyskwalifikowano ją na cztery lata i odebrano zwycięstwa od 2014 roku. Czyli m.in. te w Bostonie i Chicago. To przykład najbardziej znany, ale – jak wspominaliśmy – w Kenii na dopingu biega więcej osób. Oczywiście, nie możemy przez to krzywo patrzeć na wszystkie pozostałe, bo większość z nich to po prostu genialni sportowcy, korzystający z całkowicie legalnej pomocy – tej w swoich genach, tej w swoim środowisku i tej w swojej kulturze.

Afrykańskich biegaczy, na czele z kenijskimi, pokonać coraz trudniej. To już nie tylko kwestia ich klasy, ale i tego, że przeciwnicy zaczynają wątpić w to, na ile to możliwe. Rhonex Kipruto, od którego tu zaczęliśmy, ma zadanie ułatwione, bo przez lata dominacji swoich kolegów i koleżanek, inni zaczęli po prostu bać się Kenijczyków czy Etiopczyków. To nie nasz wymysł, to wnioski badaczy. Efekt wszystkich zwycięstw Afrykańczyków jest taki, że inni myślą po prostu „nie da się z nimi wygrać”, z miejsca nastawiając się porażkę. Myśleć inaczej potrafił Mo Farah, ale i on ma przecież afrykańskie korzenie. A do tego z Kenijczykami trenował.

Reszta? Prawdopodobnie jeszcze długo będzie oglądać plecy rywali ze Wschodniej Afryki.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

10 komentarzy

Loading...